Przez całe życie bardzo bała się, że straci dom. Wiedziała, że czasami ludzie z jej problemami zostają żebrakami. Nie mają gdzie mieszkać i śpią na ulicy.
Teraz już się nie bała. Wszystko się zmieniło. Ta myśl poprawiła jej humor. Przykryta brązowymi papierowymi torbami żebraczka w mieście, w którym nawet wieżowce przykryte są brązowymi torbami. Bardzo zabawne. Ale była zbyt zmęczona, by się śmiać.
Marzyła o jakimś towarzystwie, żebraczce, psie, kocie, było jej wszystko jedno. Ale wokół nie poruszało się nic. Oprócz brązowych płacht.
Przejechała wózkiem przez Fiatbush, przez chwilę odpoczywała na ławeczce na przystanku autobusowym, wsiała i poszła dalej. Zarzuciła na ramiona ciepłą kurtkę Kennetha; nadchodził wieczór i zrobiło się całkiem chłodno. „Teraz zaśpiewam,” powiedziała sobie. W głowie wirowały jej fragmenty piosenek, słowa i rytm, ale jakoś nie pamiętała muzyki. Właśnie stopień po stopniu wchodziła po schodach na most, wózek kołysał się na boki i skrzypiał, kiedy wreszcie coś sobie przypomniała i zaczęła nucić Michelle Beatlesów, nagraną przed jej urodzeniem. Nie pamiętała słów, więc powtarzała „Michelle, ma belle” popychając wózek i dysząc ciężko.
Mgła okryła East River wypełzając na autostradę. Most wyrastał ponad mgłę — droga nad chmurami. Samotna, Suzy popychała wózek środkowym chodnikiem słuchając szumu wiatru i dziwnego niskiego gwizdu, który, jak uświadomiła to sobie nagle, pochodził od wibracji lin.
Na moście nie było ruchu i dzięki temu słyszała różne dziwne dźwięki, których nie usłyszałaby przedtem: jęki napiętego metalu, niskie i przygłuszone, ale robiące wielkie wrażenie, daleki śpiew rzeki i, w tle, głęboką ciszę. Żadnych klaksonów, żadnych samochodów, żadnego metra. Żadnych ludzi, rozmawiających głośno i rozpychających się łokciami. Równie dobrze mogła się znajdować pośrodku pustyni.
Jestem pionierką, przypomniała sobie. Ciemność ogarnęła już wszystko oprócz New Jersey, nad którym słońce żegnało się ze światem wstęgą żółtozielonego światła. Chodnik był czarny jak smoła. Stanęła i przycupnęła obok wózka, owijając się ciasno kurtką; po chwili wstała, by włożyć wełniane skarpety i ciepłe buty. Przez kilka godzin siedziała pogrążona w kompletnej apatii, podłożywszy nogę pod koło, żeby jej wózek nie uciekł.
Śpiew przepływającej pod mostem rzeki zmienił się. Włosy stanęły dęba na głowie Suzy, choć przecież nie miała prawdziwego powodu, by bać się upiorów. Mimo to czuła, że coś się dzieje, że coś się zmienia. Na niebie gwiazdy świeciły czysto i jasno. Droga Mleczna błyszczała nie przesłonięta ani światłami wielkiego miasta, ani zanieczyszczeniami powietrza.
Dziewczyna wstała, przeciągnęła się i ziewnęła. Czuła się samotna, przestraszona i szczęśliwa, wszystko na raz. Przeszła przez barierkę chłodnika na południową jezdnię, doszła do poręczy mostu, chwyciła ją palcami, które mimo rękawiczek bardzo jej zmarzły i spojrzała poprzez East River w kierunku South Street, po czym opuściła wzrok na przystań promów.
Do świtu pozostało jeszcze sporo czasu, ale tam, gdzie rzeka dotykała brzegów, rodziło się światło. Nurt błyszczał zielenią i błękitem. W niebieskofioletowym tle wody światła tańczyły, wirowały i rozbłyskiwały powoli, jak fajerwerki. Suzy patrzyła z góry na blask miliona miast, wirujących i tańczących wokół siebie.
Rzeka żyła. Żyła od brzegu do brzegu i wzdłuż, aż za Governors Island. Upper Bay wyglądała jak odbicie Drogi Mlecznej. East River błyszczała w ruchu, a każda jej cząstka wypełniała jakieś zadanie, Suzy o tym wiedziała.
Wiedziała, że jest teraz jak mrówka na autostradzie. Krucha i ograniczona, nie rozumiała, nie mogła rozumieć. Rzeka była większa i piękniejsza niż nawet panorama Manhattanu o poranku.
