— …i rozszerzającej się w alarmującym tempie. — Tak — stwierdził Yng — ale co może zdziałać CDC? To się już przecież rozprzestrzeniło. Być może na cały kontynent.
— Nie — zaprzeczył Harrison. — Nie aż tak. Vergil nie stykał się z tak wielką ilością ludzi. Pewnie to coś ogranicza się do południowej Kalifornii. — Stykał się z nami — stwierdził smutno Yng. — Czy według ciebie jesteśmy już zarażeni?
— Tak — odpowiedział Bernard.
— A czy sami możemy coś z tym zrobić?
Bernard udawał, że się namyśla, a później zdecydowanie zaprzeczył. — Wybaczcie, panowie — powiedział — ale przed ogłoszeniem oświadczenia będziemy mieli sporo roboty.
Opuścił pokój i poszedł galeryjką do schodów. Na frontowej ścianie zachodniego skrzydła wisiał automat. Włożył kartę kredytową w szczelinę nad telefonem i zadzwonił do swego biura w Los Angeles.
— Mówi Bernard — powiedział. — Niedługo zabiorę samochód na lotnisko w San Diego. Czy możecie skontaktować się z George’em?
Sekretarka zadzwoniła w kilka miejsc i w końcu zlokalizowała George Dilmana, mechanika Bernarda i, czasami, jego pilota.
— George’a, przepraszam za ten pośpiech, ale to dość pilne. Samolot z paliwem musi być gotowy za półtorej godziny.
— Dokąd tym razem? — George był przyzwyczajony do wykonywania długich lotów bez uprzedzenia.
— Europa. Za pół godziny dam ci znać, żebyś mógł wypełnić plan lotu.
— To do pana niepodobne, doktorze.
— Półtorej godziny, George.
— Będę gotowy.
— Lecę sam.
— Doktorze, lepiej…
— Sam, George.
George westchnął z dezaprobatą.
— W porządku.
Bernard odwiesił słuchawkę i zaraz podniósł ją z powrotem. Wykręcił dwudziestosiedmiocyfrowy numer, zaczynający się jego prywatnym kodem satelitarnym, a kończący szyfrem. Kobiecy głos odpowiedział mu po niemiecku.
— Doktor Heinz Paulsen-Fuchse, bitte.
Kobieta nie zadawała pytań. Doktor i tak będzie rozmawiał z każdym znającym ten numer. Po kilku minutach był już przy telefonie. Bernard rozglądał się zaniepokojony, zdał sobie nagle sprawę z tego, jakie ponosi ryzyko. Ktoś może go przypadkiem zobaczyć!
— Paul, mówi Michael Bernard. Muszę cię prosić o wielką grzeczność. — Herr Doktor Bernard, chętnie pomożemy, zawsze bardzo chętnie. Co mogę dla pana zrobić?
— Czy ma pan w Wiesbaden laboratorium w pełni odizolowane od świata, które mógłby pan przygotować w ciągu jednego dnia?
— A po co? Wybacz, Michael, to niedobry czas na pytania?
— Nie najlepszy.
— Jeśli to coś poważnego, to myślę, że tak.
— Dobrze. Potrzebuję tego laboratorium i potrzebuję pasa startowego należącego do B.K. Pharmek. Po wyjściu z samolotu muszę mieć do natychmiastowego użytku kombinezon i jako transport ciężarówkę z izolacją biologiczną. Później zniszczycie mój samolot na pasie, a cały teren zdezynfekujecie. Będę twym gościem… jeśli można użyć tego słowa… przez czas nieokreślony. Laboratorium powinno być wyposażone tak, żebym mógł w nim mieszkać i pracować. Potrzebny mi będzie komputer z pełnym wyposażeniem.
— Ty rzadko pijesz, Michael, i nigdy nie miałeś kłopotów z głową, przynajmniej wtedy, kiedy byliśmy razem. To brzmi całkiem poważnie. Co się pali, Michael? Może wyciek z laboratorium…
Bernard zastanawiał się przez chwilę, jakim cudem Pul-sen-Fuchs odkrył, że pracuje teraz w inżynierii genetycznej. A może nic nie wiedział? Może się tylko domyśla?
— Sprawa jest poważna, Herr Doktor. Czy może mi pan wyświadczyć tę przysługę?
— Czy wszystko zostanie wyjaśnione?
— Tak. Zarówno pan jak i pański naród możecie tylko zyskać, dowiadując się o tym wcześniej.
— To nie błahostka, Michael. Bernard poczuł przypływ irracjonalnego gniewu.
