Potem potknął się o podstawioną pochwę miecza. Stracił z oczu buzię ukochanej, padł, tłukąc łokcie. Przed oczami mignęła mu krawędź podwyższenia, potem ciemny sufit. Usłyszał gdzieś z góry:
– Kara za fałszywe zeznania?!…
Nabrzmiałe żyły na skroniach, drżące pobladłe wargi, złowieszcze zmarszczki w kącikach ust… Twarz człeka, który przesłuchiwał Torię. Fagirra trzymał w dłoni krótki miecz, oręż strażników. Sztych skierowany byt prosto w pierś Egerta.
Toria. Poczuł jak słabnie od nieznośnego lęku, jak obejmują ją lepkie dłonie kata. Przed oczami zaczęły latać mu czarno-czerwone plamy.
Zryw. Półobrót. Nie walczył dwa lata, lecz czuł radosne drżenie wszystkich mięśni. Był jak pies spuszczony ze smyczy.
Toria wyrywa się z cudzych rąk. Jak tamten śmiał jej dotknąć?
Uderzył nawet nie patrząc. Nadbiegający strażnik zgiął się z bólu, miecz wypadł z jego ręki, lecz nie upadł na ziemię, gdyż Egert przechwycił ciężką rękojeść. Nieznana mu broń. A jednak ręka sama zrobiła co trzeba i usłyszał ze zdziwieniem brzęk metalu uderzającego o metal i ujrzał strzelające skry, a tuż przed sobą wściekłe, oszalałe oczy Fagirry.
Toria szarpała się, była tuż obok niego. Egert czuł, jak trzymające ją dłonie urażają rany po torturach, lecz ona tego prawie nie czuła, przejęta lękiem o ukochanego…
Ostrza mieczy znowu się skrzyżowały. Fagirra atakował z pianą na ustach, z furią wymachując bronią. Egert kontratakował, pragnąc usunąć ostatnią przegrodę, oddzielającą go od ukochanej.
Zdawało mu się, że krzyczy. Zdawało się, że ktoś w szarej opończy próbuje go zajść od tyłu. Toria zamarła z przerażenia. Chwilę potem na drewniany podest upadło coś, przypominające okrwawioną dłoń zaciśniętą na rękojeści sztyletu. Miniaturowa szubienica została zmieciona z sędziowskiego stołu, a kukła wisielca po raz pierwszy uwolniona od stryczka. Parę sekund później miecz w dłoniach Egerta skierował się znów w stronę głównego przeciwnika. Fagirra potknął się i upadł. Soll patrzył w jego zachodzące bielmem źrenice.
– Egercie!…
Czyjeś bezlitosne ręce odciągały ją od niego. Soll spojrzał gniewnie i zdobyczny miecz znowu był w robocie.
Nędzne życie miejskiego siepacza zgasło w jednej chwili. Nieszczęśnik padł pod nogi byłej ofiary ze sterczącą z pleców rękojeścią. Toria odskoczyła ze wstrętem. Zakochani spotkali się wzrokiem.
Za co to wszystko? Krew, przerażenie… Czym sobie na to zasłużyła…
Ruszyli ku sobie. Wyciągając ku niej dłonie, zauważył, że spogląda na coś za jego plecami. Obejrzał się w porę, ponieważ tuż za nim stał zmartwychwstały niespodziewanie Fagirra, z ohydnym grymasem zamierzający się sztyletem.
Nie bój się, Torio. Nigdy już nie będziesz się bać.
Udało mu się sparować pierwszy atak. Wróg byt silny i żywotny, do tego znakomity szermierz. Za drugim razem omal nie zranił ręki Egerta.
Broń! Niebiosa, dajcie mi szpadę albo chociaż, kuchenny nóż…
Potknął się, ledwie zachowując równowagę. Nie może pozwolić, by tamten zrani! Torię! Wystarczy lekkie zadrapanie tego ostrza z ciemną plamą trucizny na czubku…
Pod stopami Egerta zabrzęczały żelazne szczypce. Poczuł ich ciężar w dłoniach, podnosząc je momentalnie i wykonując w powietrzu straszliwego młyńca, akurat gdy zakonnik rzucił się do najbardziej podstępnego ataku.
Egert nie chciał, żeby widziała to jego ukochana. Cofnął się o krok i wolną dłonią zasłonił jej oczy.
