– Bluźnierstwo przeciwko Łaszowi – zauważył sędzia – już za pierwszym razem podlega karze publicznej chłosty pletniami…
W ciągu kolejnych długich minut Soll widział oczyma duszy tłum zebrany wokół pręgierza i świszczące bicze w dłoniach siepaczy… Poczuł na skórze pleców piekące smugi.
Sędzia westchnął. Coś złego działo się wciąż z jego gardłem, jakby miał chroniczny nieżyt lub czkawkę.
– Rozumiem jednak pańską postawę, gdyż nie panuje pan nad sobą w tej chwili, a zatem nie odpowiada za swoje słowa. Udam więc, że ich nie słyszałem… Proces zapewne zacznie się w najbliższych dniach, kiedy skończymy przesłuchanie oskarżonej. A co się tyczy pana, Soll, nie mam zamiaru pana zatrzymywać, jednakże oskarżyciel będzie chciał panu zapewne za dać parę pytań…
Sędzia ujął w dłoń dzwonek stojący na stole. Nim leszcze rozległ się jego dźwięk, zza ciężkiej portiery wynurzył sie przysadzisty strażnik. Egert przeszedł pod odchyloną kotara, ledwie powłócząc nogami.
Pochodnie jaśniały na szarych ścianach. Cień idącego wzdłuż nich Solla miotał się niczym oślepia ćma. Wsłuchany w odgłos własnych kroków, dumał o losie Torii.
Przesłuchują ją i mają zamiar nadal przesłuchiwać. Za co? Co może im wyznać? Ona.. Czyżby ją torturowali? Na niebiosa!
Zdawało mu się, że słyszy w głuchej ciszy oddalone, stłumione grubymi murami krzyki bólu. Nie wytrzymał i stanął, nasłuchując. Prowadzący go strażnik obejrzał się zdziwiony.
Szczęknął zamek tajnego wejścia i strażnik przepuścił przed sobą Egerta, lekko popychając go w plecy. Niewielkie, ciasne pomieszczenie wyglądało jak cela i Egert gotów byt uznać, że jego także uwięziono, lecz właśnie w tej chwili wniesiona pochodnia oświetliła człowieka, siedzącego w rogu na wysokim fotelu. Nie dziwiąc się już niczemu, Egert rozpoznał Fagirrę.
Strażnik wetknął żagiew w pierścień na ścianie i wyszedł, nisko się kłaniając. Stukot jego podkutych obcasów długo dźwięczał w korytarzu.
Fagirra siedział nieruchomo. Kaptur miał odrzucony na plecy. Egert miał wrażenie, że minęły wieki od ich ostatniego spotkania. Od tamtej pory zdarzyło się wiele okropnych rzeczy, a jego młodo wyglądający wówczas znajomy wyraźnie się postarzał. Dopiero teraz objawił się jego prawdziwy wiek struchlałemu młodzieńcowi.
Kilka minut spoglądali na siebie, po czym zakonnik westchnął głęboko i wstał, ustępując Egertowi jedynego siedzącego miejsca w pomieszczeniu.
– Siądź, proszę… Widzę, że z trudem trzymasz się na nogach.
– Postoję – odrzekł ponuro Egert.
Fagirra pokręcił głową z powagą.
– Nie dasz rady. Sam dobrze o tym wiesz… Twoja duma i tchórzliwość walczą wciąż między sobą, lecz coś mi mówi, że ta druga siła zwycięży. Można, oczywiście, bez końca ubolewać nad tym, dręczyć się tym wciąż, a można też po prostu usiąść i posłuchać, co powie życzliwy ci człowiek… Od samego początku bardzo cię polubiłem, Egercie.
– Jesteś oskarżycielem – stwierdził raczej niż zapytał Egert. – Oskarżycielem Torii… Mogłem się tego spodziewać.
– Tak – potwierdził smutno mnich. – Jestem oskarżycielem, ty zaś będziesz świadkować.
Egert wsparł się plecami o ścianę, nie czując chłodu ani wilgoci. Osunął się po murze i siadł na podłodze.
– Fagirro – spytał zmęczonym głosem – widziałeś skutki Moru? Nie wiem, co się działo za murami Wieży, lecz tutaj, w mieście… Widziałeś?
Zakonnik przeszedł się wzdłuż niewielkiej celi. Soll śledził stąpające miarowo, przesłonięte częściowo opończą, wojskowe buty.
Fagirra zatrzymał się.
– Zmarł ktoś z twoich bliskich?
– Przyjaciel – potwierdził. – I zginął… nauczyciel.
Mnich wznowił swój obchód.
