Bernard odrzucił ten pomysł.
Być może wcale nie potrzebuję komory izolacyjnej, pomyślał. Wygląda na to, że i tak jestem cholernie dokładnie odizolowany od świata.
Przeżyli… ale niewiele brakowało. W ciągu kilku minut Edward osłabł do tego stopnia, że nie mógł się poruszać. Patrzył, jak Gail dzwoni do jego rodziców, do szpitali, do szkoły. Oszalała niemal ze strachu, że mogła zarazić uczniów. Wyobraził sobie, jak rozchodzi się fala plotek, jak powtarzają je ludzie. Panika. Lecz Gail osłabła, zaczęła tracić świadomość i w końcu położyła się obok niego, w łóżku.
Przeklinała i walczyła, jak koń, próbujący powstać mimo złamanej nogi. Nie mogła zwyciężyć.
Ostatkiem sił przytuliła się do niego i leżeli skąpani w pocie, obejmując się na wzajem. Oczy miała zamknięte, twarz białą jak kreda. Wyglądała jak leżący w kostnicy trup. Przez dłuższy czas Edward był pewien, że umarła i, choć tak chory, wściekał się, nienawidził, czuł przejmujący żal spowodowany własną słabością, tym, że zbyt późno zrozumiał, co się może stać. A później przestało go to już obchodzić. Zbyt słaby, by mrugać, zamknął oczy i czekał.
W rękach i nogach czuł pulsowanie. Rytm. Z każdym uderzeniem serca przenikał go dźwięk, jakby grała orkiestra tysiąca muzyków, choć nie unisono, jakby muzycy odgrywali wszystkie symfonie świata. Pieśń we krwi. Wrażenie mijało, fale pieśni cichły, by po chwili rozdzielić się w harmonijne dźwięki.
Dźwięki zlały się w jedno bicie serca.
Żadne z nich nie wiedziało, jak szybko biegnie czas. Mogły minąć dni, nim odzyskał siły na tyle, by pójść do łazienki i odkręcić kran. Pił, aż napełnił żołądek. Przyniósł wodę Gail, podniósł jej głowę, przyłożył szklankę do ust. Wargi miała spękane, oczy przekrwione i podkrążone, ale jej skóra zaczynała nabierać koloru. — Kiedy umrzemy? — zapytała chrypliwym szeptem. — Chcę się do ciebie przytulić, kiedy będziemy umierać.
Kilka minut później miał już tyle sił, że pomógł jej przejść do kuchni. Obrał i podzielił pomarańczę; czuł, jak cukier, sok i kwas spływają mu przełykiem do żołądka.
— Gdzie są ludzie? — spytała Gail. — Dzwoniłam do szpitala, do przyjaciół. Gdzie są?Uczucie harmonijnej pieśni powróciło, uderzenia łączyły się w możliwe do rozpoznania tony, tony rosły, zlewały się w znaczenia i nagle… Czy NIEWYGODA? — Tak.
Odpowiedział automatycznie, w ten sam sposób, w jaki zadane zostało pytanie, jakby tego się właśnie spodziewał, jakby był przygotowany na długą rozmowę.
CIERPLIWOŚĆ. Są trudności.
— Co? Nie rozumiem. Odrzut. Konflikt. Trudności.
— Więc zostawcie nas w spokoju! Wynoście się! Niemożliwe. Zbyt ZINTEGROWANI.
Nie wyzdrowieli. Nie tak, by pozbyć się choroby. Uczucie powracającego zdrowia było iluzją. Krótko, mówiąc tyle, na ile pozwalały mu siły, próbował wytłumaczyć Gail, czego doświadczali.
Gail z wysiłkiem wstała z krzesła i podeszła do okna. Stała tam na drżących nogach, patrząc na ogródki i na inne domy.
— A co z ludźmi? — zapytała. — Też zachorowali? I dlatego tu nie przyszli?
— Nie wiem — odpowiedział. — Może już wkrótce?
— Czy oni… choroba… czy ona do ciebie mówi?
Przytaknął.
— A więc nie oszalałam. Przeszła powoli przez pokój. — Już niedługo nie będę mogła się poruszać. A ty? Może moglibyśmy uciec?
Ścisnął jej rękę i potrząsnął głową.
— One są w środku. Teraz są już częścią nas. Są nami. Gdzie moglibyśmy uciec?
— Więc kiedy już nie będziemy mieli sił, by chodzić, chcę położyć się z tobą do łóżka. I chcę, żebyś mnie przytulił.
Położyli się do łóżka. I przytulili do siebie.
