Do Pharmeku prowadziła wąska, dwupasmowa droga, biegnąca wśród łąk. Przez grube szyby Bernard mógł widzieć pas. Poczerniały szkielet jego samolotu zapadł się w bezkształtną kupkę. Płomienie ciągle biły wysoko w rozświetlone niebo letniego poranka.
Ogień wydawał się pożerać wszystko.
Hainz Paulsen-Fuchs spojrzał na wyświetloną na monitorze jego telefonu listę rozmów, które musi przyjąć. Już się zaczęło. Szukali go ludzie z Bundesumweltamt, Biura Nadzoru Ochrony Środowiska i Bundesgesundheistamt, Ministerstwa Zdrowia. Wyżsi urzędnicy federalni z Frankfurtu i Wiesbaden także się nim interesowali.
Odwołano wszystkie loty z i do Stanów Zjednoczonych. W ciągu kilku godzin czynniki oficjalne zastukają do jego drzwi. Przed ich przyjazdem musi usłyszeć wyjaśnienia Bernarda.
Nie po raz pierwszy Paulsen-Fuchs żałował, że bez wahania śpieszy na pomoc przyjacielowi. Nie była to najmniejsza z jego wad, jeden z najwybitniejszych przemysłowców powojennych Niemiec był wciąż jeszcze sentymentalny i miał miękkie serce dziecka.
Włożył przezroczysty płaszcz przeciwdeszczowy i ostrożnie ulokował beret na swych kręconych siwych włosach. Już po chwili oczekiwał w drzwiach na pokrytego kroplami deszczu citroena.
— Dzień dobry, Uwe — pozdrowił otwierającego mu drzwiczki szofera. — Obiecałem to Richardowi. Przechylił się ponad siedzeniem i podał trzy książki, kryminały, kierowcy. Jego dwunastoletni syn Richard, podobnie jak sam Paulsen-Fuchs, z upodobaniem czytał powieści sensacyjne.
— A teraz jedź — dodał Paulsen-Fuchs. — Jeszcze szybciej niż zwykle.
— Mam nadzieję, że mi wybaczysz to, że nie czekałem na ciebie na pasie — powiedział Paulsen-Fuchs Bernardowi. — Byłem tutaj, przygotowując się na twój przyjazd… a później mnie odwołano. Mój rząd już zaczął zadawać pytania. Dzieje się coś bardzo poważnego. Jesteś tego świadomy? Bernard podszedł do okna z grubego, trzywarstwowego szkła. Okno oddzielało laboratorium od przylegającej do niego komory obserwacyjnej. Podniósł w górę rękę, poznaczoną krzyżującymi się białymi liniami i powiedział:
— Jestem zarażony.
Oczy Paulsen-Fuchsa zwęziły się, dwa palce prawej ręki powędrowały do policzka.
— Najwyraźniej nie tylko ty, Michael. Co się dzieje w Ameryce?
— Nie miałem żadnych wiadomości od chwili startu.
— Wasze CDC w Atlancie wydało instrukcje na wypadek zagrożenia. Wstrzymano wszystkie loty krajowe i zagraniczne. Plotki mówią, że nie ma łączności z niektórymi miastami, radiowej i telefonicznej. Wydaje się, że panuje chaos. A teraz ty: przylatujesz, palisz samolot na naszym pasie i robisz wszystko, by się upewnić, że jesteś jedyną istotą z twego kraju, która przetrwa w naszym. Wszystko inne sterylizujesz. Jak mam to rozumieć, Michael?
— Paul, są kroki, które muszą podjąć wszystkie kraje. Musicie objąć kwarantanną najświeższych przybyszów ze Stanów Zjednoczonych, Meksyku… być może całej Ameryki Północnej. Nie mam pojęcia, jak szybko to się rozszerza, ale najwyraźniej bardzo szybko.
Tak, nasz rząd już nad tym pracuje. Tylko ta biurokracja…
— Obejdź biurokrację. Odetnijcie wszystkie fizyczne kontakty z Ameryką.
— Nie mogę im tego nakazać, po prostu mówiąc, że…
— Paul — przerwał mu Bernard, raz jeszcze podnosząc rękę — mam przed sobą może tydzień, mniej, jeśli to, co mówisz, jest zgodne z prawdą. Powiedz twojemu rządowi, że to coś więcej niż tylko wyciek. W teczce są wszystkie najważniejsze dane. Jak tylko złapię parę godzin snu, będę chciał pogadać z twymi najlepszymi biologami. Chcę, żeby przed rozmową przejrzeli te dane. Włożę dyskietki mojego komputera. Teraz nie mogę ci powiedzieć nic więcej. Jeśli zaraz nie pójdę spać, to się przewrócę.
