— One nas nigdy nie zabiły — wyjaśnił Kenneth. — Po prostu… rozłożyły nas na części. Innych też.
— No, nie wszystkich. Howard wymierzył palec w Suzy i bracia uśmiechnęli się szeroko.
— Miałaś szczęście. A może i nie? — powiedział Kenneth.
Suzy poczuła strach. Drzwi windy otworzyły się. Wyszli razem do eleganckiego hallu. Ściany obwieszone były lustrami, światła odbijały się w nich w nieskończoność.
Światło świeci. Winda jeździ.
Albo śni, albo zwariowała. Całkowicie i bez nadziei.
— Niektórzy umarli — powiedział poważnie Kenneth. I dodał: — Przypadki, nieszczęścia.
— To tylko część tego, co wiemy teraz — dodał Howard.
Przeszli korytarzem luster, minęli wielką geoidę, rozłupaną tak, że widać było zamknięte w niej kryształy ametystu, minęli gigantyczną kolumnę różowego kwarcu i przeciętą bryłę malachitu. Maitre d’hotel nie przywitał ich przy wejściu.
— Mama czeka w restauracji — powiedział Howard. — Jeśli jesteś głodna, tu możesz się najeść. To na pewno.
— Elektryczność działa.
— W piwnicy są generatory awaryjne. Kiedy w mieście zabrakło energii, działały jeszcze jakiś czas, ale paliwo też się skończyło. Więc znaleźliśmy je. Powiedziano nam, co robić, no i uruchomiliśmy generatory, nim przyszliśmy po ciebie — wyjaśnił Howard.
— Tak było — przyświadczył Ken. — Trudno im odtworzyć wielu ludzi, więc zrobili tylko mamę i nas, a nie szefa obsługi technicznej budynku i innych. Myśmy wszystko naprawili. Długo spałaś, wiesz?
— Dwa tygodnie.
— Dlatego kolano już cię nie boli.
— No właśnie, dlatego. I…
— Ciii… — Kenneth podniósł rękę, ostrzegając brata. — Nie wszystko na raz.
Poprowadzili ją do restauracji. Suzy patrzyła to na jednego, to na drugiego i nie odzywała się.
Zapadał wieczór. Miasto, wyraźnie widoczne przez wielkie okna restauracji, nie było już okryte brązowymi i białymi płachtami.
Lecz Suzy nie potrafiła rozpoznać niczego. Przedtem mogła się przynajmniej domyślać ukrytych kształtów budynków, dolin ulic, zarysów znanych dzielnic. Teraz zobaczyła coś zupełnie innego.
Widziała szarość, czerń i oślepiającą, marmurową biel, ułożone w piramidy i wielościany, niektóre przezroczyste jak lekko przydymione szkło.
Wzdłuż tego, co było niegdyś West Street, od Battery Park aż do Riverside Park, stały bloki jak kostki domina, wysokie na dziesiątki metrów. Wysokie budynki Manhattanu wrzucono do worka, wymieszano, wysypano i przemalowano.
Ale nie były już zbudowane z betonu i stali. Z czego? Nie wiedziała.
Żyły.
Mama siedziała za wielkim stołem, na którym wznosiły się góry jedzenia. Jako pierwsze dostrzegła piętrzące się w salaterkach sałatki. Pośrodku stała wielka, częściowo pokrojona szynka, otoczona półmiskiem oliwek i pokrojonych marynat. W tle czekały ciasta i desery.
Matka uśmiechnęła się, ześliznęła z krzesła, podeszła do córki poruszając się lekko na swych muskularnych nogach byłej tenisistki i wyciągając do niej ręce. Ubrana była w bardzo kosztowną suknię z długimi rękawami, wykończoną sznurami koralików i koronką. Wyglądała olśniewająco.
— Suzy — powiedziała. — Nie denerwuj się. Wróciliśmy, żeby cię odwiedzić.
Suzy przytuliła się do matki, poczuła twarde, prawdziwe ciało i odrzuciła myśl o tym, że śni. Mama była prawdziwa. Bracia wprawdzie nie zabrali jej do domu, to byłoby przecież niemożliwe, ale windą jechali naprawdę i naprawdę spotkali mamę, ciepłą, pełną miłości, czekającą na córkę z kolacją.
A za jej plecami, za oknem, stało obce, zmienione miasto. Tego nie potrafiłaby sobie wyobrazić. Prawda?
— Co się dzieje, mamo? — zapytała Suzy, robiąc krok do tyłu, patrząc na Kena i Howarda.
