– W instrukcji nic o tym nie napisali – wyjaśnił duch.
– No to załatwione. – Egzorcysta zatarł ręce. – Przyjaciele, musimy się trochę poświęcić dla dobra społeczności lokalnej.
– My? – westchnął Józef.
– Znowu? – jęknął Semen, ale żaden nie oponował.
– A zatem – egzorcysta zwrócił się do ducha – jesteśmy pijakami. Nawet specjalnie na okazję
spotkania z tobą trochę golnęliśmy. Będziesz dopadał nas na zmianę i kopał.
– I będziecie tu codziennie przychodzić? – ucieszył się duch. – To w miesiąc was obsłużę i po sprawie!
– Uch, ty durny, po co w miesiąc, jak można od razu? Masz coś w instrukcji o częstotliwości ataków?
– No nie... Tyle tylko, że nie mogę nikogo dopaść dwa razy pod rząd jednego dnia. Ale jakby tak na zmianę, to będzie zgodne z przepisami.
– No to wal po kolei... Tylko żebyś, cholero, nie kopał za mocno!
– Się wie!
Duch uwijał się jak w ukropie, ale dopadnięcie każdego po dwadzieścia siedem razy i tak zajęło mu ponad dwie godziny.
– Miło się z wami robi interesy – powiedział wreszcie zasapany.
– Dupa mnie boli – marudził Paczenko.
– Mnie noga też zdrowo rypie – westchnął hrabia. – Ale opłaciło się i mnie, i wam...
– Raz jeszcze udało się przeżyć – Semen zacytował samurajskie przysłowie. – Przydałby się teraz
uniwersalny środek przeciwbólowy... No i oblać to trzeba. Idziesz z nami?
Ale duch już się zdematerializował.
– Czekajcie. – Egzorcysta obejrzał kumpli krytycznym wzrokiem.
– No co? – zdziwił się Józef.
– Wyszliśmy z tej przygody bez szwanku. No i za czyści jesteśmy. Nikt nam nie uwierzy, że pokonaliśmy widmo. Trza się najpierw ciut ucharakteryzować...
Jakub, Semen i Józef wtarabanili się do knajpy zmaltretowani, obszarpani, utytłani w błocie, kulejący i z dziwnie zbolałymi minami.
– Co z wami? – zaniepokoił się ajent. – Wyglądacie, jakbyście wpadli pod kombajn!
– Ważne, że żyją – bąknął ktoś.
– Stoczyliśmy śmiertelny i heroiczny bój, ale duch zneutralizowany – oświadczył triumfalnie egzorcysta.
Bywalcy wydali z siebie szmer podziwu.
– Stawiam skrzynkę pryty na koszt firmy! – Nawet barman, choć sknera, poczuł doniosłość chwili. Cmoknęły zrywane korki, niebiański napój zagulgotał w gardłach. Skrzynka szybko się skończyła, więc cała knajpa solidarnie zrzuciła się na kolejną. Zaraz za nią pojawiła się trzecia, a potem wszyscy rzygali długo i szczęśliwie.
===aFBjUmZQ
Kura
Mieszkańcy Wojsławic, którzy przybyli w środę na targ, zaraz obok wjazdu na plac natknęli się na dziwny kramik. Przy chodniku parkował zdezelowany wrak starej wołgi. Obok auta, na kawałku nieprawdopodobnie zszarganego dywanu, rozłożono kupkę szmelcu typowego dla „ruskich”
handlarzy. Poniewierały się tu piły, elementy jakichś maszyn rolniczych, szczotki do silników i inne przedmioty, których przeznaczenie stanowiło dla laika zagadkę. Nieliczni fachowcy spoglądali na towar z politowaniem, bowiem większość pasowała do urządzeń, które zakończyły żywot całe dekady temu. Ponadto stoisko ozdobione zostało „antykami”. Leżały tu pospołu garść sowieckich monet, jeden order, pojedyncze strzemię, pogięty świecznik i kindżał zakupiony zapewne w gruzińskim odpowiedniku cepelii. Na samym skraju ekspozycji, koło zderzaka samochodu, stała klatka na kanarki, do której wtłoczono niewielką, zabiedzoną kurę.
Stoiska pilnował dziwny typek, ni to Cygan, ni to Tatar, smagły i skośnooki. Jego twarz zdobiły haczykowaty ormiański nochal i obfita czarna czeczeńska broda.
