Wargi mnicha drgnęły lekko, jakby próbował się uśmiechnąć.
– Cóż… Miłość córki godna jest pochwały, lecz niewarta setek istnień!
Egert wyczuwał, jak jego ukochana z całej siły próbuje przezwyciężyć strach i cierpienie.
– Wy zgubiliście owych ludzi. Ronicie teraz łzy nad swoimi ofiarami, zbrodniarze w habitach? Tej nocy, kiedy pojawił się Mór…
Odwróciła się w stronę widowni.
– Tej nocy…
– Szkoda próżnych słów – przerwał jej szybko Fagirra. – Tamtej nocy wraz z twoim ojcem odprawialiście magiczne obrzędy w zamkniętej na trzy spusty pracowni. Tak czy nie?
Egert zrozumiał, jak bardzo ja straszono. Mnich świdrował wzrokiem jej zmęczone oczy. Dziewczyna zadrżała pod tą presją.
– Tak, ale…
Zakonnik wykonał szeroki gest w stronę sędziego i publiczności.
– Całą noc płonęły świece w gabinecie dziekana! Wasi bliscy, zacni mieszczanie, wciąż jeszcze żyli. Rankiem wszędzie zawyły psy i wówczas w mieście pojawił się Czarny Mór…
– Nieprawda! – chciała krzyknąć Toria, lecz głos jej się załamał.
Spojrzała na Solla, jakby oczekując pomocy. Widział, jak owa nadzieja umiera.
– Nieprawda – doszło echo z kąta, gdzie stali studenci. Tłum zaskowyczał tak gromko, że kancelista musiał uderzyć kilkakrotnie w stół, a strażnicy pochylili piki.
Podniesiona na duchu nieoczekiwaną pomocą, oskarżona zdołała ponownie się opanować. W mrokach ogarniających jej duszę, błysnęło światełko nadziei, dające punkt zaczepienia i możliwość kontrataku.
– To nieprawda, że mój ojciec przywołał zarazę… Śmierć sprowadził zakon Łasza. Któż wie, kim oni są naprawdę?! I kto z was nie potwierdzi, że mój ojciec przez całe swoje życie nie wyrządził nikomu nic z tego? Powiedzcie, wszyscy, jak tu jesteście, czy skrzywdził choćby muchę? Kierował uniwersytetem cale dziesięciolecia, z pomocą magii, czy bez niej… Zdziałał dużo dobrego, a w końcu wybawił miasto od Moru, nakrywając kurhan własnym ciałem! Oddał za was życie, a wy…
Zachwiała się, czując straszny, wewnętrzny ból. Tortury pozostawiły na jej ciele sporo okropnych śladów. Egert pokąsał własne palce do krwi. Tłum huczał głucho. Zdumieni ludzie powtarzali jeden drugiemu słowa oskarżonej, przekazując je na plac i w niektórych sercach, być może, pojawiło się zwątpienie. Studenci rozprostowali plecy i stanęli zwartą grupą popleczników Torii. Soll zauważył kątem oka rektora, jak przeciskał się ku drzwiom, chwytając za serce.
Fagirra, wcale nie zmieszany, uśmiechnięty zjadliwie, stwierdził niezbyt głośno:
– Próbujesz umniejszyć swoją winę, rzucając oszczerstwa na święty zakon…
Toria z trudem zdobyła się na odpór.
– Nie przedstawiliście ani jednego wiarygodnego dowodu winy mojego ojca. Wszystko, co mówicie, jest… Nie macie dowodów ani świadków…
Mówiła coraz ciszej. Ludzie przycichli, próbując dosłyszeć jej słowa. W dusznym pomieszczeniu słychać było tylko skrzypienie piór na pergaminie i oddechy obecnych.
Fagirra uśmiechnął się krzywo.
– Mamy świadka.
Toria chciała powiedzieć coś jeszcze, potrząsała głową, jakby chcąc wylać na mnicha cały swój gniew i pogardę, lecz zacięła się i zamilkła. Egert wiedział, że resztki nadziei umykały z niej, jak woda przeciekająca przez palce. Uczepiła się go ostatnim wysiłkiem i zgasła. W całkowitej ciszy zwróciła ku niemu głowę i oczy ich się spotkały.
Siedział samotny na długiej ławie, skurczony boleśnie, obarczony brzemieniem zdrady. W oczach Torii zjawiło się rozpaczliwe pytanie, na które nie mógł odpowiedzieć. Chwilę spoglądali na siebie. Czuł, jak w jej duszy walczą o lepsze smutek, rozpacz, pogarda dla jego słabości. Do tych wszystkich uczuć doszło jeszcze śmiertelne zmęczenie. Dziewczyna spuściła powoli głowę, przygarbiła się i bez słowa wróciła na swoje miejsce, powłócząc nogami.