— Ostatnim razem widzieliśmy się w kuchni. — Matka zerknęła na córkę spod oka. — Nie byłam wtedy zbyt rozmowna. Za dużo się działo.
— Byłaś chora.
— Tak… i nie. Siadaj, córeczko. Musisz być bardzo głodna.
— Gdybym spała przez dwa tygodnie, umarłabym z głodu.
— Ona ciągle nie wierzy — powiedział Howard z uśmiechem. — Cicho — zgromiła go matka, odpędzając gestem. — Ty na jej miejscu też byś nie uwierzył. I ty też, co? Bracia zgodzili się, że najprawdopodobniej by nie uwierzyli.
— Ale głodna to jestem — przyznała Suzy.
Kenneth odsunął jej krzesło. Usiadła przy stole przykrytym niepokalanie czystym obrusem, zastawionym srebrem i delikatną porcelaną.
— Chyba jednak przesadziliśmy z tą elegancją — powiedział Howard. — Trochę za bardzo przypomina to sen.
— No! — przyznała Suzy. Była szczęśliwa, odurzona i nie obchodziło jej już, co jest prawdą, a co snem.
— Przedobrzyliście, małpiszony.
Matka nałożyła jej na talerz szynkę i sałatki. Suzy pokazała palcem ziemniaki puree i sos.
— To tuczące — zauważył Kenneth.
— Cicho bądź — odpowiedziała Suzy i podniosła do ust kawałek szynki. Szynka była prawdziwa i prawdziwy był dotyk jej zębów na widelcu. — Wiecie, co się stało? — Nie wszystko — odpowiedziała matka, siadając obok niej.
— Teraz możemy być znacznie mądrzejsi. Wystarczy tylko chcieć — stwierdził Howard.
Przez moment Suzy czuła się urażona. Czyżby miał na myśli ją? Sam bezustannie wstydził się swych stopni, ciężko pracował, ale nie miał żadnych zdolności. Tyle, że był o wiele inteligentniejszy od swej opóźnionej w rozwoju siostry.
— I nawet nie potrzebujemy ciała — wtrącił Kenneth.
— Powoli, powoli — upomniała ich matka. — To bardzo skomplikowane, kochanie.
Teraz jesteśmy jak dinozaury — dokończył Howard, sięgając po kawałek szynki. Podniósł go do ust, skrzywił się i odłożył nietknięty.
— Kiedy zachorowaliśmy… — zaczęła matka.
Suzy odłożyła widelec. Żuła kawałek szynki powoli, wsłuchując się w głos, który nie był głosem jej matki. Wyleczyliśmy cię Lubimy cię Potrzebujemy
— O mój Boże — powiedziała powoli, z pełnymi ustami. Przełknęła, spojrzała na matkę i braci, podniosła rękę.
Grzbiet jej dłoni przecinały białe linie, sięgające poza nadgarstek i tworzące ledwie widoczną siateczkę pod skórą na ramieniu.
— Nie bój się, Suzy — powiedziała matka. — Proszę, nie bój się. Dały ci spokój, ponieważ nie mogły wniknąć w twe ciało nie zabijając cię. Masz jakiś niespotykany metabolizm, kochanie. I nie tylko ty. Teraz to już jednak nie problem. Teraz możesz wybrać, skarbie. Posłuchaj tylko nas… i ich. Są znacznie bardziej skomplikowane, znacznie mądrzejsze niż wtedy, kiedy wtargnęły w nas.
— Teraz już też jestem chora, prawda?
— Jest ich tak dużo — powiedział Howard, szerokim gestem wskazując widoczny za oknem pejzaż — że mogłabyś nawet policzyć każde ziarenko piasku na Ziemi, każdą gwiazdę na niebie i jeszcze nie sięgnąć ich liczby.
— A teraz posłuchaj… — Kenneth pochylił się ku siostrze. — Zawsze mnie słuchałaś, prawda, Kwiatuszku?
Skinęła głową jak dziecko, powoli, z przekonaniem.
— One nie chcą ani ranić, ani zabijać. Potrzebują nas. Jesteśmy tylko małą ich częścią, ale i tak nas potrzebują.
— Tak? — zapytała cichutko.
— One nas kochają — powiedziała matka. — Powiedziały, że pochodzą od nas i kochają nas jak… jak ty kochałaś swoją kołyskę, tę w piwnicy.
— Jak my kochamy mamę — stwierdził Kenneth. Howard zgodził się z nim entuzjastycznie.
— A teraz pozwalają ci wybrać.
Читать дальше