Ludziska przechodzili obok, omiatali szmelc znudzonymi spojrzeniami, co ciekawsi pytali o spirytus i papierosy, ale tego towaru nieznajomy akurat nie miał. Starał się za to usilnie przekonać wszystkich do zakupu kuropodobnego stwora. Bez skutku. Na zardzewiałych drutach sokoli wzrok klientów bez trudu wypatrzył karteczkę z ceną. Jedni, odczytawszy ją, skrobali się w ciemię, inni pukali się w czoło lub wkręcali niewidzialne śrubki w skroń. Ten i ów poprawiał okulary lub przecierał oczy. Koło południa ze swoich nor wypełzł na targowisko także klan Bardaków. Leźli jak zwykle całą kupą. Na widok kramiku przystanęli i zlustrowawszy towar, jak jeden mąż ryknęli śmiechem. Głównym powodem ich wesołości była klatka i wisząca na niej kartka z ceną.
– Nu szto? – obraził się handlarz. – Kuricu nie widieli? Możet byt’ kupit chotitie?
Wzmianka o kurze wywołała stan totalnego uhecowania.
– Że niby co!? – zdumiał się Izydor Bardak. – Ta kurnikowa ofiara ma kosztować pięćset złotych!?
– Eto niedorogo!
Uwaga sprzedawcy sprawiła, że co poniektórzy z Bardaków nie zdołali utrzymać pionu i wyjąc, tarzali się po bruku.
– Z drogi! – Izydor usłyszał za sobą znajomy głos, a ponieważ nie dość szybko odskoczył, końcówka bagnetu boleśnie kolnęła go w tyłek. Zaraz też falą napłynął zapach starych skarpetek. Na widok Jakuba cały rozbawiony bardacki pomiot w jednej chwili stracił dobry humor. Członkowie klanu niechętnie podnieśli się z gleby i podwójnym murem wątłych piersi osłonili nestorów rodu. Wędrowycz zignorował ich.
– Popatrz, Semen – mruknął do kumpla. – Czy to przypadkiem nie jest... Kozak niechętnie wyjął z kieszeni druciane okulary i założył na nos. Z rosnącym zdumieniem przypatrywał się ptaszydłu.
– A niech mnie! Kura Filaretowa! – wyszeptał. – To niemożliwe! Nie widziałem ich od ekspedycji do Pamiru w tysiąc dziewięćset ósmym... Myślałem, że dawno wyginęły!
– Pięć stówaków – skrzywił się Jakub. – Trochę drogo...
– Chyba kpisz, to jak za darmo... Znasz kurs złota... – urwał. – Ile masz kasy?
– Ze sto pięćdziesiąt będzie.
– Ja mam ze sto. Mało, psiamać... Skoczysz do mnie do domu, a ja tu popilnuję, żeby nikt nam nie podkupił.
– Nie będę nawet najlepszemu kumplowi grzebał po szufladach, skoczmy razem i za kwadrans jesteśmy.
I podreptali raźnym krokiem.
– Młody! – warknął Izydor.
– Jestem! – Trzynastoletni potomek rodu wyprężył się jak struna.
– Masz przy sobie ten, no, intier-niet?
– Jasne!
Smarkacz wyjął z wyszmelcowanej raportówki odrapany notebook, wetknął bezprzewodowy modem w odpowiedni port i odpalił urządzenie.
– Wpisz w poszukiwarkę Kurczak Filipowa z Pakistanu, czy jak się to nazywa, zobaczymy, co to za cudo chcą kupić te stare trolle.
Chłopak stukał przez chwilę.
– Jest strona na temat tego ptaszydła, ale po rosyjsku – zameldował.
– Dobra, który najlepiej rozumie po kacapsku? – Wódz klanu potoczył spojrzeniem po krewniakach. Bardacy poskrobali się z frasunkiem po głowach. Wiatr roznosił łupież...
– Wujciu, nie trzeba nic rozumieć, tu jest taki wihajster do tłumaczenia z obcych języków – uratował
sytuację chłopak.
Znowu postukał w klawisze.
– Ha! – Wojciech Bardak pokraśniał z dumy. – Widzicie, jakiego mam zdolnego syna? Wędrowycze mogliby setkę spłodzić, a żaden nie byłby nawet w połowie tak bystry!
– No i wszystko jasne. Kura Filaretowa, gatunek wymarły lub krytycznie zagrożony. Podobno znosi złote jaja – wyjaśnił młody. – Tylko że tu napisali, że z tymi jajami to tylko głupia legenda.
– Jeśli ten stary piernik gotów jest ot tak wyłożyć pół tysiaka, to ja bym w tę legendę chyba trochę
uwierzył – mruknął Izydor.
– Fakt, Wędrowycz to świr, morderca, gwałciciel, chlor, degenerat, ale łeb do interesów to on akurat ma! – zawtórował jego kuzyn Wiktor. – W dodatku wiecie, jaki z niego kutwa. Skoro daje taką kasę, to ptaszydło na pewno warte jest więcej. O wiele więcej.
Читать дальше