Urwała, nieoczekiwanie dla samej siebie, jakby coś ścisnęło jej gardło. Wspomnienie o ojcu okazało się ponad jej siły. Długo milczała, odwrócona od mężczyzny, gładząc bezmyślnie karty rękopisu.
Egert z trudem się powstrzymał by jej nie objąć i nie pocieszać, lecz zdawał sobie sprawę, że byłoby to w owej chwili nieodpowiednie. Patrzył zatem bez słowa na zasmuconą ukochaną. Czuł jak codzienny lęk o własną skórę przezwycięża w nim całkiem odmienne uczucie.
– Tor – rzekł w końcu najostrożniej, jak tylko potrafił – wiem, że nie spodoba ci się to, co powiem za chwilę… Po prostu chcę ci powtórzyć słowa rektora: Nie powinnaś… atakować Łasza. To wszystko, teraz możesz na mnie nakrzyczeć.
Odwróciła się powoli, jej zaciśnięte usta zbielały, a wyraz oczu był taki, że młodzieniec cofnął się bezwiednie.
Chciał jej wyjaśnić, że nie kieruje nim strach, że pamięć o Łujanie jest mu tak samo droga, jak jego córce, że także nienawidzi świątobliwych zbrodniarzy. Zakon składa się jednak z szalonych fanatyków, którzy nie cofną się przed niczym. Jeśli rozpoczną z nim wojnę, Toria zacznie balansować na ostrzu brzytwy… a jej bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze. Ona wciąż milczała z chłodnym wyrzutem w oczach. Pod tym spojrzeniem nijak nie mógł sensownie wyłożyć dręczących go refleksji.
– Nie będę na ciebie krzyczeć – odparła w końcu tonem tak obcym, że go wystraszyła. – Przemawia przez ciebie klątwa. Od kiedy jednak słuchasz znowu jej tchórzliwych podszeptów?
Nastąpiła długa chwila napiętej ciszy. Egert przypomniał sobie dzień, kiedy Toria uderzyła go w twarz ciężką książką.
– Pokładałam wielkie nadzieje w rektorze – oznajmiła w końcu drżącym głosem. – Sami studenci to za mało… chociaż…
Zadumała się na chwilę.
– Chociaż może znajdę pomoc – podjęła. – Być może u ciebie?
Egert miał ochotę paść przed nią na kolana. Zamiast tego, podszedł bliżej, patrząc prosto w jej bezlitosne, suche oczy.
– Myśl sobie o mnie, co chcesz. Uważaj mnie za kogo chcesz, ale klątwa nie ma nic tutaj do rzeczy. Przecież nie zostałem zaklęty, by bać się o ciebie! A ja…
Tym razem on się zaciął, choć powinien był powiedzieć o tym, jak straszna była dla niego myśl o jej utracie, teraz, kiedy zostali we dwoje wobec nieprzyjaznego świata i jak trudno mu przyznać, że nie jest w stanie obronić tego, co dla niego najdroższe. Wszystko to należało wyrazić, lecz jego żałosne usiłowania nie przyniosły efektu.
Nie doczekawszy ciągu dalszego, znowu się odwróciła. Patrząc na jej wyprostowane sztywno plecy, pojął z lękiem, że wytworzyła się między nimi jakaś szczelina, a ta rozmowa może ich rozdzielić. Musi ratować ich oboje. Zrozumiawszy to milczał dalej, wiedząc, że ona ma rację: jest tchórzem i nie jest w stanie działać jak na męża przystało.
Dały się słyszeć niezwykle szybkie i głośne kroki na korytarzu. Egert podniósł głowę ze zdziwieniem, słysząc drżący głos rektora. Toria odwróciła się powoli, słysząc pukanie do drzwi. Najpierw ciche i niepewne, szybko zamieniło się w łomotanie. Soll był pewien, że nigdy jeszcze nikt nie ośmielił się tak potraktować drzwi gabinetu dziekana.
Toria uniosła brwi.
– Kto tam?
– W imieniu prawa! – usłyszeli zza drzwi.
Po chwili odezwał się wyraźnie roztrzęsiony rektor:
– Ależ, panowie, to jakaś pomyłka… Nie wolno wchodzić z bronią do świątyni nauki!
Kolejne uderzenia wstrząsnęły drzwiami. Każde z nich wzmagało drżenie serca Egerta. Zacisnął zęby, modląc się w duchu: Niebiosa, dajcie mi chociaż teraz zachować się jak należy!
