A później wzięła leżącą pod telefonem książkę adresową i zrobiła listę zapasów i rzeczy, których będzie potrzebowała. Miała jeszcze przed sobą co najmniej pięć godzin dnia, a w każdym razie światła, przy którym będzie mogła coś widzieć. Zarzuciła płaszcz na ramiona i wyszła, zostawiając za sobą otwarte drzwi.
W płaszczu, narzuconym na piżamę i błękitny szlafroczek, wyszła w przewrócony do góry nogami świat i poszła wśród zaparkowanych, nieruchomych samochodów do sklepu. Bez torebki, bez pieniędzy, ciekawa tego, co zobaczy, niemal pogodna. Chłodny, jesienny wiatr przewiewał po chodniku liście, opadłe ze stojących co kilka domów drzew. Dzikie wino wspinało się po żelaznych poręczach schodów, na parapetach okien na parterze stały skrzynki z kwiatami.
Sklep pana Mithridatesa był zamknięty, wejście osłaniała żelazna krata. Suzy zajrzała do środka przez okratowane okna myśląc o tym, czy i jak zdoła się tam dostać, ale przypomniała sobie, że od zaplecza powinno być wejście dla dostawców. Zastała je uchylone; wielkie, ciężkie, czarne, obite blachą drzwi, które musiała podeprzeć całym ciężarem ciała, żeby się otworzyły. Poczuła, że zaskakują, więc puściła je i odczekała chwilę, chcąc mieć pewność, że się za nią nie zamkną. W korytarzu przeszła nad kolejną kupką ubrań. Na jej szczycie leżał fartuch właściciela. Pchnęła dwuskrzydłowe, uchylne drzwi i weszła do sklepu.
Jak zwykle na zakupach Suzy przeszła najpierw przez cały sklep po rachityczny wózek; do jego dna przylepił się rachunek z kasy i listek bardzo starej sałaty. Później poszła między półkami, wybierając to, co — taką miała nadzieję — okaże się sensowne. Na ogół nie jadała najmądrzej, ale i tak figurę miała lepszą niż większość znanych jej fanatyczek zdrowej żywności i diet-cud, z czego czerpała spokojną dumę.
Do koszyka powędrowały więc: szynka i duszony boczek w puszkach, puszkowane kurczaki, świeże warzywa i owoce (pomyślała, że wkrótce będzie o nie trudno), owoce w puszkach, butelki źródlanej i mineralnej wody — tyle, ile tylko zmieściło się na dolnej półeczce wózka, chleb i kilka dość już starych bułek, dwa galonowe pojemniki mleka z zamrażarki, która ciągle jeszcze pracowała. Suzy wzięła też buteleczkę aspiryny i szampon, chociaż przez głowę przeleciało jej pytanie, jak długo jeszcze będzie działać prysznic. Witaminy w dużym słoiczku. Na półkach z lekarstwami próbowała znaleźć coś na to, co przytrafiło się jej rodzinie i listonoszowi, i panu Mithridatesowi. Po kilka razy czytała przepisy na słoiczkach i pudełkach, ale nic nie wydawało się odpowiednie.
Pojechała z wózkiem do kasy, mrugając ze zdziwienia przyjrzała się przejściu prowadzącemu do zasłoniętych kratą drzwi i zawróciła. Przeszła już połowę drogi do wyjścia, gdy w głowie zaświeciła jej pewna myśl, więc wróciła.
Tak, jak głosiły plotki, w szufladzie nad skrzynką na torebki-reklamówki leżał wielki czarny rewolwer z długą lufą. Wzięła go do ręki, ostrożnie odwracając lufę od ciała i próbowała tak długo, aż odkryła, jak odchylić bębenek. Rewolwer załadowany był sześcioma wielkimi pociskami.
Suzy nie była zachwycona tym, że trzyma go w ręku. Jej ojciec miał broń i przy tych nielicznych okazjach, kiedy go odwiedzała, ostrzegał ją zawsze, żeby trzymała się od niej z daleka i nigdy nie próbowała jej nawet dotykać. Ale broń była dla ochrony, a nie do zabawy, nie miała ochoty bawić się nią, nie, na pewno. W każdym razie wątpiła, by udało się jej w coś trafić.
— Nigdy nie wiadomo — powiedziała sobie. Włożyła rewolwer do brązowej papierowej torby, położyła na wózku i poszła korytarzem, obok ubrania właściciela, przez drzwi, na ulicę.
Zapasy złożyła w przedpokoju. Przez chwilę stała nieruchomo, trzymając w obu rękach kartony mleka, i próbowała się zdecydować, czy ma je włożyć do lodówki. — Inaczej nie wytrzyma — powiedziała głośno wielce praktycznym tonem. — O Boże — dodała, drżąc gwałtownie.
