Przebył na placu noc pełną strachu, w słabym świetle latarni i zwodniczych światełek w oknach przeklętego budynku. Świt przyszedł jakby spóźniony. W świetle poranka Egert ujrzał wchodzących w żelazne wrota mnichów Łasza.
Było ich czterech i wszyscy zdawali się młodzieńcowi podobni do Fagirry. Drzwi zatrzasnęły się za nimi, a Egert zwinął się w pól przy swojej latarni, bolejąc nad własnym lękiem i bezradną rozpaczą.
A zatem oskarżenie pochodzi od sług Łasza. Zdawało mu się, że słyszy w głowie głos Fagirry: „Miejski sędzia także słucha rad naszego Mistrza…”. Tak czy owak, zakon Łasza to jeszcze nie sąd! Może sędzia da sobie wyjaśnić i otworzyć oczy… Być może. Stracił bliskich podczas Czarnego Moru. Zaraza nie zważała na godności ani urzędy…
Z żelaznych wrót wyszła pospiesznie grupa strażników, pod wodzą tego samego oficera, który aresztował Tonę. Rozrzucając bezceremonialnie zwały śniegu podkutymi butanu, ruszyli przed siebie. Egertowi wydało się, że znowu zmierzają w stronę uniwersytetu.
Gdyby żył jeszcze dziekan… z pewnością nie ośmielili by się. Teraz nie ma kto bronić Torii oprócz…
Przywarł policzkiem do wilgotnego słupka, przezywając kolejny przypływ strachu. Podejść do żelaznej bramy, mi rając kukło wisielca i przestąpić próg… przecież Toria już go przestąpiła.
Długo musiał przekonywać sam siebie, że nie ma niczego strasznego w czekającej go czynności. Wejdzie tam i wyjdzie, byle tylko zobaczył się z sędzią… Sędzia to nie hasz… Toria jest w środku, może zdoła ją zobaczyć.
Ostatnia mysi okazała się decydująca. Wykonując wszelkie ochronne rytuały, ściskając palce jednej dłoni i zaciskając drugą na guziku, dotarł skomplikowanym zygzakiem do okutych żelazem podwojów.
Nigdy nie ośmieliłby się nacisnąć klamki, lecz właśnie, na szczęście albo wręcz przeciwnie, drzwi się rozwarły i wyszedł nimi sądowy pisarczyk o bezbarwnym obliczu. Sollowi nie pozostawało nic innego, jak zrobić krok do przodu, w nieznane.
Nieznane okazało się niskim, półokrągłym pomieszczeniem z mnóstwem drzwi, pustym biurkiem pośrodku i znudzonym wartownikiem u wejścia. Nawet nie spojrzał na wchodzącego. Apatyczny, młody kancelista wodził bezmyślnie po blacie biurka czubkiem zardzewiałego nożyka do przycinania piór. Spojrzał na przybysza pytająco, ale bez szczególnego zainteresowania.
– Proszę zamknąć za sobą drzwi.
Drzwi zatrzasnęły się za plecami Egerta bez jego pomocy, jak drzwiczki żelaznej klatki. Zadzwonił łańcuch, przykuty do zasuwy.
– W jakiej sprawie? – zapytał kancelista.
Jego ospały, pospolity wygląd mocno uspokoił Solla. Pierwszą osobą, jaką spotkał w tym strasznym miejscu był ktoś, kto wyglądał nie bardziej groźnie niż byle ławnik. Wziął się w garść, ściskając ze wszystkich sil guzik i wydusił w końcu:
– Córka dziekana Łujana z uniwersytetu została wczoraj aresztowana… Ja…
Urwał, nie wiedząc, co dalej mówić. Kancelista ożywił się wyraźnie.
– Nazwisko?
– Czyje? – zapytał dosyć głupio.
– Pańskie.
Urzędnik najwidoczniej od dawna przyzwyczaił się do tępoty petentów.
– Soll – odpowiedział Egert po chwili.
Mętne oczy kancelisty rozjarzyły się nagle.
– Wolny słuchacz Soll?
Niemile zaskoczony wszechwiedzą urzędnika, Egert skinął głową z wysiłkiem. Tamten podrapał się czubkiem nożyka w policzek.
– Myślę, że… Proszę tu poczekać, zaraz zamelduję komu należy.
Bezszelestnie poderwawszy się zza biurka, urzędnik zniknął w jednym z bocznych korytarzy.
Egerta raczej to wystraszyło niż uradowało. Lękał się moc niej niż poprzednio, nogi się pod nim trzęsły. Bezwiednie zrobił krok ku wyjściu. Drzemiący strażnik otworzył czujnie oczy i jego dłoń zacisnęła się na drzewcu piki. Egert zastygł na miejscu. Drzwiami, za którymi zniknął kancelista, wszedł drugi strażnik i przyjrzał się krytycznie Sollowi, jak kucharz ogląda mięso przyniesione od rzeźnika.
