Robert Silverberg - Maski czasu

Здесь есть возможность читать онлайн «Robert Silverberg - Maski czasu» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Poznań, Год выпуска: 1994, ISBN: 1994, Издательство: Rebis, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Maski czasu: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Maski czasu»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Jest schyłek stulecia. Narasta chaos i szerzy się upadek moralny. Na świecie pojawia się tajemniczy nieznajomy imieniem Vornan-19, który podaje się za człowieka z przyszłości, i twierdzi, że ma do spełnienia ważną misję. W krótkim czasie pociąga za sobą miliony ludzi, oferując im pełną niebezpieczeństw, ekscytującą odyseją, która całkowicie zmieni przyszły kształt społeczeństwa Ziemi…

Maski czasu — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Maski czasu», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

— Spadaj.

Przestałem szurać stopą po podłodze. Resztę gęstej cieczy wytarłem ręcznikiem. Potem pochyliłem się nad parkietem i oznajmiłem na użytek przyklejonych do drewna pozostałości nadajnika.

— Moja odpowiedź w dalszym ciągu brzmi „Bez komentarza”. A teraz wynocha.

Wreszcie pozbyłem się natręta. Nałożyłem blokadę na drzwi, tak że nawet pojedyncza molekuła nie byłaby w stanie prześliznąć się do środka i przeczekałem bezczynnie cały ranek. Krótko przed drugą pojawił się Sandy Kralick i przemycił mnie do tunelu wiodącego w stronę Białego Domu. Waszyngton to istny labirynt podziemnych przejść. Podobno można dojść tamtędy dosłownie wszędzie. Pod warunkiem, że zna się rozkład tuneli i dysponuje odpowiednimi kodami. Podziemia biegną wieloma kondygnacjami pod całym miastem. Słyszałem, że sześć poziomów niżej mieści się automatyczny burdel dla kongresmanów, zaś na wysokości centrum handlowego pewna agencja rządowa prowadzi podobno eksperymenty z mutantami, krzyżując ze sobą potwory, które nigdy nie widziały słonecznego światła. Moim zdaniem, owe historie są mocno niepewne, tak samo zresztą jak wszystko, co można usłyszeć na temat stolicy. Prawda, jeśli kiedykolwiek ją poznamy, okaże się zapewne stokroć okropniejsza od tych bajeczek.

Kralick zaprowadził mnie do pomieszczenia o ścianach pokrytych kutym brązem, gdzieś w zachodnim skrzydle Białego Domu. W środku czekało już czworo ludzi. Troje z nich rozpoznałem na pierwszy rzut oka. Wyższe szczeble elity naukowej tworzą niewielką kastę, zamkniętą, samowystarczalną. Wszyscy się znamy, bywamy na tych samych międzywydziałowych sympozjach. Od razu poznałem Lloyda Kolffa, Mortona Fieldsa i Aster Mikkelsen. Czwarta osoba, przysadzisty mężczyzna, wstał i oznajmił:

— Chyba się jeszcze nie znamy, doktorze Garfield. Jestem F. Richard Heyman.

— A, miło mi. Spengler, Freud i Marks, nieprawdaż? Pańskie opracowanie zapadło mi głęboko w pamięć.

Podałem mu rękę. Opuszki palców miał spotniałe, pewnie tak samo jak dłonie. Nie byłem w stanie tego jednak ustalić. Witał się bowiem w ten charakterystyczny sposób, w jaki zwykli się witać mieszkańcy środkowej Europy, podając nieufnie do uścisku jedynie same palce zamiast całej dłoni. Wymieniliśmy zwyczajowe formułki na temat niezwykłej przyjemności płynącej z naszego spotkania.

Należy mi się medal za te wszystkie bzdury, które musiałem wygadywać. O książce F. Richarda Heymana nie mam wielkiego mniemania — była tyleż nudna co powierzchowna; trudno o lepsze zestawienie. Wywiady, których regularnie udzielał popularnym czasopismom, nie wzbudzały również mojego entuzjazmu. Zajmował się w nich głównie obsmarowywaniem kolegów. Nie podobał mi się sposób, w jaki podawał rękę. Nawet jego nazwisko nie przypadło mi do gustu. Jak miałem zwracać się do „F. Richarda”, gdybyśmy przeszli na ty? „F”, „Dick”? A może „mój drogi Heymanie”? Był mężczyzną niewielkiego wzrostu, korpulentnym, o głowie wielkości kuli armatniej, obrośniętej w części potylicznej skąpymi rudymi włoskami. Brodę miał za to imponującą, kudliła się na policzkach i szyi zapewne po to, by ukryć podgardle i wielkie jak łysina jabłko Adama. Wąskie, rekinie wargi były ledwie widoczne spod zarostu. Oczy miał wodniste i niesympatyczne.

Do reszty zgromadzonych nie żywiłem wrogich uczuć. Znałem ich dość dobrze, wiedziałem, że są w swych specjalnościach fachowcami wysokiej klasy. Nigdy dotąd, podczas wielu przecież wspólnych dyskusji na forum naukowych periodyków, nie doszło między nami do poważniejszego sporu. Morton Fields z Uniwersytetu Chicagowskiego był psychologiem, wyznawcą tak zwanej szkoły kosmicznej, która wydawała mi się czymś w rodzaju świeckiego odłamu buddyzmu. Członkowie tej doktryny filozoficznej pragnęli odkryć tajemnice duszy, utożsamiając ją ze wszechświatem. W każdym razie brzmiało to nieźle. Z wyglądu Fields przypominał szeregowego pracownika jakiejś spółki, z dobrymi widokami na umiarkowanie szybki awans: zgrabna, muskularna sylwetka, wystające kości policzkowe, złociste włosy, wąskie usta, wypchnięty podbródek, pytający wzrok. Oczami wyobraźni widziałem, jak przez cztery dni w tygodniu wklepuje jakieś dane do komputera, a w weekendy bezlitośnie katuje piłeczkę golfową, uganiając się po zielonej trawce. Jego wygląd mógł jednak mocno zmylić.

