— Ludzie, ludzka forma — mówi obecność.
Zewsząd pojawiają się informacje, otaczają Bernarda, dają mu ręce, nogi, ciało i twarz. Obok niego, najwyraźniej siedząc w leżaku, pojawia się mglisty obraz Vergila Ulama.
Ulam uśmiechnął się, bez uczucia i bez przekonania. — Jestem twoim komórkowym Vergilem. Witaj w wewnętrznym kręgu grupy dowódczej.
— Jesteś martwy — powiedział Bernard głosem, będącym bardzo niedoskonałym naśladowaniem jego głosu.
— Jestem tego świadomy.
— Gdzie jesteśmy?
Tłumacząc z grubsza informacje opisowego łańcucha noocytów, jesteśmy we Wszechświecie Myśli. Nazywam to noosferą. To wszystko, czego tu doświadczamy, tworzone jest przez myśl. Będziemy tym, czym chcemy być, nauczymy się tego, czego chcemy się nauczyć, możemy myśleć o wszystkim. Niedostatek wiedzy lub doświadczenia nie ograniczy nas, bowiem wszystko może zostać nam dostarczone. Gdy nie jestem potrzebny grupie dowódczej, tu spędzam większość czasu.
Pomiędzy nimi uformował się granitowy dwunastościan o krawędziach ozdobionych złotymi prętami. Toczył się przez chwilę tu i tam, po czym zwrócił się do bladego, przezroczystego obrazu Vergila. Bernard nie rozumiał przekazywanych informacji. Dwunastościan znikł.
— Wszyscy tutaj przybieramy charakterystyczne kształty. Większość z nas wzbogaca je o fakturę materiału i inne szczegóły. Noocyty nie mają imion, panie Bernard, a do identyfikacji używają sekwencji aminokwasów wybranych przez kodony z rybosomalnego RNA. Brzmi to dość skomplikowanie, ale w rzeczywistości jest prostsze niż odciski palców. Wszyscy działający w noosferze badacze muszą używać jednoznacznych symboli identyfikacyjnych.
Bernard próbował odnaleźć w obecnym ślady Vergila Ulama, którego poznał i któremu uścisnął dłoń. Najwyraźniej nie było ich wiele. Nawet w głosie brakowało akcentu i lekkiego posapywania, które dobrze pamiętał.
— Niewiele tu z ciebie jest, prawda? Duch Vergila potrząsnął głową.
— Nie wszystkie informacje przetłumaczone zostały na poziom noocytów, nim moje komórki zainfekowały twoje. Mam nadzieję, że istnieje gdzieś lepszy zapis. Ten jest niemal niewystarczający, jestem tu mniej więcej w jednej trzeciej. Ale to, co się w nim znalazło, jest cenione i chronione. Cień przodka honorowego, dalekie wspomnienie twórcy… Głos chwilami zanikał i pomijał lub zniekształcał pewne sylaby. Obraz drżał delikatnie.
— Mam nadzieję, że połączą się z noocytami tam, u nas i zdobędą dodatkowe informacje o mojej osobie. Coś więcej niż fragmenty rozbitej wazy. Obraz Vergila stał się bardziej przezroczysty.
— Muszę już iść. Przychodzą uzupełnienia. Część mnie będzie tu zawsze, ty i ja. Jesteśmy wzorami. Podejrzewam, że teraz ty masz pierwszeństwo. Do zobaczenia.
Bernard pozostał w noosferze sam, otoczony możliwościami, których nie potrafił wykorzystać. Wyciągnął rękę do otaczających go informacji. Marszczyły się wokół niego — fale światła rozciągnięte od nadiru do zenitu. Szeregi informacji o nieustannie zmiennej ważności. Wspomnienia stały wokół niego jak domki z kart, każde w postaci linii światła.
Linie rozbłyskiwały kolejno.
Myślał.
— Dla ciebie to kolejny dzień, co? — Nadia odwróciła się i z wdziękiem weszła na ruchome schody gmachu sądów.
— Nie najprzyjemniejszy — powiedział. Jechali w dół.
— No cóż, po prostu następny.
Pachniała herbacianymi różami i czymś jeszcze, spokojnym i czystym. Zawsze wydawała mu się piękna, innym bez wątpienia także: niewysoka, delikatna, czarnowłosa, nie oszałamiała natychmiast, ale wystarczyło spędzić z nią kilka minut sam na sam, by pozbyć się wątpliwości; większość mężczyzn chciałaby z pewnością zamienić minuty na godziny, dni i miesiące.
Ale nie lata. Nadia nudziła się szybko. Znudził ją nawet Michael Bernard.
