— Dlaczego pan Bernard nie przekształcił się całkowicie? — spytał przedstawiciel Danii, młodo wyglądający, tęgi mężczyzna o krótkich, przypominających futro włosach, ubrany w czarny garnitur. — Nieliczne wiadomości, które otrzymaliśmy ze Stanów Zjednoczonych, zdają się wskazywać na to, że przekształcenie i rozpad ciała następuje w tydzień po infekcji.
— Nie wiem — odpowiedział Bernard. — Okoliczności w moim przypadku są zupełnie inne niż w przypadku ofiar w ich naturalnym środowisku. Być może znajdujące się w moim ciele organizmy są świadome tego, że dokończenie przemiany nie przyniosłoby im żadnych korzyści.
Na twarzach gości pojawił się wyraz niedowierzania świadczący o tym, że ciągle jeszcze nie zrozumieli samej idei noocytów. A może po prostu nie wierzyli?
Paulsen-Fuchs prowadził dyskusje dalej, a Bernard zamknął oczy i próbował zapomnieć o obserwatorach. Było gorzej, niż to sobie wyobrażał, przez cztery dni uczestniczył w czternastu podobnych spotkaniach. To prawda, traktowano go grzecznie i z wielką troską, lecz jednocześnie za pomocą manipulatorów przeprowadzono obszerny zespół testów i wypytano go o każdy szczegół jego życia, prywatnego i publicznego, w przeszłości i teraźniejszości. Tkwi w centrum wtórnej fali szoku, która ogarnęła Europę po zdarzeniach w Ameryce Północnej.
Wydostał się w ostatniej chwili. Etiologia zarazy zmieniła się drastycznie, choroba rozprzestrzeniała się według różnych schematów, a może w ogóle brak w tym było jakiegokolwiek schematu? Być może organizmy reagowały po prostu na bodźce środowiska i dostosowywały się do niego.
W każdym razie wielkie miasta cichły nieomal natychmiast, większość ich mieszkańców ulegała chorobie i przekształceniu w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Mniejsze miasteczka i regiony rolnicze trzymały się dłużej, być może z braku wspólnego systemu wodociągów i kanalizacji. Na tych terenach zaraza rozprzestrzeniała się nie tylko przez kontakty między ludźmi, lecz również dzięki zwierzętom i owadom.
Zdjęcia w podczerwieni, robione przez satelity szpiegowskie i satelity Landsat, analizowane między innymi w Anglii i Japonii, wskazywały na to, że w Ameryce Północnej przemianie ulegają nawet rzeki i lasy.
A on już teraz czuł się tak, jakby Michael Bernard nie istniał. Jakby najpierw został pochłonięty przez coś większego niż on i znacznie bardziej imponującego, a później wystawiony w muzeum jak podpisany eksponat rozmawiający, o dziwo, z wycieczkami. Były neurochirurg, mężczyzna, niegdyś znany i zamożny, ostatnio niezbyt aktywny zawodowo, pochwycony przez wir życia towarzyskiego, przygnieciony koniecznością wydania pieniędzy, sypiących się na niego za odczyty, za książki, za filmy…
Całkiem prawdopodobne, że Michael Bernard przestał istnieć już sześć lat temu. Znikł po prostu jakiś czas po tym, gdy po raz ostatni przyłożył skalpel do ciała, wiertło do czaszki.Otworzył oczy i zobaczył mężczyzn i jedną kobietę, siedzących w komorach obserwacyjnych.
— Doktorze Bernard — kobieta próbowała zwrócić na siebie jego uwagę, najwyraźniej po raz trzeci lub czwarty.
— Tak?
— Czy to prawda, że ponosi pan przynajmniej część winy za to nieszczęście?
— Nie. Nie bezpośrednio.
— Nie bezpośrednio?
— Nie mam sposobu na przewidywanie konsekwencji czynów innych ludzi. Nie jestem jasnowidzem.
Nawet przez trzy warstwy szkła widać było wyraźnie, że twarz kobiety jest mocno zaczerwieniona.
— W Stanach Zjednoczonych mam, lub miałam, córkę i siostrę. Jestem Francuzką, to prawda, ale urodziłam się w Kalifornii. Co się z nimi stało? Pan wie? — Nie, madame. Nie wiem.
Kobieta strząsnęła z ramienia dłoń Paulsen-Fuchsa i krzyknęła:
— Czy to się nigdy nie skończy!? Nieszczęście i śmierć! Naukowcy… wy zawsze jesteście odpowiedzialni! Wy, naukowcy! Czy to… Wypchnięto ją z komory obserwacyjnej. Paulsen-Fuchs podniósł ręce i potrząsnął głową. Obie komory opróżniły się szybko.