Toria uśmiechnęła się pogardliwie. Uniosła skobel, otworzyła drzwi i stanęła w progu. Soll nie wytrzymał i cofnął się w ciemny kąt, przeklinając siebie. Niewidoczny z zewnątrz, dojrzał czerwono-białe uniformy, bladą twarz rektora, tłumek wzburzonych studentów i spokojne, kościste oblicze oficera, który trzymał w dłoni stylizowany biczyk, na znak tego, że w tym momencie wykonuje rozkaz wyższej władzy.
– To pracownia mego ojca – oznajmiła zimno panna. – Nikt nie ma prawa dobijać się do tych drzwi i nikt nie wejdzie do środka bez mojej zgody. Czego panowie sobie życzą?
Oficer podniósł biczyk.
– A więc potwierdza pani, że jest córką dziekana bujana?
– Z dumą potwierdzam.
Oficer skinął głową, jakby zadowolony z odpowiedzi.
– W takim razie prosimy panią udać się z nami.
Egert czuł strużki zimnego potu, spływającego po plecach. Dlaczego właśnie jemu musi się przydarzać coś, o czym inni śnią tylko w najgorszych koszmarach?!
Toria uniosła głowę jeszcze wyżej.
– Prosicie? Z jakiej racji? A jeśli odmówię?
Oficer znowu skinął głową z satysfakcją, jakby tylko czekał na podobne pytanie.
– Jesteśmy tutaj z nakazu sądu – oznajmił, potrząsając biczykiem na potwierdzenie. – I uprawnieni jesteśmy doprowadzić panią, jeśli odmówi pani pójść dobrowolnie.
Egert bardzo pragnął, by Toria obejrzała się na niego.
Wydawałoby się, cóż w tym prostszego, obejrzeć się w poszukiwaniu pomocy i obrony… Zarazem wiedział jednak od początku, że ona tego nie zrobi, ponieważ nie oczekuje od niego obrony, a gdyby napotkała jego wystraszone, pełne poczucia winy spojrzenie, straciłaby resztki nadziei. A jednak błagał ją w duszy, by to uczyniła. Zdawało się przez mgnienie, że miała taki zamiar, lecz znieruchomiała w półobrocie.
– Panowie – wtrącił się rektor, trzęsąc starczo głową – to coś niebywałego. Nikogo jeszcze nie aresztowano w tych dostojnych murach… To świątynia… Przybytek pracy duchowej. Kalacie świętość! Pójdę ze skargą do burmistrza!
– Niech się pan uspokoi, panie rektorze – powiedziała Toria spokojnie, jakby zadumana. – Jestem pewna, że to nieporozumienie wkrótce się wyjaśni…
Urwała i zwróciła się do oficera.
– Cóż, widzę, że nie cofniecie się nawet przed przemocą, a nie chcę, by te szacowne mury ją oglądały. Pójdę.
Zrobiła krok do przodu i zamknęła szybko za sobą drzwi gabinetu, jakby chciała ochronić Solla przed niepowołanymi spojrzeniami.
Drzwi były zamknięte. Egert stal z zaciśniętymi pięściami, wsłuchany w oddalający się tupot ciężkich butów, niespokojne szepty studentów i lamenty rektora.
Masywny gmach sądu był niewątpliwie najbrzydszy na placu. Egert przywykł obchodzić go szerokim lukiem, żelazną bramę z wyciosanym nad nią napisem „Strzeż się prawa!” i okrągły słup z miniaturową szubienicą, gdzie na stryczku kołysała się szmaciana lalka. Wszystko to wydawało mu się okropne i odrażające.
Spadł mokry śnieg, który wydał się Sollowi szarobury niczym zleżała wata. Trzewiki grzęzły po kostki w wilgotnej mazi. Po słupie latarni, stanowiącym dla mężczyzny coś w rodzaju przystanku, ściekały strugi wody. Drżąc na całym ciele i przestępując z nogi na nogę, wpatrywał się intensywnie w zatrzaśnięte wrota, łudząc się, ze za chwilę się otworzą i jego ukochana wyjdzie na wolność.
Towarzysząca mu do tej chwili grupka studentów rozchodziła się powoli w ponurym milczeniu, nie patrząc na siebie. Do gmachu sądowego wchodzili i wychodzili zeń rozmaici ludzie: urzędnicy wyższej i niższej rangi, uzbrojeni w piki strażnicy, petenci z kornie schylonymi głowami. Chuchając w zmarznięte dłonie, Egert zastanawiał się, czy juz przedstawiono Torii akt oskarżenia. Ciekawe, czego mógł dotyczyć. Jak jej pomóc, skoro nawet wizyta rektora u burmistrza spełzła na niczym?
Читать дальше