Kobieta podbiegła do samochodu od strony pasażera, dysząc ciężko i śmiejąc się.
— Dzięki Bogu — powiedziała. — Czy komu tam trzeba dziękować. Myślałam, że tylko ja zostałam w naszym mieście.
— No, chyba nie — odpowiedział Jerry.
John otworzył drzwi i pomógł kobiecie wsiąść do szoferki. Przesunął się, robiąc jej miejsce. Zajęła je, westchnęła głęboko i znowu się uśmiechnęła. Później obróciła głowę i przyjrzała się ostro braciom.
— Wy, chłopcy, nie jesteście żadnymi bandytami, co?
— Nie sądzę — odpowiedział Jerry, nie odrywając wzroku od szosy. — Skąd pani jest?
— Z Livermore. Zniszczyły mi dom, a wszystkie inne poprzykrywały tymi płachtami. Wyglądają teraz jak prezenty pod choinkę. Myślałam, że jestem ostatnią żywą istotą na świecie.
— Nie słuchała pani radia?
— Nie. Nie znoszę tych elektronicznych cudeniek. Ale i tak wiem, co się dzieje.
— Tak? — zainteresował się Jerry, wyjeżdżając na szosę.
— A tak. To mój syn. On jest za to odpowiedzialny. Nie wiedziałam, że to będzie wyglądało właśnie tak, ale nie mam żadnych wątpliwości. A przecież go ostrzegałam!
Bracia znów popatrzyli na siebie. Kobieta odrzuciła włosy do tyłu i zręcznie nałożyła na nie elastyczną opaskę.
— Wiem, wiem — powiedziała chichocząc. — Brzmi to tak, jakbym zwariowała. Gorzej niż nasze miasteczko. Ale mogę wam powiedzieć, dokąd powinniśmy pojechać. — Dokąd? — spytał Jerry.
— Na południe — odpowiedziała kobieta. — Tam, gdzie pracował mój syn. Wygładziła jedwab na kolanach. — A przy okazji, nazywam się Ulam. April Ulam.
— John — przedstawił się John, wyciągając niezgrabnie rękę i ściskając dłoń kobiety. — A to mój brat, Jerry.
— Ach, tak — powiedziała April. — Bliźniaki? To ma chyba sens.
Jerry wybuchnął śmiechem. Do oczu napłynęły mu łzy, wytarł je brudną, lepką ręką.
— Na południe, proszę pani?
— Oczywiście.
Elektroniczny dziennik Michaela Bernarda
„15 stycznia: Przemówiły do mnie dzisiaj. Na początku z kłopotami, ale później, w ciągu dnia, nabrały pewności.
Jak mam opisać doświadczenie ich głosów? Gdy przekroczyły już barierę między krwią i mózgiem, kiedy zbadały ogromną (dla nich) krainę mego umysłu, kiedy odkryły schemat w działaniach tej krainy — a tym schematem jestem ja — i zorientowały się, że informacje z ich dalekiej przeszłości, sprzed miesięcy, są prawdziwe, że makroświat istnieje…
Nauczywszy się tak wiele, muszą się teraz uczyć, co to znaczy być człowiekiem. Bowiem tylko pod tym warunkiem mogą nawiązać kontakt z tym Deus ex Machina. Zatrudniły do tego dziesiątki milionów „uczonych” i w ciągu mniej więcej trzech dni rozgryzły problem, a teraz pogadują do mnie językiem nie dziwniejszym, niż gdyby były, powiedzmy, australijskimi aborygenami.
Siedzę sobie na krześle za biurkiem i, gdy nadchodzi właściwa chwila, rozmawiamy. Trochę po angielsku (tak sądzę, rozmowa może mieć miejsce w przedjęzykowej części mózgu i być wtórnie tłumaczona na język), trochę obrazami, trochę innymi zmysłami, głównie smakiem, który interesuje je szczególnie.
Nie jestem w stanie uświadomić sobie w pełni rozmiaru zamieszkującej mnie populacji. Jest jej wiele klas: oryginalne noocyty i ich pochodne, zmienione natychmiast po inwazji; różne kategorie komórek ruchomych, których wiele jest najwyraźniej nowych w ciele, nowo stworzonych i przeznaczonych do wypełniania nowych funkcji; komórki stałe, nie będące prawdopodobnie jednostkami w intelektualnym sensie tego słowa, niezdolne do poruszania się i wykonujące zawsze te same, choć być może bardzo skomplikowane zadania; komórki ciągle nie zmienione (do tej kategorii należą niemal wszystkie komórki mego mózgu i układu nerwowego) i inne, o których nic jeszcze nie wiem na pewno.