– Tak… Rozumiem. W mojej rodzinie zmarło sześć osób: matka, brat, siostry i dalsi krewni… Mieszkali na przedmieściu i zmarli jednego dnia.
Egert milczał. Wiedział, że tamten go nie okłamuje, słysząc zmianę w jego głosie.
– Nie wiedziałem – odparł ochryple, – że słudzy Łaszą mają rodziny.
– Według ciebie – rzekł zakonnik z krzywym uśmiechem – słudzy Łaszą spadają z nieba?
Jakiś czas słychać było tylko potrzaskiwanie łuczywa i miarowe kroki Fagirry.
– Przepraszam – mruknął wreszcie Soll.
Tamten znów się uśmiechnął.
– Nie było cię tam, w Wieży… kiedy zamurowaliśmy wszystkie wejścia, nawet te tajne, nawet szczurze nory… Zaczął się pomór i zaczęliśmy, co rano znajdować trupy…
– Sami tego chcieliście – odparł Egert przez zęby.
Mnich wyszczerzył się szpetnie.
– Nie tobie nas osądzać!
– To przecież obłęd…
Fagirra zaśmiał się skrzekliwie.
– Tak, ponieważ Mistrz jest szalony! Zakon jednak nie może istnieć bez Mistrza. Przełożeni odchodzą, a zakon pozostaje i pozostaje Wieczna Tajemnica – dodał jakby z ukrytym sarkazmem – oraz związana z nią władza. Nie zrozumiesz tego, ponieważ nie pragniesz władzy.
– Wy jej pragniecie – stwierdził Soll ledwie słyszalnie.
Mnich skinął głową.
– Owszem… Wiesz, kto będzie następnym Mistrzem?
– Wiem – odparł ponuro.
Znowu było cicho jakiś czas. Później, gdzieś w głębokich podziemiach, zadźwięczało żelazo i rozległy się odlegle, stłumione krzyki. Zadrżał, nie będąc pewnym, czy owe dźwięki nie pojawiały się tylko w jego wyobraźni.
– Posłuchaj – powiedział z rozpaczą – co tam władza… Znasz prawdę tak samo jak ja. Wiesz skąd się wzięła zaraza i kto ją powstrzymał, jesteśmy winni wszyscy nasze życie dziekanowi: ja, ty, sędzia, miejscy strażnicy i pan burmistrz… Człowiek oddał za to swoje życie. Dlaczego więc chcecie skazać jego niewinną córkę?
– Łujan miał większą moc niż sądziłem.
Fagirra zatrzymał się, mrużąc powieki w świetle pochodni.
– Rzeczywiście był wielkim magiem.
Słowa te, wypowiedziane bez wahania, zaskoczyły Egerta tak, że pochylił się do przodu.
– Przyznajesz?!
Mnich wzruszył ramionami.
– Tylko szaleniec w rodzaju naszego Mistrza mógłby to kwestionować.
Egert bezsilnie splótł spotniałe dłonie.
– Na niebiosa! O co chcecie oskarżyć Torię?!
Fagirra spojrzał wprosi na zrozpaczoną twarz młodzieńca, westchnął i usiadł obok niego na kamiennej podłodze, opierając się piecami o ścianę. Gdzieś w czeluściach piwnic jęknęły żelazne zawiasy.
– Wrócisz potem do domu – powiedział zakonnik beznamiętnie. – Twój ojciec jest bardzo stary, a matka ciężko choruje… w miasteczku zwanym Kawarren.
– O co chcecie oskarżyć Torię?! – powtórzył Egert.
– Tak, ona jest piękna… zbyt piękna, Egercie. Jej uroda przynosi nieszczęście. Stała się przyczyną śmierci jej pierwszego narzeczonego, którego…
– Skąd wiesz…
– Którego zabiłeś. Nie jest taka, jak zwykłe kobiety, jest w niej coś takiego… Posiada swego rodzaju dar, jeśli można tak to nazwać. Niezwykła z niej kobieta i rozumiem, że nadal próbujesz jej bronić, Egercie…
– Jest niewinna – powiedział Soll, patrząc prosto w błyszczące w półmroku oczy zakonnika. – O co ją zamierzacie obwinie?
Fagirra odwrócił wzrok.
– O czary, które ściągnęły na nas zarazę.
Ziemia nie zadrżała i ściany się nie zatrzęsły. Pochodnia skwierczała jak poprzednio, wydobywając z mroku błyszczące, srebrne hafty na stojącym w kącie fotelu.
– Nie rozumiem – odparł Egert, chociaż od razu wszystko zrozumiał.
Читать дальше