Borys Strugacki - Bezsilni tego swiata
Здесь есть возможность читать онлайн «Borys Strugacki - Bezsilni tego swiata» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 2004, Издательство: Amber, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Bezsilni tego swiata
- Автор:
- Издательство:Amber
- Жанр:
- Год:2004
- Город:Warszawa
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Bezsilni tego swiata: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Bezsilni tego swiata»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Bezsilni tego swiata — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Bezsilni tego swiata», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Potężny nosorożec obszedł namiot gospodarczy z prawej strony i stanął nie wiedzieć czemu obok Timofieja, wznosząc się nad nim jak golem. Teraz już było widać, że faktycznie jest łysy,
z resztkami rudego puchu nad uszami i piegowatym ciemieniem, na którym puchu już nie było. Gębę miał okrągłą i asymetryczną, jakby cierpiał na fluksję.
Mężczyzna w szarym oraz jego drugi towarzysz ominęli namiot z lewej strony i mężczyzna podszedł do Wadima, wołając:
— Dzień dobry, dzień dobry, Wadimie Daniłowiczu! Znowu się widzimy! A pamięta pan, co wtedy mówiłem…?
Wadim patrzył, jak mężczyzna niedbale, z niewymuszoną elegancją siada przy stole (choć nikt go nie zapraszał), zakłada nogę na nogę, rzuca błyski kołyszącym się butem i lśni czarnym, lakierowanym wskaźnikiem z gałką na końcu.
— Ma pan taką minę, Wadimie Daniłowiczu, jakby zapomniał pan, jak się nazywam. A może pan nie zapomniał?
— Nie zapomniałem.
— Doskonale. Porozmawiamy?
— O czym?
— O tym samym. Zapomniał pan?
Wadim dalej milczał.
— Przypomnieć?
Wadim dalej milczał, patrząc na niego spode łba.
Mężczyzna w szarym garniturze uśmiechnął się uprzejmym, niezobowiązującym uśmiechem lwa salonowego, prowadzącego niezobowiązującą rozmowę o pogodzie, polityce lub piłce nożnej.
Drobny człowieczek z wielką głową nie siadał, choć wolne krzesła stały na widoku, tylko oparł się plecami o słup obserwacyjny, w skomplikowany sposób zaplatając chude nogi. Też się uśmiechał, ale jakoś tak z roztargnieniem, jakby myślami był daleko stąd. W połączeniu z wąskimi, wężowymi oczami uśmiech sprawiał dziwne i raczej nieprzyjemne wrażenie. Ręce trzymał w kieszeniach kurtki i przez cały czas poruszał w nich palcami, jakby czegoś szukał albo coś wymacywał.
A łysy nosorożec zawisł nad Timofiejem niczym wstrętna poczwara — nieruchomy, niezgrabny, ogromny, jakby rozdęty od środka. Biedny Timofiej Jewsiejewicz siedział pod nim w kucki, bojąc się poruszyć — rozbiegane oczy z rozszerzonymi źrenicami przypominały zdychające kijanki.
— Mam rozumieć, że jechał pan tu przez całą Rosję tylko po to, żeby znowu mówić o tych głupstwach? — powiedział Wadim przez zęby.
— Już wtedy uprzedziłem pana, że nasza rozmowa jest bardzo poważna. Pan potraktował ją niepoważnie, ale to już pański problem. Są ludzie, którzy całej tej sprawy nie traktują jak głupstwo…
— Niesłusznie. Przecież już wszystko wyraźnie powiedziałem…
— Stop. W ten sposób do niczego nie dojdziemy — rzekł człowiek w szarym garniturze z wyraźnym żalem. Miał dziwne imię i imię odojcowskie: Erast Bonifatjewicz. Zresztą skąd pewność, że naprawdę się tak nazywa? — Spróbujmy zacząć od początku — zaproponował Erast Bonifatjewicz.
— O Boże! — Wadim demonstracyjnie przymknął oczy.
— Nie „o Boże”, tylko niech pan odpowiada na pytania. Przecież pan wie?
— Załóżmy, że wiem.
— O nie, mój drogi! Żadnych „załóżmy”. Wie pan czy nie? No, przecież wie pan!
— Wiem — przyznał Wadim niechętnie. — Wybiorą Generała.
— Chwała Bogu! Przynajmniej w jednym punkcie doszliśmy do porozumienia…
— Do niczego nie doszliśmy. Przedtem również nie zaprzeczałem, że wiem…
— Otóż to! Właśnie o tym mówię, Wadimie Daniłowiczu! O tym mówię! A teraz pytanie numer dwa: skąd pan to wie?
— Tego nie potrafię wyjaśnić. A skąd pan wie, że „zima przeminie i nastanie lato”?
— „I podziękujmy partii za to!” Zły przykład. O tym wiedzą wszyscy.
— O tym, że zostanie wybrany Generał, też wiedzą wszyscy. Pan ma jakieś wątpliwości?
— I to bardzo poważne.
— Niesłusznie. Do drugiej tury przejdą Generał i Ziuziucznik. Zwycięży Generał. Jak dwa a dwa to cztery.
