Fagirra westchnął.
– Spróbuj zrozumieć. Istnieją cenniejsze rzeczy niż życie i zwykła sprawiedliwość… Ofiara jest zawsze niewinna, inaczej cóż to byłaby za ofiara? Zawsze jest też lepsza niż otaczający ją motłoch…
– Fagirro – szepnął Egert – nie róbcie tego.
Jego rozmówca kiwnął głową w udręce.
– Rozumiem cię… ale nie ma innego wyjścia. Ktoś powinien ponieść karę za Czarny Mór.
– Prawdziwi winowajcy…
– Winna jest Toria, zła wiedźma, córa czarnoksiężnika – odrzekł spokojnie mnich. – Zastanów się nad sobą, Soll. Jestem w stanie zrobić z ciebie jej wspólnika, choć póki co jesteś świadkiem… Rozumiesz, że znalazłeś się na skraju przepaści?
Egert zacisnął zęby, pokonując koleiną falę strachu, Fagirra położył mu dłoń na kolanie.
– Wciąż jesteś świadkiem. Twoje świadectwo będzie tym bardziej cenne, że kochałeś oskarżoną, lecz w imię prawdy zdołasz wyrzec się owego uczucia.
– W imię prawdy?!
Fagirra wstał. Na ścianie pojawił się jego smukły cień. Podszedł do fotela i opadł na siedzenie. W świetle pochodni wydawał się teraz znużonym starcem.
– Co ją czeka? – zapytały samoistnie poruszające się wargi młodzieńca.
Fagirra uniósł powieki.
– Po co ci wiedzieć, w jaki sposób umrze? Wrócisz do swego Kawarrenu zaraz po rozprawie. Zapewne jakiś czas będziesz cierpiał, lecz czas potrafi leczyć wszelkie rany.
– Nie złożę fałszywego świadectwa przeciw Torii! – zawołał szybciej, nim strach zdążył zatkać mu gębę.
Fagirra pokręcił głową. Chwilę nad czymś dumał, wzdychając, potem zwrócił się do młodzieńca.
– Wstań i pójdź za mną.
Zdrętwiałe nogi nie chciały być posłuszne, Egert wstał więc dopiero za drugą próbą. Fagirra wydobył z fałd opończy pęk kluczy. W ciemnym kącie objawiły się jeszcze jedne, niskie, żelazne drzwiczki, za nimi zaś kręcone schody, wiodące w dół.
Niewysoki, barczysty osobnik w płóciennym fartuchu grzebał w zębach wykałaczką. Pojawienie się mnicha z Egertem mocno go spłoszyło, toteż omal nie połknął drewnianej drzazgi, wyskakując na powitanie kapturnika. Odebrawszy łuczywo z rąk zakonnika, poszedł przodem. Tymczasem Eger wciąż usiłował przypomnieć sobie, gdzie mógł go wcześniej spotkać. Przestał o tym myśleć, gdy przewodnik energicznie otworzył kolejne żelazne drzwi z zakratowanym okienkiem.
Płonęły tutaj aż trzy pochodnie. W ich świetle Egert ujrzał wiszące na ścianach przerażające narzędzia tortur.
Zatrzymał się, słabnąc. Fagirra szybko go podtrzymał, chwytając mocno za przedramię. Na hakach i na pólkach znajdowały się rozliczne, nie tknięte rdzą, w pełni gotowe do użytku instrumenty: kleszcze i świdry, imadła do ściskania stóp, kliny do miażdżenia kolan, najeżone kolcami deski, rozmaite bicze i jeszcze gorsze rzeczy, od których Soll pospiesznie odwrócił wzrok. Pośrodku izby tortur znajdowało się palenisko z żarzącymi się węglami, obok stały zaś trójnogi zydel i fotel z wysokim oparciem, taki sam jaki pozostawili w poprzednim pomieszczeniu. Na niewielkim podwyższeniu rozbiegane oczy Egerta dostrzegły ławę do zadawania mąk ze zwisającymi z niej rzemiennymi paskami.
Przypomniał sobie, gdzie już widział owego krępego człowieczka. W Dzień Wszelkiej Radości wszedł na szafot razem z sędzią i skazańcami, trzymając w dłoniach topór. Niósł go wtedy skromnie i naturalnie, obecnie zachowywał się tak samo, troskliwie rozdmuchując żar w żelaznym trójnogu.
– Egercie – zapytał cicho Fagirra, wciąż podtrzymując go pod ramię – gdzie znajduje się złota zabaweczka, medalion, który należał do dziekana?
Węgle przybrały czerwoną barwę. Kat mógłby być znakomitym palaczem. Egert zachrypiał coś niewyraźnie, nie będąc w stanie wyrzec nawet słowa.
– Pamiętasz, pytałem cię kiedyś o sejf. Nasi ludzie przeszukali dobrze pracownię dziekana i niczego nie znaleźli. Wiesz, gdzie jest teraz medalion?