Lloyd Kolff był przedstawicielem filologów: potężnie zbudowany, krępy mężczyzna, dobrze po sześćdziesiątce, o pooranej bliznami, rumianej twarzy i długich ramionach goryla. Jego bazę wypadową stanowił Uniwersytet Columbia, gdzie był ulubieńcem studentów z powodu swej rubasznej bezpośredniości. Znał więcej pikantnych cytatów w sanskrycie niż ktokolwiek inny na przestrzeni ostatnich trzydziestu stuleci; używał ich regularnie i bez skrępowania. Jego życiową pasją było kolekcjonowanie sprośnych wierszyków, bez względu na epokę, bez względu na język. Swoją żonę — również filologa — zaciągnął zapewne na ślubny kobierzec, mrucząc po drodze gorące wyznanie w staroperskim. Dobrze mieć kogoś takiego w zespole, choćby jako przeciwwagę dla tego zarozumiałego bałwana, F. Richarda Heymana.

Aster Mikkelsen była biochemikiem z Michigan, członkiem grupy skupionej nad projektem sztucznej syntezy życia. Spotkałem ją na ubiegłorocznej konferencji A.A.A.S. w Seatle. Choć jej nazwisko brzmiało po skandynawsku, nie była jedną z tych nordyckich gigantek, na których punkcie mam prawdziwego fioła. Ciemnowłosa, delikatna, wiotka, emanowała aurą nieśmiałości. Nie mogła mieć więcej niż pięć stóp wzrostu i wątpię, żeby ważyła nawet sto funtów. Była kobietą około czterdziestki, choć wyglądała znacznie młodziej. W jej oczach migotały wojownicze ogniki, rysy twarzy miała wręcz klasyczne. Nosiła wyzywająco proste ubranie, jakby chciała w ten sposób podkreślić swą chłopięcą sylwetkę i dać do zrozumienia wszystkim lubieżnikom, że nie ma im nic do zaoferowania. Nagle przed oczyma stanęła mi absurdalna scena: Lloyd Kolff i Aster Mikkelsen leżą razem w łóżku. Wielkie połacie potężnego, włochatego ciała rozpostarte nad kruchą, wątłą postacią Aster. Jej rozchylone uda i chude łydki podrygują spazmatycznie, przywalone kilogramami tłuszczu, jej stopy kopią w pościel. Ten widok był tak obrzydliwy, że musiałem przymknąć oczy, aby go odpędzić. Dopiero po chwili zdołałem znów rozewrzeć powieki. Kolff i Aster stali nadal obok siebie, piramida cielska przy boku filigranowej nimfy. Oboje obserwowali mnie z niepokojem.

— Nic ci nie jest? — spytała Aster. Miała piskliwy, dziewczęcy głos.

— Myślałam już, że nam tu zemdlejesz.

— Jestem nieco zmęczony — skłamałem.

Nie wiedziałem, skąd wziął się ten dziwaczny obraz, ani dlaczego tak mną wstrząsnął. Aby pokryć zmieszanie, spytałem Kralicka, ile osób jeszcze dołączy do naszego komitetu. Wyjaśnił, że jedna, Helen McIlwain, sławny etnolog. Miała przyjść w każdej chwili. Jak na zawołanie, drzwi się rozwarły i do środka wkroczyła Helen we własnej osobie.

Któż nie słyszał o Helen McIlwain? Czego na jej temat jeszcze nie powiedziano? Orędowniczka kulturowego relatywizmu, pierwsza dama etnologów, zawzięta badaczka obrzędów dojrzewania i kultów płodności, która bez chwili wahania włączała się w plemienne orgie. Kobieta, która w poszukiwaniu wiedzy zapuściła się do kanałów Ouagadougu, aby skosztować pieczonego psa. Autorka fundamentalnych opracowań z zakresu technik masturbacji. Osoba, która na własnej skórze doświadczyła sposobów inicjacji seksualnej dziewic w mroźnych ostępach Sikkimu. Wydawało mi się, że Helen żyła od zawsze. Nieustannie dochodziły mnie wieści o jej bulwersujących wyczynach. Publikowała książki, za które w innej epoce spalono by ją od razu na stosie. Informowała opinię publiczną o sprawach, które były w stanie zszokować nawet przygotowanych na wszystko naukowców. Nasze drogi krzyżowały się nieraz, choć ostatnio następowało to dość rzadko. Wyglądała zaskakująco młodo i rześko, a musiała mieć już co najmniej pięćdziesiąt lat.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Maski czasu»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Maski czasu» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Robert Silverberg - He aquí el camino
Robert Silverberg
Robert Silverberg - Rządy terroru
Robert Silverberg
Robert Silverberg - Poznając smoka
Robert Silverberg
Robert Silverberg - Czekając na koniec
Robert Silverberg
Robert Silverberg - The Old Man
Robert Silverberg
Robert Silverberg - Choke Chain
Robert Silverberg
Robert Silverberg - The Man In The Maze
Robert Silverberg
Robert Silverberg - Księga Czaszek
Robert Silverberg
Robert Silverberg - Prądy czasu
Robert Silverberg
Отзывы о книге «Maski czasu»

Обсуждение, отзывы о книге «Maski czasu» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x