Jakiś czas panowała cisza, potem podniósł się narastający hałas. Kancelista znowu chciał uderzyć o blat stołu, lecz zakonnik powstrzymał go nieznacznym ruchem, toteż niczym nie skrępowani ludzie zaczęli głośno wyrażać swoje uczucia: zdziwienie, oburzenie, gniew przeciwko czarom, słabnący wobec niedostatecznych dowodów oskarżenia.
W końcu mnich strzelił palcami, urzędnik załomotał w stół, a strażnicy uderzyli o podłogę drzewcami pik. Tłum zamilkł powoli. Sędzia powiedział coś, co kancelista powtórzył głośniej, lecz nie dotarło to do Egerta, trwającego w otępieniu, toteż jeden ze strażników wziął go mocno za ramię i doprowadził do barierki.
Rozglądał się wokół błędnie. Fagirra świdrował go wzrokiem spod kaptura, nakazując mu coś w milczeniu stanowczo, choć z pozoru życzliwie.
Egert nie pamiętał, jak znalazł się przy barierce.
Na zewnątrz z pewnością świeciło słońce, którego dwie smugi wpadły do środka przez dwa wysokie, wąskie okna. Studenci ożywili się w swoim kącie. Egert usłyszał swe imię, powtórzone wielekroć, ze wzburzeniem, głośniej i ciszej, z obojętnym zdumieniem lub radosną nadzieją. Ci, którzy przez wiele dni mieszkali z nim i stołowali się, którzy bywali na tych samych wykładach i popijali wino w tych samych tawernach oraz wiedzieli o przyszłym ślubie mieli prawo spodziewać się po nim postawy człowieka uczciwego.
Kat znowu westchnął głośno, próbując oczyścić fartuch z jakiejś plamki. Szczypce cicho zadźwięczały w worku, napędzając stracha świadkowi.
Toria spoglądała gdzieś w bok, przygarbiona, przybita, zrezygnowana.
– Oto świadek oskarżenia – zagrzmiał Fagirra. – Nazywa się Egert Soll. Ostatnio jako jedyny miał prawo wchodzić do pracowni dziekana, będąc blisko z jego córką. Dlatego jego świadectwo jest ważne. Owej fatalnej nocy był obecny przy odrażającym magicznym rytuale. Słuchamy cię, Soll.
Nastała grobowa cisza. Dwa okna spoglądały na Egerta jak dwoje pustych, jasnych oczu. Milczał, wpatrując się w pyłki tańczące w smugach światła. Toria, podniosła głowę, zastygła w napięciu.
Z pewnością udzieliły się jej jego smutek i ból, gdyż w tym momencie poczuł, wstrząsany kolejnymi falami lęku, jak pragnie go wesprzeć spojrzeniem.
Milczał, nie czując się na siłach wydusić z siebie jednego słowa. Fagirra uśmiechnął się wyrozumiale.
– No, dobrze… Będę zadawać pytania, a ty nam odpowiesz. Czy nazywasz się Egert Soll?
– Tak – odrzekł machinalnie.
Tłum westchnął przeciągle.
– Przybyłeś tu z miasta Kawarren prawie dwa lata temu?
Egert ujrzał oczami duszy baszty i chorągwie, odbijające się w wodzie leniwie płynącej Kawy, jezdnię obmytą strugami deszczu, osiodłanego kucyka, głośno trzaskającą okiennicę i roześmianą matkę, osłaniającą dłonią usta…
– Tak – przyznał z roztargnieniem.
– Doskonale… Zgadza się, że cały ten czas mieszkałeś przy uniwersytecie, często spotykając się z dziekanem i jego córką, która została w końcu twoją narzeczoną?
Odpowiedział wreszcie na nieme błaganie Torii i postanowił na nią spojrzeć.
Siedziała pochylona do przodu, nie spuszczając zeń oczu. Kiedy wyczuła, że patrzy na nią, twarz jej się rozjaśniła, a spękane usta próbowały ułożyć się do uśmiechu. Nawet teraz cieszyła się, że go widzi, choćby na pograniczu zdrady. Niezdolna gniewać się, patrzyła na niego z niemal matczyną czułością i współczuciem. Przecież jego też przesłuchują, być może dręczą jeszcze gorzej, na oczach całego miasta i ukochanej kobiety. Dobrze rozumie, jak teraz się czuje.
Łatwiej byłoby mu znieść jej pogardę niż współczucie. Spojrzał nienawistnie na mnicha.
Читать дальше