Soll milczał. W jego zmąconym strachem mózgu plątały się bezładne myśli: bluźnierstwo… pracownia… stalowe skrzydło… skalali… gdyby żył dziekan…
Fagirra spojrzał mu prosto w oczy.
– Egercie, to bardzo ważna sprawa… Wierz mi, że wrzaski badanych nie sprawiają mi żadnej przyjemności, gdzie jest?
– Nie wiem – odpowiedział niesłyszalnie, lecz zakonnik odczytał te słowa z ruchu warg.
Mnich przeniósł znaczące spojrzenie z Solla na oprawcę, z niego zaś na rozżarzone węgle. Westchnął, muskając palcem kącik ust.
– Wiem, że nie kłamiesz… Komuś innemu bym nie uwierzył, lecz tobie… Szkoda, że istotnie tego nie wiesz.
Puścił ramię Egerta.
– Tylko Toria to wie? Tak?
Egert omal nie upadł. Nie wiedząc, co czyni, chciał przysiąść na łożu tortur, lecz natychmiast odskoczył. Fagirra pchnął go lekko na fotel. Młodzieniec opadł bezwładnie, uderzając potylicą w oparcie. Wczepił kurczowo palce w podłokietniki.
Kat spojrzał pytająco na mnicha. Ten mruknął zmęczonym głosem:
– Czekaj…
Siadł naprzeciw Solla na zydlu, rozpościerając poły opończy na kamiennej posadzce.
– Powtarzam: lubię cię, Egercie. Nie ukrywam przed tobą niczego. Według prawa odmowa zeznań lub krzywoprzysięstwo podlegają karze wyrwania języka… Pokaż mu szczypce – zwrócił się do oprawcy.
Tamten zmierzył Egerta wzrokiem fachowca, po czym poszedł do kąta i wydobył stamtąd odpowiednie, jego zdaniem, narzędzie. Wygięte szczypce błyszczały oliwą, co świadczyło o pracowitości i solidności majstra, zwłaszcza, ze nawet oplecione skórą rękojeści były czyste i dobrze utrzymane.
Egert zamknął powieki.
– To ci nie pomoże – powiedział mnich z przywołanej przez. Solla ciemności. – Zachowujesz się, jak dzieciak, Egercie… Nie znikniemy, skoro zamknąłeś oczy. Nie chcesz, to nie patrz. Sąd zbierze się pojutrze, a do tego czasu musisz zachować zdolność mówienia. Widzę, że sam rozumiesz, o co chodzi. A jeśli przydadzą ci się pieniądze na podróż do Kawarrenu podczas tych paru dni, chętnie służę… Przecież wrócisz? Prawda?
Egert usiłował przypomnieć sobie roześmianą twarzyczkę Torii, lecz nie potrafił.
Ocalone od zarazy miasto znowu pragnęło żyć.
Z dalszych i bliższych miejscowości przybywali spadkobiercy, pragnący przejąć opustoszałe i rozgrabione kamienice, warsztaty i sklepy. Tu i ówdzie wybuchały z tego powodu bojki. Cechy rzemiosł, podnoszące się z klęski, odstąpiły od swych wielowiekowych tradycji i przyjmowały w swoje szeregi nawet niedouczonych czeladników. Przez bramę miejską od świtu do zmierzchu wlewały się tłumy radosnych i sprytnych prowincjuszy, przede wszystkim młodych, pragnących jak najprędzej wyjść na ludzi, to znaczy wzbogacić się i wżenić w arystokratyczne rody. Te również powracały do swoich siedzib, toteż na ulicach znowu słychać było tupot kopyt i turkotanie karet, pojawiły się też lektyki, dźwigane przez lokajów w liberiach. Wszędzie biegały dzieci, radując się świeżo spadłym śniegiem, podobnie jak niemowlaki na rękach maniek.
Wciągu dnia miasto było niezwykle ożywione, lecz ani jedna noc nie przechodziła bez głośnego płaczu i łez, sennych koszmarów i gorzkich żalów. Wśród nie usuniętych ciągle zgliszcz błąkali się ci, którzy stracili rozum podczas Moru, od których uciekały nawet bezpańskie psy. Nie było rodziny, która nie poniosłaby jakiejś straty, dlatego też snuto wciąż ponure opowieści o niedawnej przeszłości.
Pewnej nocy wybito wszystkie okna w gmachu uniwersytetu. Mieszczanie, którzy nie uwierzyli w straszną zbrodnię dziekana i jego córki, spierając się z sąsiadami, a często z własnymi domownikami, mieli tylko jeden argument: to niemożliwe! Większość krzywiła twarze z niechęcią i wzruszała ramionami. Magowie… Kto ich tam wie… Zwykły człowiek nie pojmie ich czynów, a przecież Mór nie pojawił się znikąd. Niech ich… tych czarowników!
Читать дальше