Znalazła plany północnego wieżowca i długo wodziła palcem po mapkach przedstawiających halę wejściową i niższe piętra. Przewracając kolejne kartki grubej książki zorientowała się w końcu, że w budynku nie ma jednej klatki schodowej prowadzącej na samą górę, że schody kończą się i zaczynają w różnych miejscach na różnych piętrach. Utrudniało to bardzo wejście na szczyt.
Znalazła na planie drzwi do klatki schodowej prowadzącej na pierwsze piętro. Sprawdziła, były zamknięte. Wróciła do stanowiska straży, pogmerała nogą w kupkach mundurów i znalazła w końcu wielki pęk kluczy na elastycznym sznurze. Wyciągnęła pasek ze szlufek spodni i zauważyła przy tym, że w kupce ubrań jest także biustonosz. Zabrała klucze. — Przepraszam — szepnęła, układając ubrania mniej więcej tak, jak leżały przedtem — chce je tylko pożyczyć. Zaraz wracam. — Zorientowała się, co robi, i tak mocno przygryzła kciuk, że zostały na nim wyraźne, głębokie ślady zębów. — Nie ma tu nikogo — powiedziała sobie. — Nigdzie nikogo nie ma. Teraz jestem tu tylko ja.
Przeczytanie plakietek przy kluczach zajęło jej sporo czasu, ale w końcu znalazła te, które otwierały właściwe drzwi. Schody były proste, z betonu i stali. Na pierwszym piętrze wychodziły na korytarz. Wyjrzała zza rogu, spojrzała w perspektywę pomalowanych na biało ścian i zobaczyła drzwi; niektóre miały nalepki z nazwami biur, inne tylko numery. Zajrzała za kilka z nich, ale niewiele jej z tego przyszło.
— W porządku — powiedziała sobie. — To tylko spacer, długi spacer. Potrzebuję jedzenia i wody.
Spojrzała na buciki, które miała na nogach i westchnęła. Nie ma wyboru, chyba że zdecyduje się pożyczyć parę butów od…
Nie zachwycił jej ten pomysł. Zeszła na parter, z kiosku z gazetami zabrała plastikową torbę i wypełniła ją najlżejszym jedzeniem z wózka. Z wodą miała więcej kłopotów: plastikowe pojemniki były nieco za duże, by nosić je wygodnie przy pasku. Ale nie było wyboru. Jeśli na wyższych piętrach znajdzie jakąś wodę, a w końcu musiały tam być chociażby jakieś automaty z napojami, zawsze będzie mogła je zostawić.
Zaczęła wspinaczkę o ósmej trzydzieści rano. Najlepiej będzie, myślała, wchodzić po dziesięć pięter, a w przerwach odpoczywać, sprawdzać, co słychać i oglądać, co widać z góry. W ten sposób mogłaby dotrzeć na szczyt w jeden dzień.
Wspinała się nucąc Michelle, ściskając mocno stalową poręcz, mijając mnóstwo drzwi. Starała się znaleźć właściwy rytm. Howard i Kenneth zabrali ją kiedyś na włóczęgę po Maine i tam nauczyła się, że każdy piechur ma swój rytm. Kiedy idzie się w rytmie, jest łatwiej. Kiedy próbujesz dostosować się do innych, jest ci znacznie trudniej.
— Nie ma nikogo innego — powiedziała do siebie na czwartym piętrze. Znów zanuciła Michelle, ale ta piosenka nie pasowała do rytmu jej kroków, więc zagwizdała jeden z marszów Johna Williamsa.
Na dziewiątym piętrze zaczęło brakować jej tchu. Jeszcze jedno. Na dziesiątym usiadła, opierając się o ścianę i patrząc na kolejne drzwi. Może to jednak nie był najlepszy pomysł, pomyślała. Była jednak uparta (tak zawsze mówiła o niej matka) i zrobi to, co zaplanowała. „Nie mam wyboru,” powiedziała głośno. W pustej sali jej głos zabrzmiał bardzo słabo.
Kiedy już oddychała mniej więcej normalnie, wstała, poprawiła pojemniki z wodą, zabrała torbę zjedzeniem, podeszła do następnych drzwi i otworzyła je. Kolejne piętro. Inna sala, inne korytarze, inne biura. Zdecydowała, że obejrzy jeden z pokojów wypoczynkowych. „Pamiętaj o wodzie,” przypomniała sobie. Obejrzała wejścia do obu toalet, zachichotała i wybrała męską. Zapaliła latarkę, w jej świetle obejrzała lustra i inne rzeczy, poddała się ciekawości i zaczęła zwiedzanie. Nigdy przedtem nie widziała wysokich, porcelanowych urządzeń stojących w rzędach pod ścianami. Zapomniała nawet, jak się nazywają. Zajrzała do jednej z kabin i zamarła czując, jak gdzieś wewnątrz niej wybucha perwersyjnym śmiechem skręcający wnętrzności strach.
