— Jest purpurowa. — John potrząsnął głową i zachichotał.
— Więc jeśli się zgodzicie, że widzieliśmy dolinę…
— Nooo… — powiedział Jerry — może i tak.
— …to w tej dolinie coś było. Coś ją wypełniało.
— Ale nie twarde. Nie… stałe — powiedział wolno Jerry.
— Zgadzam się — stwierdziła April. — Tylko co, energia?
— Wyglądała jak wyścielona wirującym obrazem Jacksona Pollocka — powiedział Jerry.
— Albo Picassa — uzupełnił John.
— Panowie — stwierdziła April — zgadzam się z wami z drobną poprawką. Najbardziej przypominało mi to Maxa Ernsta.
— Nigdy o nim nie słyszałem. — Jerry wzruszył ramionami. — W środku coś wirowało. Tornado?
April skinęła głową.
— Zgoda. Ale jakie tornado? John zerknął na nią i przetarł oczy.
— Rozszerzało się do dołu. Wychodziły z niego jakieś szpikulce, jak błyskawice bez blasku. Jak cienie bez błyskawic.
— Dotykały — dodał John. — I znikały.
— Być może tornado tańczyło — podpowiedziała April.
— Nooo… — powiedzieli jednocześnie bracia.
— A od spodu wyskakiwały łańcuchy dysków. I zaraz się chowały. Widzieliście to?
Bracia równocześnie potrząsnęli głowami.
— I… na wzgórzach poruszały się światła, jakby robaczki świętojańskie wspinały się do nieba. — Na twarzy April pojawił się znów wyraz zachwycenia. Patrzyła marząco w ogień. John objął głowę dłońmi i potrząsał nią bez przerwy.
— Nic rzeczywistego — powiedział.
— Doprawdy, nic. Nic rzeczywistego. Ale musiało mieć jakiś związek z tym, co robił mój syn.
— Gówno — stwierdził John.
— Nie — powiedział Jerry. — Ja ci wierzę.
— Jeśli to wszystko zaczęło się w La Jolla i stąd rozlało na cały kraj, to gdzie powinno być najstarsze i najlepiej rozwinięte? — spytała April. — W La Jolla — odpowiedział Jerry, patrząc na nią z nadzieją. — Więc może jednak wszystko zaczęło się tam, gdzie wymyślili te Wojny Gwiezdne? April potrząsnęła głową.
— Nie. W La Jolla. Vergil mieszkał i pracował w La Jolla. Ale to rozniosło się szybko wzdłuż wybrzeża. Więc może wszystko stąd aż do San Diego połączyło się, zebrało, a centrum jest tutaj?
— Pieprzę — powiedział John.
— Nie dotrzemy do La Jolla — stwierdziła April. — Nie poprzez to, co nam zagradza drogę. A ja przyjechałam tutaj, żeby być z moim synem.
— To najgłupsze z szaleństw — zaprotestował John.
— Nie wiem, dlaczego wy, panowie, zostaliście ocaleni, ale jest oczywiste, dlaczego oszczędzono mnie.
— Bo jesteś jego matką — odparł Jerry śmiejąc się i kiwając głową, jakby właśnie odkrył Amerykę.
— No właśnie — stwierdziła April. — A więc, panowie, jutro zawrócimy kawałek, przejedziemy przez wzgórze i, jeśli sobie życzycie, możecie mi towarzyszyć. A jeśli nie, pójdę sama i przyłączę się do syna.
Jerry oprzytomniał nagle.
— Oszalałaś, April? A co, jeśli to jest naprawdę niebezpieczne, jak jakaś wielka burza elektryczna albo spieprzona elektrownia atomowa? — Przecież w Los Angeles nie ma dużych elektrowni atomowych — dodał John. — Ale Jerry ma słuszność. To pieprzona głupota ględzić o wejściu w to piekło. — Jeśli jest tam mój syn, to coś mnie nie skrzywdzi.
Jerry gwałtownie pogrzebał patykiem w ogniu.
— Zawiozę cię — powiedział. — Ale pójdziesz sama. John twardo i poważnie przyjrzał się bratu.
— Obydwoje macie fioła!
— Zawsze mogę iść piechotą. — April dobrze wiedziała, czego chce.
John stał z rękami opartymi na biodrach i z urazą patrzył, jak jego brat i April Ulam idą w stronę ciężarówki. Słodka, purpurowo-różowa mgła wypełzła z niecki, w której leżało Los Angeles i napłynęła nad Fort Tejon na wysokości drzew, odcinając światło słoneczne. Cienie znikły, krajobraz wyglądał upiornie.
