Na placu doszło do walki. Grupka studentów starta się na śmierć i życie z rozwścieczonymi czeladnikami. Polała się krew i tylko interwencja straży miejskiej położyła kres owej bitwie. Pobici studenci skryli się w uniwersytecie, a w siad za nimi leciały kamienie.
Wieczorem, w wigilię procesu, przed gmachem sądu pojawili się pierwsi gapie. O świcie plac by I wypełniony nieprzebranym tłumem do tego stopnia, że strażnicy musieli użyć piet ni, zęby utorować sobie drogę do budynku. Przed szeregiem sług Łasza ludzie sami się rozstępowali, popychając się wzajem. Budynek uniwersytetu straszył wciąż wybitymi oknami, lecz grupa studentów także się pojawiła, nie bacząc na wrogie okrzyki i obelgi. Cztery oddziały strażników musiały ochraniać jednego z nich, wysokiego i jasnowłosego, ze szramą na policzku, prowadząc go przez plac. W tłumie powiadano, że jest głównym świadkiem.
Do sali sądowej dostali się tylko nieliczni. Uznając jednak wagę procesu, sędzia zezwolił łaskawie, by ludzie stali w otwartych drzwiach, w korytarzach i na schodach, tak więc potężny budynek połączył się z ludnością na placu szeroką ludzką lawą. Przekazywano sobie zasłyszane słowa z ust do ust, jak przekazuje się wiadra wody podczas pożaru, o wszystkim zatem, co zostało powiedziane w sądzie, prędko dowiadywała się stojąca na zewnątrz, gawiedź.
Przesłuchanie opóźniało się z jakichś przyczyn. Egert, siedząc na długiej, skrzypiącej ławie, patrzył obojętnie na gwarzących za pustym stołem sędziowskim zakonników, na ostrzącego pióra kancelistę, na rozsiadających się po drugiej stronie sali wystraszonych ławników, w pewnym sensie też świadków, świadków Czarnego Moru… Wszystko powinno odbywać się zgodnie z prawem. Szkoda, że nie można wezwać przed sąd tych nieszczęsnych, których ciała spoczęły w kurhanie, a zwłaszcza dziekana bujana… Nie wstanie już spod ziemi, nawet na ratunek ukochanej córce.
Zauważył w tłumie widzów studenckie kapelusiki z frędzelkami i natychmiast odwrócił wzrok.
Za stołem sędziowskim miotali się dwaj sekretarze. Egert usłyszał, jak jeden pyta z cicha drugiego:
– Masz nurze pilnik do paznokci? Psiakrew, złamałem jeden…
Tłum falował, szepcząc, z jednakową ciekawością oglądając ponury wystrój pomieszczenia, pisarczyków, Egerta, strażników, fotel sędziego, miniaturową szubieniczkę na stole, dokładną kopię stojącej na zewnątrz. Ława oskarżonych była ciągle pusta i tylko obok niej przysiadł na stoiku niepozorny człowieczek w płóciennym fartuchu, trzymający na kolanach takiż płócienny futerał, po kształcie którego Soll od razu domyślił się zawartości.
Były to szczypce z długimi rączkami.
Minęło chyba z dziesięć minut, potem znów drugie tyle. Widzowie w końcu zaczęli szemrać z niezadowoleniem, gdy ujrzano wreszcie kroczącego do stołu sędziego. Wyprzedzał go zakapturzony człowiek, którego Egert natychmiast rozpoznał. Z trudem powłócząc nogami, sędzia wspiął się po krytych aksamitem schodkach i ociężale opadł na fotel. Fagirra stanął obok, nie zdejmując kaptura. Egert wyczuł jego uważne spojrzenie. Sędzia szepnął coś kanceliście, ten zaś powtórzył, niczym gromkie echo:
– Wprowadzić oskarżoną!
Egert pochylił nisko głowę, nie odrywając oczu od szarych smug na posadzce. Tłum zahuczał ogłuszająco, zabrzęczało żelazo i w tej chwili młodzieniec miał wrażenie, że powraca jego właściwość odczuwania cudzego bólu.
Nie podnosząc oczu, czuł całym sobą wejście Torii. Była kłębkiem nerwów i cierpienia, powściąganych silą woli. Wyczul jak szuka z nadzieją jego osoby i jak oczy jej pojaśniały, gdy go dostrzegła. Zrozumiał, że jego ukochana wie wszystko, również, o roli, jaką on ma odegrać w procesie, a mimo to jednak się ucieszyła, widząc go, wciąż bowiem liczyła na niego, naiwnie jak dziecko, liczyła na najdroższego człowieka…
Podniósł głowę.