Nigdy tego nie pojmę. Suzy potrząsnęła głową i spojrzała na czarne wieżowce. Jeden z nich nie był zupełnie czarny. Na górnych piętrach południowego gmachu World Trade Center pobłyskiwało zielone światełko. — Hej! — krzyknęła Suzy, dziwiąc się temu światełku bardziej niż czemukolwiek innemu.
Puściła barierkę i wróciła do stojącego na chodniku wózka. Wszystko bardzo pięknie, pomyślała, ale najważniejsze to, po pierwsze, nie zamarznąć, a później, ruszyć dalej, gdy o świcie coś już będzie widać.
Skuliła się koło wózka.
— Muszę zobaczyć, co jest w tym budynku — powiedziała. — Może to ktoś taki jak ja, ale mądrzejszy i wie coś o elektryczności. Jutro rano pójdę tam i sprawdzę.
Śpiąc i budząc się, nieruchoma i drżąca, myślała o tym, że słyszy coś, czego nie można usłyszeć: dźwięk zmiany, zarazy, rzeki i przesuwających się brązowych płacht, jakby śpiewacy w wielkim kościelnym chórze wyśpiewywali ciszę szeroko otwartymi ustami.
Paulsen-Fuchs z przytłumionym zgrzytem przesunął stojące w komorze obserwacyjnej krzesło i usiadł na nim wygodnie. Bernard patrzył na niego z łóżka niezbyt przytomnie.
— Tak wcześnie rano — powiedział.
— Jest popołudnie. Tracisz poczucie czasu.
— I tak żyje jak w jaskini. To bez różnicy. Żadnych gości?
Paulsen-Fuchs potrząsnął głową, nie próbując niczego tłumaczyć.
— Wiadomości?
— Rosjanie wystąpili z ONZ. Najwyraźniej nie widzą sensu w pozostawaniu w Narodach Zjednoczonych teraz, kiedy są jedynym nuklearnym supermocarstwem na świecie. Przed wystąpieniem próbowali jeszcze skłonić Rade Bezpieczeństwa do przyjęcia deklaracji stwierdzającej, że Stany Zjednoczone jako naród bez przywództwa zagrażają reszcie świata.
— O co im chodzi?
— Myślę, że chcą dostać coś w rodzaju cichej zgody na użycie broni jądrowej.
— Dobry Boże — powiedział Bernard i usiadł na krawędzi łóżka. Podniósł dłonie i obejrzał ich grzbiety. Bruzdy zaczęły znikać, lampy kwarcowe poskutkowały, przynajmniej jako środki kosmetyczne.
— Czy mówili coś o Meksyku lub Kanadzie? — zapytał.
— Chodzi im tylko o Stany. Kopanie leżącego.
— A co robią i mówią inni?
— Wojska USA w Europie próbują zorganizować rząd tymczasowy. Kandydatem na prezydenta został podróżujący akurat po Europie senator z Kalifornii. Oficerowie z tutejszej bazy lotniczej trochę się temu opierają. Uważają, że przynajmniej na razie rząd powinien być wojskowy. Placówki dyplomatyczne przekształcają się w centra rządowe. Rosjanie domagają się, by amerykańskie statki i łodzie podwodne zawinęły na kwarantannę do wyznaczonych portów na Kubie i sowieckim wybrzeżu północnego Pacyfiku i Morza Japońskiego.
— I co, zawijają?
— Brak odpowiedzi. Myślę, że jednak nie — uśmiechnął się Paulsen-Fuchs.
— Coś nowego w sprawie zabijania ptaków i ryb? — Tak. Anglicy zabijają ptaki wędrowne niezależnie od tego, czy przyleciały z Ameryki Północnej, czy nie. Są grupy, pragnące pozabijać ptaki w ogóle. Rodzi się okrucieństwo i to nie tylko w stosunku do zwierząt. Amerykanie wszędzie poddawani są poważnym szykanom, nawet jeśli mieszkali w Europie od lat. Pojawiły się już grupy religijne głoszące, że Chrystus założył bazę w Ameryce i stamtąd ma przyjść do Europy, głosząc koniec świata. No cóż… i tak jak zwykle rano dostaniesz wszystkie wiadomości na komputer, to sobie o tym poczytasz.
— Wolę dowiedzieć się wszystkiego od przyjaciela.
— No tak — powiedział Paulsen-Fuchs. — Ale nawet przyjaciel nie zawsze przynosi dobre wieści. Na przykład dzisiaj.
— Czy uderzenie jądrowe może rozwiązać problem? Nie znam się na epidemiologii. Czy Amerykę można wysterylizować?
Читать дальше