Trzymając świecę w ręku odniosła Ladies’ Home Journal do kiosku i wzięła sobie do poczytania Cosmopolitana. Wróciła. Usiadła, zdrzemnęła się i obudziła przestraszona, kiedy magazyn wypadł jej z ręki na brzuch. Wstała, pogasiła świece, jedną po drugiej. Mogła ich jeszcze potrzebować jutro.
A później położyła się na boku na dywanie, podłożyła pod głowę ciepłą kurtkę Kennetha jak poduszkę i przy świetle jednej, płonącej jeszcze świecy myślała o wielkim, ciążącym nad jej głową gmachu. Nie wiedziała, czy te bliźniacze wieżowce ciągle jeszcze są najwyższymi budynkami na świecie. Chyba nie. Każdy z nich był jak wielki transatlantyk, postawiony na rufie i wbity w niebo. Większy od transatlantyka. Tak wyczytała w przewodniku.
Fajnie byłoby przejść się po wszystkich sklepach w wielkiej hali na dole, ale — nawet na pograniczu snu — Suzy wiedziała, co musi w końcu zrobić. Musi wejść po schodach na samą górę, gdzieś tu z pewnością są schody. Musi odkryć, kto zapalił światło i obejrzeć Nowy Jork. Z góry zobaczy całe miasto i większość stanu. Zobaczy, co się stało i co się dzieje. I może tak wysoko radio będzie odbierało więcej stacji? A poza tym na górze była restauracja, a to oznaczało jedzenie. I bar. Nagle zapragnęła się upić. W całym dotychczasowym życiu zdarzyło się jej to tylko dwukrotnie.
Niełatwo będzie tam wejść. Zdawała sobie sprawę z tego, że to jej zabierze cały dzień, może nawet więcej.
Jakiś hałas wyrwał ją z drzemki. Jakiś szelest, drapanie, szum. Za oknami wstawał szary, mroczny świt. Na placu coś się poruszało, coś toczyło się jak kłębki kurzu pod łóżkiem, jak wierzchołki aukarantusów na wietrze. Suzy zamrugała, przetarła oczy, uklękła i zmrużyła powieki, by lepiej widzieć.
Wiatr wwiał na pięcioakrowy plac koła jakby utkane z piór, obracające się czasami i przewracające. Każde z nich miało w środku coś w rodzaju szprych szerokich jak skrzydła wiatraka, ich brzegi trzepotały na wietrze. Koła były białe, szare i brązowe. Te, które osiadły na betonie, rozpływały się, spłaszczały i przyklejały, wypuszczając wysokie na mniej więcej trzydzieści centymetrów „liście”. W miarę jak robiło się jaśniej, było ich coraz więcej, kleiły się do szkła, rozrastały.
— Koniec spacerów — powiedziała Suzy. — Oho! Zjadła batonik i włączyła radio z nadzieją, że złapie tę angielską stację, której słuchała wczoraj. Dostrajała się do niej przez chwilę i wreszcie usłyszała słaby, przebijający się przez zakłócenia jak przez knebel głos mówiący:
— …stwierdzenie, że gospodarka światowa ucierpi, jest zdecydowanie zbyt łagodne. Kto wie, jak wiele bogactw naturalnych i wytworzonych dóbr, by już nie wspomnieć o danych finansowych i kapitale, znajduje się w Ameryce i jest dla nas od tej chwili niedostępne? Rozumiem, że na razie większość ludzi martwi się o przetrwanie, o to, czy zaraza przedostanie się przez ocean, o to, że jest już może wśród nas, jeszcze nie ujawniona… — Głos znikł na kilka minut w trzasku zakłóceń. Suzy siedziała po turecku naprzeciw radia, czekając cierpliwie. Zrozumiałą niewiele, ale ten głos ją uspokajał. — …ale, jako ekonomista, muszę myśleć o tym, co będzie, gdy ten kryzys minie. Jeśli minie.
Cóż, jestem optymistą. Bóg w swej wielkiej mądrości ma w tym z pewnością jakiś cel. Tak. A wiec nie mamy kontaktu z całą Ameryką Północną z wyjątkiem słynnej stacji meteorologicznej na wyspie Afognak. Przedstawiciele sfer finansowych nie żyją. Ameryka była zawsze potężnym bastionem prywatnej działalności finansowej. Teraz ziemie zdominowali Rosjanie, zarówno militarnie jak i, prawdopodobnie, finansowo. Czego możemy się spodziewać?
Suzy wyłączyła radio. Głupie ględzenie. Chciała wiedzieć, co wydarzyło się w jej domu.