Kilka dni przesłuchań odbiło się na jej twarzy. Spotkawszy się z nim wzrokiem, próbowała się uśmiechnąć, lecz spękane wargi nie poddały się jej woli. Czarne włosy były sczesane gładziej niż zazwyczaj. Zaczerwienione oczy pozostawały suche. Strażnik posadził ją na ławie oskarżonych. Ze wstrętem unikała jego dotyku i znowu spojrzała na Solla. Próbował uśmiechnąć się do niej pocieszająco, lecz nie zdołał, czując ciągle na sobie wzrok Fagirry.
Kat westchnął głęboko na całą salę, ponieważ właśnie zapadła kompletna cisza. Oskarżyciel stanął przy barierce i energicznie odrzucił kaptur.
Egert odczuł przestrach Torii. Aż podskoczyła, kiedy mnich na nią spojrzał. Zdając sobie sprawę, że właśnie on osobiście ją przesłuchiwał, Soll zapragnął zadusić gada i z chęcią by to uczyni!, gdyby nie paraliżował go lęk.
Zakonnik rozpoczął mowę oskarżycielską i już od pierwszych jej słów Egert zrozumiał, że sprawa jest beznadziejna i jego Toria jest z góry skazana.
Fagirra mówił spokojnie, prostym językiem, ludzie słuchali go z uwagą, z zapartym tchem. Tylko gdzieś z tylu słychać było szepty, przekazujące słowa oskarżyciela stojącym na zewnątrz. Z owej mowy, jasnej i precyzyjnej, jak dzieło jubilera, wynikało ponad wszelką wątpliwość, że dziekan od dawna zamierzał zniszczyć miasto i że oczywiście córka mu w tym pomagała. Fagirra podawał liczne szczegóły i dowody, od których Egertowi cierpła skóra. Być może zakon Łasza miał swojego szpiega na uniwersytecie albo Toria w trakcie przesłuchali zdradziła różne szczegóły z życia jej ojca. Tłum wydawał gniewne pomruki. Soll czuł, jak przenika go sprawiedliwe oburzenie i żądanie odpowiedniej kary.
Toria słuchała spięta wewnętrznie. Jej ukochany czuł, jak stara się zebrać myśli, jak bolą ją oszczerstwa, niczym podstępne ciosy. Jej nadzieja, związana z obecnością Egerta, gasła teraz, powoli niczym ogarek.
Fagirra skończył mowę, uważnie spoglądając na Egerta. Zarzucił znowu kaptur i powrócił na swoje miejsce obok sędziowskiego fotela. Na znak sędziego do barierki jeden za drugim podchodzili świadkowie.
Pierwszy z nich, tłustawy przekupień, miał spory problem, nie wiedział bowiem, co ma mówić, więc tylko żalił się bezładnie. Słuchali go jednak ze współczuciem, gdyż każdy z tu obecnych mógł powiedzieć to samo. Następni zachowywali się podobnie. Powtarzały się kolejne zażalenia, kobiety płakały, wyliczając swoje straty. Tłum milczał zasmucony.
W końcu wysechł strumyk przywołanych ofiar zarazy. Jakiś chłopak z ludu wyrywał się, by opowiedzieć o swoim nieszczęściu, lecz prędko go uciszono. Wszystkie spojrzenia, ponure i surowe, skierowały się na oskarżoną. Egert pragnął rzucić się ku niej w rozpaczy, by ją osłonić i uspokoić, lecz pozostał na swoim miejscu. Chwilę potem sędzia zaszeptał, a kancelista powtórzył głośno, że teraz oskarżyciel zada pytania podsądnej.
Toria wstała i ten prosty ruch kosztował ją wiele wysiłku. Egert czuł drżenie wszystkich jej mięśni i ścięgien. Podchodząc do barierki, zerknęła mimochodem na Solla. Egert pochylił się ku niej, pocieszając i obejmując ją w myślach. Fagirra podszedł bliżej. Ciało dziewczyny przeszedł dreszcz, jakby sama obecność zakonnika była dla niej nieznośna.
– Czy to prawda, że dziekan Łujan był pani ojcem? – spytał dźwięcznie zakonnik.
Toria zwróciła ku niemu głowę i spojrzała prosto w oczy. Egert wiedział, ile ją to kosztowało.
– Dziekan jest moim ojcem – odrzekła ochrypłym, lecz donośnym i twardym głosem. – Umarł, ale wciąż żyje w pamięci wielu ludzi.
Wśród tłumu rozległy się szepty.
Читать дальше