Odłożyła pojemniki i skuliła się, przyciskając dłonie do boków, a kiedy zamknęła oczy, zobaczyła wszystkie kuchnie we wszystkich domkach w Brooklynie, wypełnione ubraniami i znikającymi ciałami. Oparta o poręcz schodów schowała głowę w ramiona.
— Suzy, Suzy — szepnęła. Po czym westchnęła głęboko, wyprostowała się i podniosła kartony. — Idziemy — powiedziała z wymuszoną pogodą.
Brązowa zasłona znikła, zostały tylko dziury w ścianie. Dziewczyna otworzyła lodówkę, schowała mleko na najniższą półkę i sprawdziła, co może sobie zrobić na kolacje.
Ubrania nie wyglądały dobrze, nie powinny tak tutaj leżeć. Wzięła z kąta miotłę i dźgnęła nią ubranie matki, żeby sprawdzić, czy coś nie ukrywa się w jego fałdach. Nic. Podniosła je w dwóch palcach. Koszulka i majtki spadły na podłogę, w majtkach leżała jeszcze biała, czysta podpaska. Coś błysnęło koło kołnierzyka. Pochyliła się, żeby to coś obejrzeć. Małe nieregularne bryłki szarego i złotego metalu? Odpowiedź wpadła jej do głowy bardzo szybko, wymyślona z tą spowodowaną strachem błyskotliwością, do której Suzy nie była wcale przyzwyczajona. Plomby. Plomby i złote koronki.
Zebrała ubrania i wsadziła je do kosza z praniem, stojącego na tylnym ganku. To tyle, pomyślała. Żegnajcie mamo, Kenie, Howardzie.
Pozamiatała podłogę, podmiotła plomby i kurz (nie znalazła ani jednego nieżywego karalucha, co było doprawdy niezwykłe) i wysypała wszystko do kosza na śmieci za lodówką.Tylko ja zostałam, pomyślała, kiedy skończyła pracę. Tylko ja jedna zostałam w Brooklynie. Nie zachorowałam.
Stanęła przy stole, z namysłem gryząc jabłko.
— Dlaczego?
— Ponieważ — odpowiedziała na własne pytanie, obracając się wokół i sprawdzając, czy nic strasznego nie czai się po kątach — jestem tak piękna, że diabeł chce mnie wziąć za żonę.
— W ciągu ostatnich czterech dni — mówił Paulsen-Fuchs — kontakt z większą częścią kontynentu północnoamerykańskiego został przerwany. Etiologia tej zarazy nie jest nam dokładnie znana, ale najwyraźniej przenosi się ona wszelkimi znanymi epidemiologom drogami… a także tymi nieznanymi. Materiały pana Bernarda wskazują, że powodujące chorobę mikroorganizmy same w sobie są inteligentne i zdolne do zmian.
Goście w komorze obserwacyjnej: najwyżsi rangą pracownicy Pharmeku i przedstawiciele rządów czterech europejskich krajów siedzieli na składanych krzesełkach. Twarze mieli nieruchome. Paulsen-Fuchs stał odwrócony tyłem do trzywarstwowego okna, patrząc w oczy gościom z Francji i Danii. Odwrócił się i wskazał Bernarda, który siedział za biurkiem i lekko stukał palcami w blat. Rękę miał gęsto pociętą białymi liniami.
— W sposób wielce ryzykowny i nieco lekkomyślny pan Bernard przybył do Niemiec Zachodnich, żeby dostarczyć nam obiektu do badań. Jak państwo widzicie, laboratorium to jest wystarczająco dobrze wyposażone, by odizolować pana Bernarda od zewnętrznego świata. Nie istnieje potrzeba przeniesienia go do innego laboratorium lub szpitala. W rzeczywistości mogłoby to być nawet bardzo niebezpieczne. Jesteśmy jednak otwarci na wszystkie płynące z zewnątrz sugestie dotyczące naukowego podejścia do tego zagadnienia.
Mówiąc szczerze, sami na razie nie wiemy, jakie eksperymenty przeprowadzić. Pobrane od pana Bernarda próbki tkanki wskazują na to, że zaraza, jeśli w ogóle powinniśmy używać tego słowa, rozszerza się gwałtownie w jego ciele, nie upośledzając jednak żadnych jego funkcji. W rzeczywistości pan Bernard twierdzi, że — pomijając pewne szczególne symptomy, o których za chwile — nigdy w życiu nie czuł się lepiej. A jednak jest oczywiste, że jego anatomia uległa poważnym zmianom.
Читать дальше