Helen McIlwain stanęła jak wryta, oczarowana widowiskiem. Apokaliptyści byli dla niej równie interesującym obiektem badań, co plemienni zaklinacze chorób. Ruszyła biegiem w stronę falującego tłumu, aby móc obserwować rozwój wypadków z bezpośredniej odległości. Kralick zawołał, chcąc ją powstrzymać, lecz było już za późno. Brodaty prorok kultu zagłady chwycił ją za ramię i zerwał misterną strukturę niewielkich kawałków tworzywa sztucznego, która stanowiła owego dnia całą jej garderobę. Fragmenty przyodziewku rozprysły się na wszystkie strony, odsłaniając pas ciała od szyi aż po kibić. W polu widzenia pojawiła się naga pierś, zaskakująco jędrna jak na kobietę w jej wieku, zaskakująco kształtna jak na kobietę tak wątłej postury. Helen była jednak zbyt zainteresowana i podekscytowana, aby zwracać uwagę na takie detale, jak brak ubrania. Uczepiła się kurczowo nowego adoratora, jakby chciała wyszarpać z niego esencję apokaliptyzmu. On tymczasem trząsł nią i szarpał w schizofrenicznej ekstazie. Trzech barczystych mężczyzn z obstawy ruszyło w tamtą stronę, aby uratować naszego etnologa. Pierwszy z nich został powitany przez Helen potężnym kopnięciem w krocze, po którym to ciosie odturlał się na bok. Natychmiast zalała go fala szturmujących fanatyków i więcej już go nie zobaczyliśmy. Pozostała dwójka wyciągnęła neurobicze i ostudziła nieco zapędy tłumu. Podniosły się okrzyki sprzeciwu. Krótkie i ostre jęki cierpiących zlały się z monotonnym zawodzeniem: „zagłada…ogień… zagłada”. Grupka półnagich dziewcząt, z rękami wspartymi na biodrach, niczym karnawałowy korowód, przedefiladowała przed naszymi twarzami zasłaniając widok. Kiedy ruchoma zasłona zniknęła wreszcie, spostrzegłem, że strażnicy oczyścili już teren wokół Helen i usiłowali wyrwać ją poza kordon fanatyków. Uczona silnie przeżyła tę przygodę.
— Zadziwiające — powtarzała nieustannie — zadziwiające, zadziwiające; co za podniecające szaleństwo!
A ściany wciąż wtórowały echem: „zagłada…ogień… zagłada…”
Kralick okrył Helen swoją marynarką, lecz ona odrzuciła ubranie, chcąc pewnie, by wszyscy podziwiali jej ciało. Niedługo potem udało nam się wydostać na zewnątrz. Kiedy mijałem drzwi, doleciał mnie straszliwy okrzyk bólu, górujący ponad wszystkimi innymi dźwiękami. Pomyślałem, że takie wycie może wydawać jedynie człowiek żywcem rozdzierany na kawałki. Nigdy jednak nie było mi dane ustalić, kto wówczas tak przeraźliwie krzyczał i dlaczego.
— …zagłada… — usłyszałem jeszcze, zanim znaleźliśmy się na zewnątrz.
Samochody już na nas czekały. Zabrano nas do hotelu na Manhattanie. Ze sto dwudziestego piątego piętra roztaczał się wspaniały widok na śródmieście. Helen i Kolff bezwstydnie zażądali dwuosobowego apartamentu. Pozostali zajęli pokoje jednoosobowe. Kralick zaopatrzył każdego z nas na odchodnym w pokaźny stosik kaset, omawiających proponowane metody postępowania z Vornanem-19. Swój przydział odłożyłem od razu do szuflady. Spoglądając na ulicę w dole, dostrzegłem postacie sunące nieustannym potokiem po chodnikach; wzory, które formowały się i ulegały rozbiciu, od czasu do czasu jakiś zator, wymachujące ramiona, gesty rozdrażnionych mrówek. Czasami watahy chuliganów pędziły środkiem ulicy, wykrzykując coś na całe gardło. Apokaliptyści. Od jak dawna trwa taki stan? Straciłem kontakt ze światem. Nie rozumiałem dotąd, że w każdym momencie życia człowiek może napotkać na swej drodze chaos i jest wobec niego bezradny. Odwróciłem twarz od szyby. Do pokoju wszedł Morton Fields. Nie odmówił, kiedy zaproponowałem mu drinka. Wystukałem zamówienie na konsolce. Siedzieliśmy w milczeniu, sącząc rum. Miałem tylko nadzieję, że nie uraczy mnie przynudnawym monologiem naszpikowanym określeniami zaczerpniętymi z podręczników psychologii. Lecz takie monologi, nie były w jego stylu. Cechowały go raczej bezpośredniość, trzeźwość spojrzenia, czasami nawet uszczypliwość.
— Nie wydaje ci się, że to wszystko jest snem?
— Przybycie ambasadora z odległej przyszłości?
— Ta specyficzna atmosfera kulturowa. Nastrój fin de siecle.