Zostawiono go samego.
A przecież był nikim, niczym i oznaczało to, że gdy jest sam, nie ma tu nikogo. Nikogo oprócz mikrobów, noocytów z niesamowitymi możliwościami, wyczekujących i nie zrealizowanych.
Gotowych, by przemienić go w coś większego.
Światło zgasło czwartego dnia. Rankiem, gdy się właśnie obudziła. Suzy włożyła swe najładniejsze dżinsy (z groszowego sklepu Armii Zbawienia), najładniejszy biustonosz i bluzę, wyjęła wiatrówkę z szafki pod schodami i wyszła na dwór, w blask dnia. Już nie jestem błogosławiona, pomyślała. Nie pragnie mnie ani diabeł, ani nikt.
— Szczęście się kończyło — dodała głośno.
Ale miała jedzenie, a z kranów ciągle jeszcze płynęła woda. Przez chwilę rozmyślała o sytuacji, w jakiej się znalazła i doszła do wniosku, że nie jest jeszcze najgorzej.
— Przepraszam, Boże — powiedziała, zerkając w niebo. Domy po przeciwnej stronie ulicy w całości obwieszone były plamiastą, biało-brązową substancją, błyszczącą w słońcu jak skóra. Drzewa i żelazne ogrodzenia również upstrzone były jej kawałkami. Coś takiego zaczęło się pojawiać także na domach stojących po tej stronie.
Czas uciekać. Nic już nie będzie jej dłużej oszczędzać.
Jedzenie spakowała w pudełka, pudełka schowała do koszyka. Ciągle miała gaz, więc zrobiła sobie pyszne śniadanie z ostatnich jajek i pasków bekonu. Chleb opiekła nad ogniem — tak, jak kiedyś nauczyła ją matka — wysmarowała resztką masła i grubą warstwą dżemu. Zjadła cztery grzanki i poszła na górę spakować małą torbę. Nie obciążaj się na podróż, pomyślała. Gruba, zimowa kurtka i pasujące do niej ubranie, rewolwer, buty. Wełniane skarpetki, wyciągnięte z szuflad w pokoju braci. Rękawice. Pogranicze, pionierzy.
Mogę być ostatnią kobietą na ziemi, myślała. Muszę być praktyczna.
Ostatnią rzeczą, jaką zapakowała do wózka stojącego na chodniku obok schodów, było radio. Włączała je co wieczór na kilka zaledwie minut, choć ze sklepu pana Mithridatesa zwędziła pudełko baterii. Za jakiś czas mogą się bardzo przydać.
Z radia wiedziała, że ludzie bardzo, bardzo się martwią, i to nie tylko o Brooklyn, lecz o całe Stany Zjednoczone, od granicy do granicy, a także o Meksyk i Kanadę za granicą. Dzienniki nadawane na falach krótkich z Anglii wspominały o „ciszy”, „zarazie”, o poddawaniu kwarantannie turystów amerykańskich i o łodziach podwodnych i samolotach patrolujących wybrzeże. Żaden z samolotów nie spenetrował jeszcze wnętrza kontynentu amerykańskiego, mówił brzmiący bardzo dostojnie brytyjski spiker, ale fotografie szpiegowskie wskazują, jak głosiły plotki, na to, że ludność jest sparaliżowana, a być może martwa.
Ja nie, pomyślała Suzy. Sparaliżowany to przecież taki ktoś, kto się nie rusza. Ja się ruszę. Chodźcie i obejrzyjcie mnie z tych waszych łodzi podwodnych i samolotów. Ja się ruszę i będę tam, gdzie będę.
Późnym popołudniem Suzy, popychając przed sobą wózek szła przez Adams. Mgła zasnuła odległe wieżowce Manhattanu, tylko niewyraźnie widoczne sylwetki World Trade Center wystawały znad szarobiałej zasłony. Nigdy nie widziała nad rzeką tak gęstej mgły. Oglądając się przez ramię dostrzegła wielkie, podobne do latawca, ciemnobrązowe żagle unoszące się nad Cadman Plaża. Williamsburg Savings Bank, wieżowiec wysokości stu pięćdziesięciu metrów, cały osłonięty był brązową (tym razem bez śladu bieli) masą, jakby zapakowano go do wysyłki. Zawróciła w dół Tillary, kierując się na Fiatbush i dojście do mostu i w tym momencie uświadomiła sobie, że wygląda jak bezdomna żebraczka.
Читать дальше