Fagirra wciąż stał. Szczypce sterczały z jego piersi, przy czym zębate kleszcze szczerzyły się urągliwie. Plecy mnicha przebijały okrwawione rączki narzędzia. Agonia była straszliwa. Soll przygarnął do siebie ukochaną, starając się nie urazić jej blizn.
Jej liczko, przykryte do połowy męską dłonią, zdawało się zagadkowe jak maska. Usta drgnęły, jakby w próbie uśmiechu, rzęsy łaskotały wnętrze dłoni, co przypomniało mu dotyk skrzydełek ważki.
Świat odmienił się, podobnie jak bieg czasu. Niepewnie pogładził policzek prawicą, nie znajdując tak dobrze znanej szramy.
W sali panował tymczasem kompletny chaos. Studenci bili się z mnichami, zrywając im z twarzy kaptury. Słychać było soczyste przekleństwa i brzęk stali. Uliczny tłum wdarł się do wnętrza, depcząc wszystko i wszystkich na swojej drodze, dopełniając dzieła zniszczenia.
Egert tego nie słyszał. Wycie motłochu cichło w jego uszach, potem zanikło całkiem, jak gdyby ogłuchł. Coś dziwnego stało się także z jego wzrokiem. Powiódł wzrokiem dookoła i ujrzał tylko samotnego starca z wyrzeźbionym przez zmarszczki obliczem.
Tułacz ruszył powoli do wyjścia, torując sobie drogę bez trudu w szalejącym tłumie, roztrącając go jak dziób okrętu roztrąca wodę. Stojąc już w progu, zerknął przez ramię. Egertowi zdawało się, że bezrzęse powieki mrugnęły do niego na pożegnanie.
Nadeszła wiosna.
Toria nie mogła wejść na kopiec o własnych siłach, gdyż była wciąż bardzo słaba, a jej rany nie do końca się zabliźniły. Niósł ją, stąpając mocno w rozmiękłej glinie, nie poślizgnąwszy się ani razu.
Na wierzchołku wzgórza znajdowała sie mogiła przykryta stalowym skrzydłem niby rozpostartą dłonią. Stanęli nad nią z pochylonymi głowami. Po nieboskłonie wędrowały różno-kształtne, białe obłoki. Egert i jego ukochana nie musieli rozmawiać między sobą o człowieku, pochowanym pod skrzydłem. I bez tego był z nimi.
Stali przytuleni, tak samo jak tamtego chłodnego dnia. Ich podwójny cień odbijał się tym razem nie w iskrzącym śniegu, lecz na rozmokłej, czarnej ziemi, porosłej pierwszymi źdźbłami. Egert łowił rozdętymi nozdrzami cierpki zapach traw, nie będąc pewnym, czy czuje zapach Torii, czy też świeżo rozkwitających kwiatów na zboczu kurhanu.
Z jej zaciśniętej dłoni zwieszała się złota płytka na łańcuszku, jakby kobieta chciała pokazać ojcu, że ocaliła jego dziedzictwo.
Daleko w dole płynęła wzburzona wiosennie rzeka. Na drodze wiodącej od bramy miejskiej poruszał się samotny, czarny punkcik, zmierzający w stronę horyzontu. Nie musieli także rozmawiać na temat odchodzącego w dal człowieka, oboje wiedzieli bowiem, że jest nim dobrze znany Tułacz.
Wszystkie drogi prowadzą go zawsze w stronę horyzontu, na kraniec świata. Rozbiegają się pod stopami jak spłoszone myszy i trudno się zorientować, czy to koniec, czy też może nowy początek.
Drogi są istotą jego egzystencji, a ich wierne towarzystwo osładza jego samotność. Przydrożny kurz osiada na polach jego opończy, jak gwiezdny pył na czarnej materii nocnego nieboskłonu. Wiatr z taką samą gorliwością przegania obłoki po niebie, jak łopocze schnącymi na sznurze białymi prześcieradłami.
Nie to najgorsze, że słońce wypaliło duszę, pozostawiając popioły i zgliszcza. I nie to, gdy nie wiesz, dokąd idziesz. Najgorzej, gdy nie ma już, dokąd iść. Ten, kto wstąpił na drogę prób i doświadczeń, nie spocznie, dopóki nie przejdzie jej do końca.
Chyba, że podróż będzie trwała bez końca.
Marina Diaczenko i Siergiej Diaczenko
***