— Tak — odpowiedział Bernard. — Ciągle słucham. Coś niedopowiedzianego… dowód…
— Dwa dni temu — Gogarty ożywił się wyraźnie, twarz poczerwieniała mu z podniecenia — Rosjanie najwyraźniej przeprowadzili zmasowany atak nuklearny na Amerykę Północną. W odróżnieniu od ataku na Panamę ani jedna z użytych głowic nie wybuchła!
Bernard spojrzał na Paulsen-Fuchsa najpierw rozdrażniony, później rozbawiony. Nic mu o tym nie powiedziano.
— A przecież Rosjanie wcale nie są tacy źli, jeśli chodzi o budowę głowic jądrowych, Michael. To powinno być samo piekło. A tymczasem nic się nie zdarzyło! Obserwacje i informacje, które udało mi się zebrać na ten temat, ująłem w kilka zdumiewających wykresów. Jednym z najważniejszych źródeł był amerykański samolot odbywający rekonesans nad Ameryką Północną i mający na pokładzie naukowców i dziennikarzy. Sprawozdanie z jego lotu nadawano do Europy, przez satelitę. Kiedy nastąpił ten nieudany atak, lecieli akurat nad środkiem Stanów. Samolot rozbił się, ale nie z powodu ataku. Nikt właściwie nie zna przyczyn katastrofy, ale sposób, w jaki urwała się łączność i telemetria… czas, w którym się to wydarzyło, powiązania z innymi wypadkami, wszystko to doskonale pasuje do mojej teorii. Nie tylko zresztą to. Na całym świecie działy się bardzo dziwne rzeczy. Wytłumianie sygnałów radiowych, przerwy w dostarczaniu energii, fenomeny meteorologiczne. To sięgnęło nawet orbit geostacjonarnych: awarie zdarzyły się dwum satelitom odległym o dwanaście tysięcy kilometrów. Koordynaty i efekty tych zdarzeń wprowadziłem do komputera, a komputer wyprodukował ten właśnie szkic czteroprzestrzennego pola.
Gogarty wyjął z torby powiększone zdjęcie zrobione z komputerowego monitora.
Bernard zmrużył oczy, chcąc widzieć wyraźniej. Wzrok nagle mu się wyostrzył. Widział nawet fakturę papieru fotograficznego.
— Wygląda jak koszmarny sen ciężarowca — powiedział.
— Tak, trochę pogięte wokół torusa — zgodził się Gogarty. — Tylko ta figura ma sens w świetle posiadanych przeze mnie informacji. Nikt nie potrafi jej zinterpretować oprócz mnie! Obawiam się, że moje akcje podskoczyły nieco na naukowej giełdzie. Jeśli mam rację, Michael, a jestem całkiem pewien, że ją mam, będziemy mieli znacznie więcej kłopotów, niż przewidywaliśmy… albo znacznie mniej. Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju kłopotów się spodziewałeś.
Bernard czuł, jak intensywnie wchłaniany jest wykres. Noocyty przerwały nawet ciągłe dłubanie w jego świadomości.
— Dałeś moim małym przyjaciołom sporo materiału do przemyśleń, Sean.
— Tak, a ich reakcja? Bernard zamknął oczy.
Minęło kilka sekund, nim je otworzył i potrząsnął głową.
— Ani słowa — powiedział. — Przykro mi, Sean.
— Cóż, nie miałem wielkich nadziei. Paulsen-Fuchs zerknął na zegarek.
— Czy to wszystko, doktorze Gogarty?
— Nie. Nie całkiem. Michael, zaraza nie może rozprzestrzenić się poza Amerykę Północną. A raczej poza koło o promieniu siedmiu tysięcy kilometrów, jeśli noocyty rozłożą się równomiernie w tej części globu.
— Dlaczego?
— Już wyjaśniałem powody. Po prostu jest ich zbyt wiele. Jeśli przekroczą te granice, stworzą coś bardzo szczególnego, część czasoprzestrzeni zbyt dokładnie obserwowaną. Pole to nie będzie mogło ewoluować. Zbyt wielu genialnych teoretyków, rozumiesz? Wytworzy się stan niezmienności, załamanie na poziomie kwantowym. Pojedynczość! Czarna dziura myśli! Czas zostanie poważnie zakrzywiony, a rezultatem będzie zagłada Ziemi. Podejrzewam, że same to zrozumiały i same ograniczyły już swój rozwój.
Gogarty wytarł czoło chusteczką i znowu westchnął.
— Jak zdołały zapobiec wybuchowi głowic? — spytał Bernard.