— Eddie…
Był to ostatni dźwięk, jaki słyszał. Próbował sprzeciwu, ale przewaliły się przez niego fale spokoju i mógł już tylko odbierać wrażenia. Unosił się na falach błękitnofioletowego morza, a ponad morzem jego ciało zostało rozpięte jak mapa nieskończoną płaszczyzną. Nakreślono na niej dzieła noocytów tak, że śledził ich postępy bez najmniejszego kłopotu. Było jasne, że sam jest noocytem w stopniu znacznie większym, niż przypuszczał.
— Co się z nami stanie? Koniec z PORUSZANIEM SIĘ.
— Czy umieramy? Zmieniacie się.
— A jeśli nie chcemy się zmienić? Nie będzie BÓLU.
— A strach? Czy nie wolno nam nawet się bać? Błękitnofioletowe morze rozpłynęło się wraz z mapą w ciepłej ciemności.
Miał mnóstwo czasu na myślenie, lecz brakowało mu informacji. Czy Vergil doświadczał właśnie tego? Nic dziwnego, że wydawał się szalony. Zwrócony ku swemu wnętrzu, żyjący w obu światach na raz, a w żadnym prawdziwie. Poczuł zbliżające się ciepło. Bliskość, narzucona obecność. — Edwardzie…
— Gail. Słyszę cię. Nie, nie słyszę…
— Edwardzie, powinnam być przerażona. Chcę czuć gniew, lecz. go nie czuję.
Bez znaczenia.
— Precz! Edwardzie, chcę walczyć…
— Zostawcie nas, proszę, zostawcie nas! CIERPLIWOŚCI. Trudności.
Spłynął na nich spokój i po prostu cieszyli się wzajemną obecnością. Edward czuł obok siebie nie fizyczny kształt Gail, nie swój własny obraz jej osobowości, lecz coś znacznie bardziej przekonującego, posiadającego wszystkie cechy i szczegóły prawdy, pełnego, lecz nigdy nie doświadczonego.
— Ile czasu minęło?
— Nie wiem. Zapytaj ich.
Odpowiedzi nie było.
— Powiedziały ci?
— Nie. Nie sądzę, żeby wiedziały, jak trzeba rozmawiać z nami naprawdę… jeszcze nie. Może to tylko halucynacje? Vergil miał halucynacje, może po prostu naśladuję jego sny w gorączce?
— Powiedz mi, kto tu kogo śni. Czekaj. Coś nadchodzi. Widzisz to?
— Nie widzę nic… ale czuję.
— Opisz mi.
— Nie potrafię.
— Edwardzie, coś się dzieje. Z wahaniem:
— To jest piękne.
— Jest bardzo… nie, chyba nie przerażające. Zbliża się. Nie KRZYWDA. Nie BÓL. Teraz uczyć się, przyzwyczajać.
Nie była to halucynacja, lecz coś nie dającego się wyrazić słowami. Kiedy nadeszło, Edward poddał się bez walki.
— Co to jest?
— Chyba to, gdzie znajdziemy się na dłuższy czas.
— Bądź przy mnie!
— Oczywiście.
Nagle trzeba było zrobić wiele i na wiele się przygotować.
Edward i Gail zlali się w jedno. Ciało przeniknęło przez ubrania, skóra zrosła się w miejscach, w których się obejmowali i w zetkniętych wargach…
Bernard był bardzo dumny ze swojego falcona 10, którego kupił w Paryżu od prezesa zbankrutowanej firmy komputerowej. Cieszył się tym eleganckim odrzutowcem przez trzy lata. Nauczył się pilotażu i otrzymał licencję w ciągu trzech miesięcy od pierwszego, jak nazwał to jego instruktor, „siedzącego” startu. Z uczuciem dotknął jednym palcem czarnej deski rozdzielczej, przesunął kciukiem po jej drewnianej obudowie. Szczególne, spośród tego, co zostawił za sobą i tego, co traci, wybrał jako coś ważnego ten trwały samolot. Wolność, sukces, prestiż… Jasne, że w ciągu następnych kilku tygodni, jeśli dane mu będzie tyle czasu, oprócz ciała zmieni się jeszcze wiele rzeczy. Będzie musiał pogodzić się jakoś ze swą kruchością, ze swą przemijalnością.
Na La Guardia zatankował nie wychodząc z kokpitu. Instrukcje dostał przez radio, podkołował do wskazanego hangaru, wyłączył silnik. Mechanicy zrobili swoje szybko i sprawnie, plan dalszego lotu uzgodnił z wieżą bez kłopotów. Nie musiał dotykać ludzi, nie oddychał nawet tym samym powietrzem, którym oddychali inni.
Читать дальше