— To było długie stulecie. Może świat czeka z niecierpliwością na jego zakończenie. Może szalejąca anarchia to tylko pewien sposób na huczne pożegnanie.
— Jest w tym trochę racji — przyznał Fields. — Vornan-19 to ktoś w rodzaju Fortynbrasa. Przybyłym, aby ukoić nasze niespokojne czasy.
— Tak sądzisz?
— Zawsze to jakieś wytłumaczenie.
— Jak dotąd nie okazał się osobą zbyt pomocną — odparłem. — Gdzie stąpnie, tam od razu powstają kłopoty.
— To nie jego wina. Nie przywykł jeszcze do obcowania z barbarzyńcami i wciąż narusza jakieś tabu. Dajmy mu trochę czasu, a gdy pozna nas lepiej, zacznie dokonywać cudów.
— Skąd ta pewność?
Fields w zamyśleniu tarł lewe ucho.
— Posiada dar zjednywania sobie ludzi. Nimb. Boski czar. Wyraźnie to widać, gdy się uśmiecha, zauważyłeś?
— Tak. Tak. Ale dlaczego sądzisz, że wykorzysta swe zdolności z pożytkiem dla nas, a nie zacznie na przykład dla rozrywki podburzać tłum? Przybył do nas jako zbawiciel czy zwykły turysta?
— Za parę dni dowiemy się wszystkiego z pierwszej ręki. Pozwolisz, że zamówię jeszcze jednego drinka?
— Zamów od razu trzy — poleciłem beztrosko. — To nie ja płacę rachunki.
Fields ochoczo spełnił tę prośbę. Jego bezbarwne oczy miały wyraźnie problemy z akomodacją, jakby nosił wzmacniacze rogówki i jeszcze nie nauczył się ich obsługiwać.
— Czy znasz jakiegoś faceta, który spał z Aster Mikkelsen? — spytał po chwili milczenia.
— Raczej nie. A powinienem?
— Tak się zastanawiam — może ona jest lesbijką?
— Wątpię — odparłem. — Czy to z resztą takie ważne?
— Wczoraj wieczorem próbowałem ją uwieść — oznajmił Fields, śmiejąc się cicho.
— Nie omieszkałem zauważyć.
— Byłem zupełnie pijany.
— To także rzuciło mi się w oczy.
— Kiedy usiłowałem zaciągnąć ją do łóżka, Aster powiedziała coś dziwnego — ciągnął Fields. — Oznajmiła mianowicie, że nie sypia z mężczyznami. Stwierdziła to całkiem beznamiętnie, jakby ta sprawa była najzupełniej zrozumiała dla wszystkich poza skończonymi idiotami. Zastanawiam się, czy Aster nie skrywa przypadkiem jakiejś tajemnicy, o której powinienem wiedzieć, a tymczasem nie mam zielonego pojęcia.
— Możesz zapytać Sandy’ego Kralicka — podsunąłem. — On ma dossier każdego z nas.
— Na to mnie nie stać. To znaczy, takie postępowanie byłoby niegodziwe.
— Zabieganie o romans z Aster?
— Nie, łażenie za tym biurokratą, aby wyciągnąć jakieś informacje. Wolę raczej, aby ta sprawa została między nami.
— Między nami profesorami? — podsunąłem.
— W pewnym sensie.
Fields wyszczerzył zęby w uśmiechu — wyczyn, który musiał go wiele kosztować.
— Widzisz, stary, nie chcę zawracać ci głowy moimi sprawami. Myślałem tylko, że może wiesz coś o jej…
— Skłonnościach?
— Właśnie.
— Nie mam na ten temat zielonego pojęcia. Jest doskonałym biochemikiem — stwierdziłem. — Jest typem człowieka, który podchodzi do wszystkiego z dużą rezerwą. To wszystko, co wiem na jej temat.
Niedługo potem Fields wreszcie sobie poszedł. Kiedy otworzył drzwi, doszedł mnie sprośny rechot Lloyda Kolffa grzmiący po korytarzach. Czułem się jak więzień. Może by tak zadzwonić do Kralicka i poprosić, aby znów podesłał mi Martę-Sidney? Zdjąłem ubranie i wszedłem pod prysznic, czekając cierpliwie aż molekuły wody zmyją ze mnie apatię i kurz, jakie osiadły na mnie w czasie podróży z Waszyngtonu. Później trochę czytałem. Kolff podarował mi swoją najnowszą książkę: antologię fenickiej metafizycznej liryki miłosnej, którą przetłumaczył. Fenicjan uważałem zawsze za doskonałych lewantyńskich kupców, którzy nie mieli czasu na pisanie poezji, obojętnie — erotycznej czy jakiejkolwiek innej. A wierszyki były, trzeba przyznać, ogniste i pikantne. Nie śniło mi się dotąd, że istnieje tyle sposobów na opisanie kobiecych narządów płciowych. Strofy przyozdobiono długimi łańcuchami przymiotników — istny katalog wyuzdania. Ciekawe, czy Kolff sprezentował egzemplarz antologii Aster Mikklesen.
Читать дальше