— Powiedziałbym, że nauczyły się tworzyć bardzo potężne, izolowane przestrzenie obserwacji. Zgromadziły, zwiodły tryliony obserwatorów, którzy stworzyli niewielką, chwilową dziurę zmienionej czasoprzestrzeni. Dziurę, w której procesy fizyczne przebiegają inaczej w stopniu wystarczającym, by głowice nie wybuchły. Istniała bardzo krótko, ponieważ Wszechświat gwałtownie się z nią nie zgodził, lecz wystarczająco długo, by zapobiec nieszczęściu. Pozostaje jeszcze jedno, kluczowe pytanie. Czy twoje noocyty kontaktują się jakoś z Ameryką?
Bernard wsłuchał się w wewnętrzne głosy i nie otrzymał odpowiedzi.
— Nie wiem.
— A wiesz, że mogą? Bez użycia radia i w ogóle znanych nam środków łączności. Jeśli potrafią kontrolować efekty, które wywierają na występujący lokalnie zespół zjawisk fizycznych, mogą także tworzyć fale bardzo nieznacznie przerwanego czasu. Obawiam się, że nie mamy instrumentów wystarczająco czułych, by wykryć takie sygnały.
Paulsen-Fuchs wstał i znacząco postukał palcem w zegarek. — Paul — zapytał Bernard — czy dlatego przestaliście udzielać mi jakichkolwiek informacji? Czy dlatego nie powiedzieliście mi o Rosjanach? Paulsen-Fuchs nie odpowiedział.
— Czy możesz pomóc doktorowi Gogarty w czymś jeszcze? — zapytał tylko.
— Nie w tej chwili. Ja…
— Więc zostawimy cię twym kontemplacjom.
— Sekundę, Paul. O co tu chodzi, do cholery! Pan Gogarty najwyraźniej chciałby jeszcze ze mną porozmawiać i ja też chciałbym porozmawiać z nim. Skąd te ograniczenia?
Gogarty przyglądał się to jednemu, to drugiemu, bardzo zażenowany. — Kwestie bezpieczeństwa, Michael — odpowiedział Paulsen-Fuchs. — Nie przy dzieciach, rozumiesz?
Bernard zareagował gwałtownym, krótkim wybuchem złego śmiechu.
— Miło mi było pana poznać, profesorze Gogarty — powiedział.
— Nawzajem.
Wyłączono mikrofony w kamerze obserwacyjnej. Obaj mężczyźni wyszli. Bernard poszedł do toalety i zrobił siusiu. Uryna była jaskrawoczerwona. Ty nimi nie rządzisz. To oni wydają polecenia?
— Jeśli do tej pory się tego nie domyśliłyście, jestem zwykłym śmiertelnikiem. Czemu szczam na czerwono?
Wydalamy fenyle i ketony. Musimy POŚWIĘCIĆ WIĘCEJ CZASU studiowaniu twego miejsca w hierarchii.
— Nie znaczę prawie nic — powiedział głośno i wyraźnie Bernard. — Po prostu nic nie znaczę.
Ogień trzaskał żarłocznie rzucając szerokie, rozmazane cienie drzew na mury starych, zabytkowych budynków Fort Tejon. April Ulam stała odwrócona do ognia plecami, przyciskając ręce do ciała, a jej sfatygowana jedwabna suknia powiewała w podmuchach chłodnego, wieczornego wiatru. Jerry poruszył gałęzią stos płonącego drewna i spojrzał na brata.
— No, to cośmy właściwie widzieli?
— Piekło — odpowiedział bez wahania John.
— Widzieliśmy Los Angeles, panowie — dobiegł ich z mroku głos April.
— Nie rozpoznałem niczego — zauważył John. — Wyglądało inaczej niż Livermore i pola. To znaczy…
— …było zupełnie nierzeczywiste — skończył za brata Jerry. — Wszystko po prostu… wirowało.
April podeszła, zebrała suknię wokół kolan i usiadła na leżącej przy ogniu kłodzie.
— Sądzę, że powinniśmy opowiedzieć sobie nawzajem to, co widzieliśmy — powiedziała. — Tak dokładnie, jak tylko potrafimy. Jeżeli chcecie, mogę zacząć. Jerry wzruszył ramionami. John dalej gapił się w ogień.
— Myślę, że rozpoznałam zarysy doliny San Fernando. Ostatni raz byłam w Los Angeles przed dziesięciu laty, ale pamiętam przejazd przez wzgórza, widok na Burbank i Glendale… zapomniałam tylko, jak wyglądały niegdyś. W powietrzu wisiała mgła. Było gorąco, nie jak teraz.
— Mgła została — wtrącił Jerry. — Ale jest jakaś inna.
Читать дальше