Kancelista wyjrzał natomiast zza całkiem innych drzwi i przyzwał młodzieńca do siebie zgiętym palcem.
– Pan pozwoli, Soll…
Grzeczny, jak posłuszny malec, Egert podreptał na spotkanie swego losu. W ciemnym korytarzu minęli paru zakapturzonych. Soll poczuł znajomy, cierpki zapach, który wydał mu się teraz obrzydliwie mdlący. Żaden ze sług Łasza nie uniósł kaptura, lecz młodzieniec odczuł na swojej skórze uważne, chłodne spojrzenia.
Twarz sędziego była nalana i maleńkie, wzgardliwe oczka niemal ginęły w obwisłych policzkach. Egert spojrzał w nie tylko raz i stropił się natychmiast, spuścił więc oczy na gładką, poznaczoną żyłkami marmuru podłogę, na którą ściekała woda z jego przemokłych trzewików. Sędzia zerkał nań spod oka i młodzieniec czuł na sobie owo przenikliwe, świdrujące spojrzenie.
– Oczekiwaliśmy, że zjawi się pan wcześniej, panie Soll – rzekł sędzia ledwie dosłyszalnym, przerywanym głosem, jakby mówienie sprawiało mu wielką trudność. – Czekaliśmy… Przecież aresztowana jest pańską żoną?
Egert drgnął. Sędzia musiał dość długo czekać na odpowiedź.
– Na razie… jesteśmy zaręczeni… mieliśmy zamiar…
Mamrocząc owe żałosne zdania, czuł odrazę do samego siebie, jakby mówiąc prawdę sędziemu, zarazem zdradzał ukochaną.
– Wszystko jedno – zaszemrał funkcjonariusz. – Prawo liczy na pana. Będzie pan głównym świadkiem procesu.
Egert uniósł głowę.
– Świadkiem? Czego?
Za drzwiami dały się słyszeć podniesione głosy i tupot butów. Zza kotary wychynął kancelista i szepnął coś szybko na ucho szefowi.
– Niech pan im powie, że rozkaz odwołano.
Głos sędziego szeleścił, niczym wężowa skóra na suchych kamieniach.
– Już tutaj jest.
Wyostrzone zmysły Solla natychmiast wyczuły, że o nim mowa. Przypomniał sobie strażników zmierzających w stronę uniwersytetu i oblizał zapiekłe, wysuszone wargi.
– Nie ma się czego bać, Soll – rzekł z uspokajającym uśmiechem sędzia. – Jest pan tylko świadkiem. Bardzo cennym, skoro był pan niemal członkiem rodziny starego czarownika… Nieprawdaż?
Egert poczuł, że jego blade policzki zalewają się teraz gorącą czerwienią. Nazwanie pana Łujana „starym czarownikiem” było przekroczeniem wszelkich granic niegodziwości. Strach jednak pochłonął ten poryw oburzenia, jak bagno pochłania ciśnięty w nie kamień.
Sędzia podjął beznamiętnie:
– Oczekujemy od świadka tylko jednego, żeby mówił prawdę. Wie pan, jak ciężko Czarny Mor doświadczył nasze miasto. I wie pan, że nie pojawił się sam z siebie…
Egert spiął się cały.
– Mór nie pojawił się sam z siebie cicho powtórzył urzędnik. – Stary czarownik i jego córka wykorzystali swa magiczną moc, by wezwać go spod ziemi, gdzie było siedlisko owego zła. Święte Widziadło kasza uprzedzało o zbliżają cym się Końcu Czasów, a słudzy jego bezustannymi modłami i obrzędami zdołali w końcu powstrzymać zarazę i zabić czarodzieja. Miasto zostało uratowane, lecz za cenę wielu ofiar… Zgodzi się pan chyba, że wspólniczka takie] zbrodni powinna odpowiedzieć przed prawem. Żądają tego krewni zmarłych i zada tego nasza sprawiedliwość.
Cichy głos sędziego wydal się Sollowi ogłuszający jak ryk stada pędzonego na ubój.
– To wszystko nieprawda – szepnął, pokonując strach. – Kłamstwo… Słudzy Łasza rozkopali legowisko Moru i oni go wezwali, a dziekan powstrzymał go za cenę swego życia. Widziałem na własne oczy!
W tym momencie lęk znowu odebrał mu zdolność mówienia, zalewając go strugami potu i wprawiając w niepowstrzymane drżenie.
Читать дальше