Razem są ich dziesiątki bilionów.
W dużym przybliżeniu zawieram w sobie dwa biliony w pełni wykształconych inteligentnych istot.
Jeśli pomnożymy te szacunkową liczbę przez populacje Ameryki Północnej w przybliżeniu pół miliarda — otrzymamy miliard bilionów lub 1020. Tyle jest w tej chwili na Ziemi istot inteligentnych, pomijając oczywiście całkiem nieznaczną liczbę ludzi”.
Bernard wprowadził zapis do pamięci i odsunął krzesło od biurka. Zbyt wiele trzeba było zarejestrować, nadchodziło zbyt wiele informacji; wątpił, by kiedykolwiek udało mu się wyjaśnić te wrażenia badaczom z zewnątrz. Po tygodniach frustracji, po atakach ostrej klaustrofobii, po próbach złamania chemicznego jeżyka krwi zalało go morze informacji tak ogromne, że nie mógł nawet zacząć ich przyswajać. Wystarczyło tylko zadać pytanie i tysiące lub miliony inteligentnych istot natychmiast przystępowało do analizowania tego pytania i udzielania szczegółowych, szybko po sobie następujących odpowiedzi:
Pytanie: „Czym dla was jestem?” powodowało odpowiedź:
Ojciec/Matka/Wszechświat
Świat-Wyzwanie
Źródło wszystkiego
Starożytny, powolny
góra-galaktyka
Mógł sobie godzinami przypominać zespoły zmysłowe, towarzyszące tym słowom: smak serum własnej krwi, stałość tkanek ciała, radość przyjmowanej pożywki, konieczność oczyszczenia, opieki.
W nocnej ciszy, leżąc na łóżku, czując na ciele dotyk wszechobecnych czujników i wiedząc, że kamery patrzą na niego w podczerwieni, wsłuchany w ostrożne, pełne niemal szacunku pytania i odpowiedzi noocytów, Bernard nurkował w sny i wynurzał się, dalej śniąc. Od czasu do czasu budził się ostrzegany przez jakiegoś umysłowego strażnika, że badane jest nowe terytorium.
Poczucie czasu ulegało zakłóceniom, nawet w dzień. Minuty spędzone na rozmowach z komórkami wydawały się godzinami. W świat swego laboratorium powracał z irytującym brakiem przekonania o jego realności.
Wizyty Paulsen-Fuchsa i innych gości wydawały się coraz rzadsze, mimo że zawsze odbywały się o tej samej porze.
Paulsen-Fuchs przyszedł o trzeciej po południu z opracowaniem wiadomości, które Bernard obejrzał lub przeczytał wcześniej. Wieści były niezmiennie złe i z dnia na dzień gorsze. Rosjanie szaleli jak dziki koń, który wyrwał się na wolność, a Europa patrzyła na nich w panice, ziejąc bezradnym gniewem. Po okresie aktywności akurat teraz zapadli w ponure milczenie, które nie uspokoiło nikogo. Bernard poświęcił tym problemom niewiele czasu, po czym zapytał, czy poczyniono jakieś postępy w kwestii kontrolowania inteligentnych komórek.
— Żadnych — usłyszał w odpowiedzi. — Z pewnością rządzą całym systemem immunologicznym. Oprócz znacznie zwiększonego metabolizmu są dobrze zamaskowane. Sądzimy, że potrafią zneutralizować wszystkie antymetabo-lity, nim te zaczną działać. Już się uodporniły na inhibitory w rodzaju aktynomicyny. Krótko mówiąc: nie możemy zaszkodzić im nie szkodząc tobie.
Bernard skinął głową. Dziwne, ale nic go to już nie obchodziło.
— A teraz nawiązałeś z nimi łączność — dodał Paulsen-Fuchs.
— Tak.
Paulsen-Fuchs westchnął i odwrócił się od trzywarstwowej szyby.
— Czy ty wciąż jesteś człowiekiem, Michael?
— Oczywiście, jestem człowiekiem — przytaknął Bernard i nagle zdał sobie sprawę, że nie, że już od miesiąca jest nie tylko człowiekiem. — To ciągle ja, Paul.
To dlaczego musieliśmy wścibiać nos w twoje sprawy, żeby to odkryć? — Nie nazwałbym tego wścibianiem nosa. Zakładałem, że moje notatki są przejmowane i czytane.
Читать дальше