W jednej z, kabin leżała na podłodze kupka ubrań.
— Wciągnęło go wprost do sedesu — szepnęła, prostując się i wycierając napływające do oczu łzy. — Biedny facet. Cholera.
Wytarła oczy podwiniętymi wysoko rękawami i przekręciła kran z ciepłą wodą nad jedną z umywalek. Pociekł słabiutki strumyczek. Z zimną poszło nieco lepiej, ale i tak nie wyglądało to szczególnie obiecująco.
Wyszła z łazienki i powoli powędrowała korytarzem. Za podwójnymi drzwiami, ozdobionymi wizytówkami z japońskimi nazwiskami, znajdowała się poczekalnia: pluszowe sofy, szklane stoliki i wielkie biurko przy tylnej ścianie. Za biurkiem nie było nikogo. Nie było też ubrania. Nic tu nie znajdzie.
Spojrzała przez okno poczekalni na plac. To brązowe coś zakryło go już w całości. Właź — powiedziała sobie. — Schody do nieba. Umrzyj na szczycie, będziesz bliżej. Lecz właź!
— Zupełnie jak spacerek gardłem — powiedział John.
— Jezu, ty chyba jesteś chory!
— Ale mam racje, nie?
— Masz — odpowiedział Jerry. Chrząknął i pochylił się jeszcze niżej. — Zachowujemy się jak durnie. Dlaczego akurat ten pagórek? I dlaczego teraz?
— Ty sam go wybrałeś.
— I sam nie wiem czemu. Może w ogóle bez powodu? — To chyba taki sam powód jak każdy inny, nie?
W miarę jak szli coraz dalej, ściany tunelu zmieniały się. Grube cieliste rury przeszły w delikatną lśniącą sieć, wyglądającą jak wymalowane farbą w sprayu wnętrzności. John oświetlił ścianę, przyjrzał się jej bliżej i dostrzegł, że każde wgłębienie miedzy włóknami wypełnione jest małymi dyskami, sześcianami i kulami, wtłoczonymi jedne w drugie w sposób raczej bezsensowny. Podłoga zwężała się, a elastyczne podłoże dzieliło na równoległe twarde pasy.
— Dreny — powiedział Jerry, pokazując palcem. Przesuwali snopem światła w przód i w tył, czerpiąc z jego blasku poczucie bezpieczeństwa. Od czasu do czasu oświetlali nawzajem swe twarze, sprawdzali, czy nic nie przylepiło się do skóry i ubrań.
Tunel rozszerzył się nagle. Otoczyła ich gęsta, słodka mgła.
— Szliśmy wystarczająco długo, by znaleźć się pod kolejnym pagórkiem stwierdził Jerry. Zatrzymał się i wyciągnął but z lepkiej, zalegającej podłogę substancji. — Mnóstwo tutaj tego świństwa — dodał.
John oświetlił podeszwę jego buta. Cała pokryta była brązowoczerwonym śluzem.
— To nie jest chyba głębokie — stwierdził.
— Przynajmniej na razie.
Mgła wydzielała lekki zapach nawozu. Lub morza. Żyła. Poruszała się cienkimi, długimi pasmami, jakby ściskały ją fale powietrza. — A teraz dokąd? — spytał Jerry. — Nie chcielibyśmy przecież chodzić w kółko.
— Ty dowodzisz. Nie każ decydować mnie.
— Śmierdzi tu, jakby ktoś rozrzucił wodorosty w sklepie ze słodyczami. Aż chce się rzygać!
— Grzyby. — John oświetlił podłoże.
Wokół stóp dostrzegli białe, półkoliste twory, pękające z trzaskiem pod naciskiem butów. Podniósł snop światła i poprzez mgłę zobaczył przed sobą pionowe i poziome linie.
— Regały — powiedział Jerry. — Coś rośnie na półkach.
Półki „regałów” miały może pół centymetra grubości. Opierały się na nieregularnie rozmieszczonych podpórkach, a wszystko to zrobione było z twardej, białej, odbijającej światło substancji. Na regałach leżały stosy czegoś, co przypominało spalony papier, wilgotny spalony papier.
Читать дальше