— A ja jestem pewien, że wybiorą Inteligenta.
— Tak? A czytuje pan czasem gazety? Orientuje się pan, jak Inteligent stoi w sondażach?
— Orientuję. Ale wybiorą Inteligenta i pan, Wadimie Daniłowiczu, się do tego przyczyni.
— Znowu to samo! Już poprzednim razem wyraźnie panu powiedziałem…
— Doskonale pamiętam, co powiedział mi pan poprzednim razem. A ja wyraźnie dałem panu do zrozumienia, że ta odpowiedź absolutnie nas nie satysfakcjonuje. Rozumie pan?
— Jakich „nas”?
— Jakby pan nie wiedział. NAS. Wielkimi literami. N-A-S. Doskonale pan to rozumie, proszą nie udawać idioty. Wszystko zostało panu powiedziane i to bardzo konkretnie.
— Nikt mi nic nie mówił — upierał się Wadim. — Jakiś Ajatollah… Co tu ma do rzeczy Ajatollah? Co Ajatollah ma z tym wspólnego?
— Niech pan przestanie udawać idiotę — powtórzył z naciskiem Erast Bonifatjewicz. — Ja nie żartuję.
Tymczasem wielkogłowy wyciągnął z kieszeni garść orzechów i zaczął je — jednego po drugim — zręcznie rozłupywać specjalnymi szczypczykami. Ziarenka wkładał do ust, skorupki rzucał w trawą. Wyglądało na to, że robi to automatycznie — przez cały czas nie odrywał
czujnego wzroku od Wadima. Nadal się uśmiechał, tylko teraz ten uśmiech był dziwnie blady, jak na niedoświetlonym zdjęciu.
— Wadimie Daniłowiczu, niechże pan nie milczy — rzekł Erast Bonifatjewicz. — Po raz kolejny przypominam i wyjaśniam, jeśli faktycznie pan nie zrozumiał: to poważna rozmowa. Bardzo poważna, więc lepiej niech pan odpowiada.
Wadim rozlepił suche wargi.
— Naprawdę wierzy pan, że mogą kształtować przyszłość?
— Nie wierzę — powiedział dobitnie Erast Bonifatjewicz. — Wiem.
— Ale przecież to bzdura — powiedział bezradnie Wadim. — Bzdura!
— Bynajmniej. Doskonale wiemy, że nie tylko widzi pan przyszłość, ale również umie ją, jak sam się pan wyraził, kształtować.
Wiemy o tym z bardzo pewnych źródeł. Bardzo pewnych, Wadimie Daniłowiczu!
— Bzdura — powtórzył Wadim. — Naprawdę nie rozumie pan, że to bzdury? Takie rzeczy się nie zdarzają…!
I wtedy rozległ się nieoczekiwany, przerażający krzyk Timofieja Jewsiejewicza:
— Wadimie Daniłowiczu! Niechże się pan zastanowi! Niech pan nie oszukuje towarzyszy! Przecież pan może! Niech się pan nie sprzeciwia, niech pan zrobi to, czego chcą…
— Mój Boże… — Wadim popatrzył na niego z przerażeniem. A pan skąd…?
— Wszystko wiem! — Timofiej Jewsiejewicz nadal siedział w kucki, jakby załatwiał potrzebę fizjologiczną, i z tej żałosnej pozycji wygłaszał swój tekst, trzęsąc się jak w gorączce i wyciągając oskarżycielsko rękę w stronę Wadima. — Przecież widzą, jak pan nam robi pogodę…! On robi pogodę — powtórzył Timofiej Jewsiejewicz, teraz już w zaufaniu, zwracając się bezpośrednio do Erasta Bonifatjewicza, który całym sobą prezentował nieudawane zainteresowanie rozgrywającą się sceną. — On nie przewiduje pogody, on ją robi!
Gdy jesteśmy zmęczeni obserwacjami, zaczyna padać deszcz. Gdy potrzebujemy dużo obserwacji — pogoda jak złoto! Proszę popatrzeć: na dworze jesień, a u nas upał, chodzimy bez portek… Bardzo potrzebuje teraz obserwacji, żeby było jasne niebo, a nie tak, żeby w nocy nie było widać żadnej gwiazdy…!
— Ciekawe, swoją drogą, ile jest „s” w słowie „Syszczenko”? zapytał ochryple Wadim, a rudy golem położył ogromną łapę na głowie Timofieja. Timofiej Jewsiejewicz od razu zamilkł, jakby go wyłączyli w połowie zdania.
Zrobiło się bardzo cicho i w tej ciszy rozległ się głos Erasta Bonifatjewicza:
— Głos narodu! — powiedział pouczająco. — Vox populi, że tak powiem. Niech się pan nie zapiera, Wadimie Daniłowiczu, bo po co? Wszyscy wszystko od dawna o panu wiedzą. W dziewięćdziesiątym trzecim wszyscy byli pewni, że zwyciężą demokraci. Cały naród radziecki, jak jeden mąż. Tylko pan mówił: nie, moi drodzy, tak nie będzie, a wygra
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Bezsilni tego swiata»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Bezsilni tego swiata» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Bezsilni tego swiata» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.