— Hej! Hej, do cholery, nie zostawiajcie mnie tutaj! — krzyknął John i pobiegł za nimi.Pustą autostradą wjechali na szczyt wzgórza. Spojrzeli z góry na maelstrom, w dziennym świetle wyglądający niemal tak jak wczoraj.
— To jak wszystko, o czym śniliśmy — powiedział Jerry, prowadząc ostrożnie — tylko zebrane do kupy.
— Nie najgorszy opis — zgodziła się April. — Tornado snów. Być może są tu sny tych wszystkich, którzy ulegli zmianie?
John złapał się rękami za półkę pod przednią szybą i wpatrzył z napięciem w drogę.
— Została nam jeszcze mila — powiedział. — Później będziemy musieli stanąć.
Jerry potwierdził krótkim skinieniem głowy i zwolnił.
Jadąc niewiele ponad dziesięć mil na godzinę, zbliżyli się do zasłony z wirujących pionowych pasm mgły. Sięgała kilkanaście metrów ponad i poza drogę, marszcząc się i uginając wokół niewyraźnych pomarańczowych kształtów, które niegdyś mogły być budynkami.
— Jezu! Jezu! — powiedział John.
— Stop! — nakazała April.
Jerry wcisnął hamulec. April patrzyła surowo na Johna, aż otworzył drzwi szoferki, wysiadł i pozwolił jej wyjść. Jerry wyrzucił bieg na luz, zaciągnął ręczny hamulec i wyskoczył na drogę od strony kierowcy.
— Panowie tęsknicie za osobami, które kochaliście? — spytała April, wygładzając swą sfatygowaną suknię. Wir obracał się z rykiem odległego huraganu, ryczał, syczał i wył w wielki kanał odpływowy miasta.
John i Jerry skinęli głowami.
— Jeśli jest tu mój Vergil, a wiem, że jest, oni też tu będą. Albo stąd zdołamy się do nich dostać.
— To kompletne szaleństwo — zaprotestował John. — Moja żona i synek nie mogą tam być.
— A czemu nie? Czy nie żyją? John gapił się na nią bez słowa.
— Wiesz, że żyją. A ja wiem, że mój syn żyje również.
— Jesteś czarownicą — stwierdził Jerry, z podziwem raczej niż oskarżycielsko.
— Niektórzy tak twierdzili. Mój mąż powiedział mi to, nim mnie opuścił. A ty przecież wiesz, prawda?
John zadrżał. Łzy spływały mu po policzkach. Jerry patrzył na zasłonę mgły z lekkim uśmiechem na ustach.
— Czy oni tam są? — zapytał brata.
— Nie wiem — odpowiedział John, siąkając nosem i wycierając oczy rękawem.
April podeszła do zasłony.
— Dziękuję wam za pomoc, panowie — powiedziała i weszła w mgłę. Jej ciało rozmyło się jak obraz na źle wyregulowanym telewizorze i znikło.
— No i popatrz tylko. — John drżał.
— Ma rację — stwierdził Jerry. — Czy ty tego nie czujesz?
— Nie wiem! — zawył John. — Chryste, bracie, po prostu nie wiem!
— Więc sprawdźmy — zaproponował Jerry, wziął go za rękę i delikatnie pociągnął. John nie drgnął.
Jerry spróbował jeszcze raz.
— W porządku — powiedział cicho John. — Razem.
Więc przeszli razem przez ostatnie kilka metrów autostrady i ramię w ramię wkroczyli w mgłę.
Na osiemdziesiątym drugim piętrze złapał ją kurcz. Obróciła się, krzyknęła i upadła, uderzając głową o poręcz. Kolanem, tuż poniżej rzepki, trafiła w krawędź jednego ze stopni, latarka i radio wypadły jej z rąk na betonowy podest. Butelka z wodą wklinowała się pomiędzy stopnie i otworzyła, oblewając dziewczynę od stóp do głów. Sparaliżowana bólem Suzy patrzyła, jak woda ścieka po schodach i bezpowrotnie ginie.
Miała wrażenie, że minęły godziny, choć najprawdopodobniej były to tylko minuty, nim zdołała wyczołgać się na podest. Leżała na wznak, oczy szczypały ją od łez, których nie potrafiła wylać.
Читать дальше