— Dobrze, Michael. — Paulsen-Fuchs spojrzał na niego smutno. Twarz przecięły mu głębokie, wywołane strachem bruzdy. — Czy zdarzyło się coś, co mogliśmy przewidzieć?
Bernard myślał przez chwilę.
— Nie. Nie sądzę.
— A więc tym gorzej. Zaraz wszystko przygotuję. Przekaż dane. Spij.
Paulsen-Fuchs wyszedł. Wyłączono światło w komorze obserwacyjnej.
Bernard obszedł z wolna dziewięć metrów kwadratowych swego nowego domu. Laboratorium wybudowano na początku lat osiemdziesiątych w celu przeprowadzania eksperymentów genetycznych, które uważano wtedy za potencjalnie niebezpieczne. Znajdowało się w komorze ciśnieniowej o podwyższonym ciśnieniu powietrza, jakiekolwiek uszkodzenie spowodowałoby nie jego ucieczkę, lecz wtłaczanie. Komora ciśnieniowa mogła być w każdej chwili spryskana kilkoma rodzajami środków dezynfekujących, a umieszczono ją wewnątrz drugiej komory, próżniowej. Wszystkie przewody elektryczne i łącza mechaniczne przechodzące przez komory zanurzone były w środkach dezynfekujących. Powietrze i odpadki sterylizowano wysoką temperaturą i poddawano kremacji. Każda pobrana z wnętrza próbka badana była w sąsiednim, identycznie zabezpieczonym laboratorium. Od tej chwili aż do momentu, w którym rozwiąże problem — lub umrze — nic pochodzącego z jego ciała nie zetknie się z żadną żywą istotą z zewnątrz.
Ściany pomalowane były na neutralny, jasnoszary kolor. Światło pochodziło z lamp fluorescencyjnych, umieszczonych na ścianach w pionowych rzędach i trzech dużych, wmontowanych w sufit lamp. Można je było włączać zarówno z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Podłogę wyłożono zwykłymi czarnymi płytkami. Pośrodku pokoju, wyraźnie widoczne z dwóch przeciwległych komór obserwacyjnych, stało proste krzesło i zwykłe biurko, a na biurku monitor komputerowy wysokiej rozdzielczości. W jednym rogu czekało na Bernarda proste, lecz wyglądające na całkiem wygodne łóżko, na którym nie było ani prześcieradła, ani koców. Przy stalowej osłonie włazu stała komoda. Widoczny na jednej ze ścian duży prostokąt osłaniał pokrywę włazu towarowego przeznaczonego, jak przypuszczał, przede wszystkim dla mechanicznych analizatorów. Całość uzupełniała sofa i toaleta-prysznic, wyglądająca tak, jakby wymontowano ją w całości z samolotu lub samochodu kempingowego.
Wziął do ręki czekające na niego spodnie i koszulę i potarł materiał palcami. Czasy skromności i prywatności minęły. Nie był już osobą prywatną. Wkrótce owiną go przewodami, zbadają, wezwą lekarzy i w ogóle potraktują jak laboratoryjne zwierzę.Bardzo dobrze, pomyślał rzucając się na łóżko. Zasłużyłem na to. Zasłużyłem na wszystko, co mnie jeszcze spotka. Mea culpa.
Obrócił się na drugi bok i zamknął oczy.
W uszach słyszał śpiew swego pulsu.
Brooklyn Heights
— Mamo? Howard? — Suzy McKenzie otuliła się błękitnym flanelowym szlafroczkiem, który dostała w prezencie od swego chłopaka przed miesiącem, na osiemnaste urodziny i na bosaka podreptała korytarzem. Oczy miała zapuchniete od snu. — Ken? Zazwyczaj budziła się ostatnia. „Opóźniona Suzy” — tak nazywała najczęściej samą siebie, uśmiechając się przy tym tajemniczym, wszystkowiedzącym uśmiechem.
W sypialni nie trzymała zegarków, ale po wysokości słońca rozpoznała, że musi już być po dziesiątej. Drzwi sypialni były zamknięte.
— Mamo? — Zapukała do pokoju matki. Żadnej odpowiedzi.
Z pewnością któryś z braci już wstał.
— Kenneth? Howard? — Zawróciła pośrodku korytarza, aż zaskrzypiały deski podłogi. Przekręciła klamkę i sypialnia mamy stanęła otworem. — Mamo?
Читать дальше