— Znów te interesy — powiedziała w połowie drogi. — Jeszcze kilka wywiadów.
Nie odpowiedział. Znudzona Nadia bywała okrutna.
— No i dobrze — dodała już na dole. — Ty pozbyłeś się mnie, ja pozbyłam się ciebie.
— Nigdy się ciebie nie pozbędę — powiedział Michael Bernard. — Zawsze byłaś dla mnie kimś ważnym.
Okręciła się na wysokich obcasach pokazując mu tył swej doskonale skrojonej, niebieskiej sukienki. Niezbyt delikatnie złapał ją za ramię i szarpnął. Chciał jej spojrzeć w twarz.
— Byłaś moją ostatnią szansą na normalność. Nigdy nie pokocham innej kobiety tak, jak kochałem ciebie. Porażałaś. Będę je lubił, ale nigdy się im nie poświęcę, nigdy już nie będę naiwny.
— Bredzisz, Michael — powiedziała Nadia, wymawiając jego imię przez zaciśnięte zęby. — Daj mi spokój.
— Jak cholera — odparł. — Dostałaś półtora miliona dolarów. Daj mi coś w zamian.
— Odpieprz się!
— Nie lubisz scen, co?
— Spadaj!
— Zimna, dystyngowana. Jeśli chcesz, mogę wziąć coś w zamian teraz. W zamian za forsę.
— Ty sukinsynu!
Zadrżał i uderzył ją w twarz.
To za resztki mej naiwności. Za trzy lata, z tego pierwszy rok cudowny, a ostatni pełen cholernego bólu.
— Zabiję cię — syknęła Nadia. — Jeszcze nikt…
Podstawił jej nogę i pchnął. Usiadła na tyłku z przenikliwym piskiem. Siedziała z rozrzuconymi nogami, podpierając się wyprostowanymi rękami i patrzyła na niego z dołu. Jej usta drżały.
— Ty…
— Brutalu — uzupełnił. — Spokojna, zimna, racjonalna brutalność. Niezbyt różniąca się od tego, do czego mnie przyzwyczaiłaś. Tyle że nie używałaś siły fizycznej. Ty tylko prowokowałaś jej użycie.
— Stul pysk!
Wyciągnęła rękę. Pomógł jej wstać.
— Przykro mi — powiedział. Spędzili wspólnie trzy lata i przez ten czas ani razu jej nie uderzył. Czuł się tak, jakby umierał.
— Gówno! Jesteś dokładnie taki, jak mówiłam, ty sukinsynu. Ty nieszczęsny, mały chłopczyku.
— Przykro mi — powtórzył.
Stojący w hallu tłum przyglądał się im uważnie. Słyszał pomruki dezaprobaty. Dzięki Bogu nigdzie nie było dziennikarzy.
— Idź, baw się swoimi zabawkami! — powiedziała Nadia. — Skalpelami, siostrzyczkami, pacjentami. Idź i rujnuj im życie! Tylko trzymaj się z dala ode mnie!
Wspomnienie z dawniejszych czasów.
— Ojcze.
Stał obok łóżka. Nie czuł się dobrze w nowej roli, odwiedzający zamiast lekarza. Pokój pachniał środkami dezynfekcyjnymi i czymś, co miało zabić zapach środków dezynfekcyjnych, herbacianymi różami lub czymś słodkim. Sprawiało to wrażenie kostnicy Zamrugał i wziął ojca za rękę.
Starzec (ojciec był stary i wyglądał staro, tak jakby zmęczyło go życie) obudził się i mrugnął. Oczy miał żółte, zaropiałe, skórę koloru jasnej musztardy. Umierał na raka wątroby, kawałek po kawałku, ale nie życzył sobie podejmowania drastycznych kroków. Bernard przyprowadził nawet swych adwokatów na spotkanie z zarządem szpitala po to tylko, by mieć pewność, że jego wola nie zostanie zignorowana. (Chcesz, by umarł twój ojciec? Chcesz, by umarł szybciej? Oczywiście nie! Chcesz, by żył wiecznie? Och, tak! Wtedy i ja nie umrę.)Co kilka godzin podawano mu potężny środek znieczulający, współczesną wersję koktajlu Bromptona, którego używano, gdy Bernard zaczynał praktykę. — Ojcze. To ja, Michael.
— Tak. Myślę jasno. Znam cię.
— Ursula i Gerald przekazują ci pozdrowienia.
— Pozdrów Geralda. Pozdrów Ursulę.
— Jak się czujesz? (Jakby umierał, durniu!)
— Jestem wrakiem.
— Tak, cóż…
Читать дальше