— Ugh — stęknął Jerry, dotykając zgiętym palcem jednej z kupek.
— Gdybym był tobą, nie ruszałbym niczego — stwierdził John.
— Do diabła, przecież jesteś mną. Prawie niczym się nie różnimy.
— I ja niczego nie ruszam.
— Jasne. To chyba niezły pomysł.
Przeszli wzdłuż półek i doszli do pokrytej rurkami ściany. Rurki wpełzały na półki, dzieląc się po wielokroć i w mniejszych wiązkach dochodząc do leżących na półkach kupek błyszczącej brązowej substancji.
— A z czego to jest w ogóle zrobione? — zainteresował się Jerry, dotykając jednej z podpórek. — Plastik?
— Nie wygląda mi to na plastik — odpowiedział z wahaniem John. — Raczej na czystą i białą… kość.
Bracia spojrzeli sobie w oczy.
— Mam nadzieję, że nie. — Jerry odwrócił się. Wśród pasm mgły i wirującego powietrza przeszli na drugą stronę regałów i zobaczyli białą, jakby zrobioną z pianki matrycę, przypominającą gumowy pszczeli plaster pełen wgłębień, wypełnionych po brzegi gęstym, purpurowym płynem. Płyn przelewał się od czasu do czasu, sycząc i dymiąc w momencie zetknięcia z podłogą.
John w ostatniej chwili opanował się i nie zwymiotował, wybełkotał tylko coś o tym, że trzeba wyjść.
— Jasne — powiedział Jerry, pochylając się, by lepiej widzieć wgłębienia. — Tylko przyjrzyj się najpierw temu.
John zawahał się i spełnił polecenie brata. Stał przygarbiony, opierając dłonie na kolanach i przyglądał się wgłębieniu, które pokazywał mu Jerry.
— Spójrz tylko na te niteczki. I koraliki wędrujące po niteczkach, tu, nad płynem. Czerwone koraliki. Wyglądają jak krew, no nie?
John skinął głową. Wygrzebał z kieszeni nóż komando-ski, który znalazł pod rozprutym siedzeniem angielskiego jeepa. Z rękojeści wyciągnął małe szkło powiększające.
— Przyświeć mi — powiedział.
Obejrzał wypełnione płynem wgłębienia i cienkie nici.
Im dokładniej się temu przyglądał, tym więcej widział szczegółów. Nie potrafił rozpoznać niczego, dostrzegł jednak, że powierzchnia czerwonego płynu składa się z tysięcy ostrosłupów. Biały budulec przypominał fakturą styropian lub korek.
Zacisnął zęby.
— Bardzo to piękne — powiedział.
Złapał za krawędź wgłębienia i rozerwał je. Płyn chlusnął na podłoże. Mgła zgęstniała.
— Tu ich nie ma.
— Dlaczego to zrobiłeś?
John uderzył miękki plaster miodu i poderwał rękę, umazaną błyszczącym czerwonym płynem.
— Bo tu ich nie ma! — krzyknął.
— Kogo?
— Ruth i Lorena. Ich tu nie ma!
— Zaraz… — Jerry chciał przemówić bratu do rozsądku, ale John rozrywał sieć obydwiema rękami. W oparach słodkiej, gęstej mgły zaledwie mogli dostrzec się nawzajem. Jerry złapał go za ramie i próbował powstrzymać.
— Przestań, John. Przestań, do cholery!
— Zabrali ich! — wrzeszczał John. Poczuł, że coś ściska go za gardło, wiec chwycił je jedną ręką, drugą dokonując dalej dzieła zniszczenia. — Ich tu nie ma, Jerry.
Potoczyli się po lepkim podłożu. Jerry zdołał w końcu unieruchomić ramiona brata. Latarka upadła tak, że świeciła w górę i poza ich plecy. John potrząsnął głową tak gwałtownie, że krople potu prysnęły we wszystkich kierunkach i zaczął cicho płakać z szeroko otwartymi ustami i mocno zaciśniętymi powiekami. Jerry przytulił brata, patrząc nad jego ramieniem w lśniącą w świetle latarki, wirującą mgłę. „Ciii…” powtarzał raz za razem. Cali pokryci byli śmierdzącym brązowym błotem. „Ciii…”
— Powstrzymywałem się — chlipnął John biorąc nierówny, głęboki oddech. — Puść mnie, Jerry. Za długo się powstrzymywałem. Wynośmy się stąd. Tu nikogo nie ma. Tu nigdy nikogo nie było.
— Racja — przytaknął Jerry. — Nie tu. Może gdzie indziej, ale tu, nie.