— W porównaniu z tym wszystko inne jest błahostką, Paul.
— A więc będziemy przygotowani. Możemy się ciebie spodziewać…?
— W ciągu dwudziestu czterech godzin. Dziękuje, Paul. Odwiesił słuchawkę i spojrzał na zegarek. Wątpił, czy ktokolwiek w Genetronie zdaje sobie sprawę ze skali nadchodzących wydarzeń. Wprawdzie sam nie potrafił sobie tego wyobrazić, jednego był jednak pewien. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin od chwili zawiadomienia CDC przez Harrisona kontynent amerykański zostanie całkowicie odizolowany od świata — niezależnie od tego, czy czynniki oficjalne uwierzą w to, co się im powie, czy też nie uwierzą. Wystarczą słowa-klucze: „plaga”, „laboratorium inżynierii genetycznej”. Akcja ta będzie oczywiście w pełni usprawiedliwiona, lecz wątpił, by okazała się skuteczna. Przyjdzie czas i na drastyczniejsze środki.
Nie miał ochoty przebywać w Stanach, kiedy to wszystko już się zacznie. Z drugiej strony nie miał jednak zamiaru wziąć na siebie odpowiedzialności za rozniesienie zarazy. A więc ofiaruje się jako królik doświadczalny najlepszej firmie farmaceutycznej w Europie.
Umysł Bernarda pracował tak, że nigdy nie pozostawiał miejsca na wątpliwości i zastanawianie się nad sensem raz podjętych decyzji, a przynajmniej nie w pracy. W sytuacji zagrożenia, gdy trzeba było działać szybko, błyskawicznie, znajdował jedno wyjście, i z reguły było ono słuszne. Inne, rezerwowe rozwiązania czekały sobie w tle, nie przeszkadzając i nie narzucając się, a on działał. Tak bywało w sali operacyjnej, tak było i teraz. Czasami ten talent budził w nim żal, czasami Bernard czuł się jak jakiś cholerny robot, obdarzony przekraczającą wszelkie granice pewnością siebie. Ale to tej zdolności zawdzięczał sukcesy, pozycję w badaniach neurofizjologicznych i szacunek, jakim cieszył się wśród kolegów po fachu i wśród zwykłych ludzi.
Wrócił do pokoju konferencyjnego i zabrał teczkę. Samochód, jak zwykle, czekał już zapewne na parkingu Genetronu, a kierowca czytał lub grał w szachy z kieszonkowym komputerkiem.
— Gdybyście mnie potrzebowali, będę w biurze — powiedział Harrisonowi. Yng stał nieruchomo, wpatrując się w pustą białą tablicę. Ręce założył na kark. — Właśnie zawiadomiłem CDC — poinformował go Harrison. — Oddzwonią z instrukcjami.
Już wkrótce będzie o tym wiedział każdy szpital w okolicy. Kiedy zamkną lotnisko? Jak skutecznie działają?
— Informujcie mnie — powiedział i wyszedł.
Przez chwilę zastanawiał się, co jeszcze zabrać ze sobą. Chyba już nic. Ma w teczce komplet kopii z dyskietek Ulama. Ma we krwi komplet jego mikroorganizmów.
Na jakiś czas uchroni go to przed nudą.
Ludzie. Zawiadomić kogoś?
Którąś z trzech żon? Nie wiedział nawet, gdzie mieszkają. Jego księgowy wysyłał im alimenty. W żaden praktyczny sposób…
Kogoś, kto go naprawdę obchodzi? Kogoś, kogo obchodzi on?
Po raz ostatni widział Paulette w marcu. Rozstali się po przyjacielsku. Wirowali wokół siebie jak księżyc i planeta, tak naprawdę nigdy się nie stykając. Paulette nie chciała być księżycem, i słusznie. Radziła sobie doskonale z własną karierą zawodową: była głównym cytotechnikiem Cetus Corporation w Palo Alto.
Teraz, gdy o tym pomyślał, doszedł do wniosku, że to zapewne ona wspomniała jego nazwisko Harrisonowi z Genetronu. Już po tym, jak się rozstali. Bez wątpienia sądziła, że bardzo obiektywnie i bardzo fair pomogła wszystkim zainteresowanym stronom. Nie mógł jej za to winić. Ale nie znalazł w sobie uczucia, które kazałoby mu zadzwonić do niej z ostrzeżeniem.
Nie byłoby to po prostu praktyczne.
Syn nie odzywał się od pięciu lat. Był na stypendium badawczym gdzieś w Chinach.
Читать дальше