— Dlaczego — zapytała głośno. Patrzyła na pędzone wiatrem, toczące się po placu koła i ich resztki zaczynające już przesłaniać beton. — Dlaczego nie zabić się i już? — Wyrzuciła przed siebie ręce w świadomie melodramatycznym geście i wybuchnęła śmiechem. Śmiała się, aż rozbolał ją brzuch i ze strachem stwierdziła, że nie może przestać. Przykrywając usta dłonią pobiegła do fontanny i napiła się czystej, tryskającej równym strumieniem wody.
Wiedziała, że tak naprawdę przeraża ją perspektywa wspinaczki. Czy będzie potrzebowała kluczy? Czy w połowie drogi nie trafi na jakąś przeszkodę i nie będzie musiała się cofnąć?
Będę dzielna — obiecała sobie, zajadając czekoladę. — Nie mam wyboru.
Livermore, Kalifornia
To było zwykłe, dobre życie. Sprzedawać części samochodowe i przeróżne graty spośród tych, które trzymał na podwórku za domem, jeździć na licytacje, szukając tego i owego, wychowywać syna i z dumą kochać żonę, która uczyła w szkole. Udane zakupy dawały mu mnóstwo radości — cała przyczepa dachówek (a każda inna) do pokrycia dachu łazienki i kuchni w wielkim, starym białym domu, stareńki, angielski jeep, piętnaście różnych samochodów i ciężarówek, wszystkie w kiepskim stanie, półtorej tony starych mebli biurowych, wśród których znalazła się antyczna, drewniana sekretera, sama jedna warta więcej, niż zapłacił za wszystko.
Najdziwniejszą rzeczą, jaką zrobił w życiu (kiedy się już ożenił) było wygolenie rzednących włosów na czubku głowy. Chciał uprzedzić łysinę. Nie znosił łysieć! Kiedy Ruth go zobaczyła, zaczęła krzyczeć. Zdarzyło się to dwa miesiące temu i teraz włosy już mu odrosły, zmierzwione i okropne jak zwykle.
John Olafsen zarabiał na przyzwoite życie wtedy, kiedy życie było jeszcze normalne. Ruth i siedmioletni Loren byli dobrze ubrani i dobrze odżywieni. Mieszkali w domu, który należał do rodziny od dziewięćdziesięciu lat, od nowości. Nie mieli niespełnionych marzeń.
Oderwał oczy od starej, obdrapanej lornetki i czerwoną chustką wytarł z nich zmęczenie i pot. Podniósł lornetkę i wpatrzył się w Lawrence Livermore National Laboratories oraz stojące po drugiej stronie drogi laboratoria Sandia. Zapach zeschłej trawy i pyłu sprawiał, że miał ochotę wysmarkać nos, pójść, spakować się i wyjechać… donikąd, bo tylko tam mógł wyjechać. Było wpół do piątej i już zaczynało się ściemniać.
— Pomachaj flagą, Jerry — mruknął. — No, machaj, ty sukinsynu.
Jerry był jego bratem bliźniakiem, pięć minut młodszym, a dwa razy bardziej narwanym. Opylał pola w Salinas Valley. Żaden z nich nie wiedział, jak ocalał John, ale Jerry najwyraźniej zbyt nafaszerowany był DDT, EDB i czym tam jeszcze, by smakować temu, co pożarło miasteczko Livermore.
I Ruth. I Lorena.
Jerry zszedł pomiędzy nowoczesne, kanciaste budynki i stare domki, i baraki badając dziesięciometrowe kopce, które wyrosły na każdym wolnym miejscu na terenie laboratoriów w Livermore. Miał ze sobą czerwoną chustkę na kiju. Bracia zawsze mieli czerwone chustki. Dawali je sobie rok w rok na Wigilię, owinięte w czerwony papier i obwiązane szerokimi czerwonymi wstążkami.
— Machaj! — wychrypiał John.
Przesunął lornetkę i zobaczył, że czerwona chustka zaczyna się poruszać: najpierw zrobiła koło w prawo, później w lewo, a później trzy koła w prawo. Oznaczało to, że John powinien zejść na dół i zobaczyć, co było do zobaczenia. Chyba nic groźnego… no, przynajmniej Jerry tak sądził.
Oderwał od ziemi sto dwadzieścia kilogramów swego cielska, otrzepał kolana postrzępionych czarnych levisow. Rude kręcone włosy i rozwichrzona broda wydawały się świecić na tle szarego na wschodzie nieba. Wylazł z rowu melioracyjnego, przecisnął się przez dziurę w ogrodzeniu z drutu kolczastego, przelazł przez zasieki, przez wewnętrzne ogrodzenie z drutu, który już nie był pod napięciem i zbiegł, ślizgając się, po sześciometrowym zboczu. Przeskoczył z rozpędu kolejny rów i zwolnił kroku. Zapalił papierosa, złamał zapałkę i rzucił ją na ziemię.
Читать дальше