— Ja ich czuję, Jerry.
— Wiem. Ale nie tu.
— To gdzie do diabła…
— Ciii… — Leżeli w lepkim błocie, słuchając cichego syku mgły i powietrza. Jerry czuł, jak rozszerzają mu się oczy. Jak u wpatrzonego w ciemność kota. — Ci…! Coś tam…
— O Chryste! — Johnn próbował wyrwać się z objęć brata.
Wstali ociekając śluzem, wpatrzeni w oświetloną latarką przestrzeń. W blasku światła mgła gęstniała, poruszała się. To jogger — powiedział Jerry, gdy zamazana sylwetka nabrała kształtu.
— Jest za wielki — odpowiedział John.
To coś miało co najmniej trzy metry średnicy, było lekko spłaszczone, z boków zwisały mu frędzle. W słabym świetle wydawało się brązowe. — Nawet nie ma nóg. — Jerry był niebotycznie zdumiony. — Po prostu lata!
John zrobił krok do przodu.
— Cholerni Marsjanie — powiedział cicho, podnosząc zaciśnięte w pięści dłonie. — Ja wam…
I wtedy przyszła chwila zapomnienia.
Poranne słońce ochlapało niebo na wschodzie akwamaryną. Miasteczko, pokryte białymi i brązowymi płachtami, przypominało raczej pejzaż spod wody, fragment płaskiego dna oceanu.
Stali za ogrodzeniem, w rowie melioracyjnym i patrzyli na Livermore.
— Ruszam się z trudem — przyznał Jerry.
— Ja też.
— Ucięło nas chyba?
— Ja tam nic nie czuję.
John poruszył ramionami na próbę.
— Chyba ich widziałem.
— Kogo widziałeś?
— Wszystko mi się myli, Jerry.
— Mnie też.
Słońce stało wysoko na niebie, kiedy mogli już chodzić. Nad miastem, pomiędzy zarysami budynków, unosiły się przezroczyste półkule, od czasu do czasu strzelając w dół cienkimi promieniami światła.
— Wyglądają jak meduzy — stwierdził Jerry, gdy chwiejąc się i zataczając schodzili do ciężarówki.
— Chyba widziałem Ruth i Lorena — powtórzył z wahaniem John. — Nie jestem pewien.
Powoli, sztywno, podeszli do samochodu, wspięli się na przednie siedzenie i zamknęli za sobą drzwi.
— Jedźmy.
— Gdzie? — spytał Jerry.
— Widziałem ich tam, gdzie byliśmy. Ale ich tam nie było. Przecież to bez sensu.
— Nie, chodziło mi o to, gdzie mamy jechać.
— Wyjedźmy z miasta. Gdzieś.
— Oni są wszędzie, John. Tak mówią w radiu.
— Cholerni Marsjanie. Jerry westchnął.
— Marsjanie by nas wykończyli, John.
— Pieprzę ich. Jedźmy.
— Czymkolwiek są — stwierdził Jerry — jestem pewien, że wzięli się stąd. Pełnym wyrazu gestem wskazał na ziemię. Właśnie stąd. Zza ogrodzenia. — Jedź!
Jerry włączył silnik i wrzucił bieg. Ruszyli pokrytą pyłem drogą, skręcili w East Avenue, o włos minęli stojący na najbliższym skrzyżowaniu pusty samochód i pojechali Vasco Road w stronę autostrady.
— Ile mamy paliwa?
— Zatankowałem go wczoraj do pełna. Nim te płachty zakryły pompy.
— Wiesz — powiedział John, pochylając się po leżącą na podłodze szmatę i wycierając nią ręce — myślę, że nie jesteśmy wystarczająco cwani, żeby coś z tego zrozumieć. Po prostu nie mamy pojęcia, o co chodzi.
— Nie mamy o tym pojęcia — powiedział Jerry i zmrużył oczy. Mniej więcej milę przed nimi ktoś stał na drodze i machał rękami. John powiódł wzrokiem za zdumionym spojrzeniem brata.
— Nie jesteśmy sami — stwierdził. Jerry zwolnił.
— To kobieta!
Zatrzymali się czterdzieści, pięćdziesiąt metrów przed stojącą na poboczu postacią. Jerry wystawił głowę przez okno, przyglądając się jej uważnie.
— Ale nie młoda — stwierdził zawiedziony.
Miała około pięćdziesięciu lat i czarne proste włosy. Ubrana była w brzoskwiniowe jedwabie, powiewające za nią, gdy zaczęła biec. Bracia spojrzeli po sobie i potrząsnęli głowami nie wiedząc, co myśleć i co robić.
Читать дальше