Zdecydowanie za dużo czasu minęło, nim zorientował się, że niemal wpadł w pułapkę.
Spojrzał w okno i wstał, by podnieść żaluzje. Rozległ się cichy trzask i mógł już zobaczyć pagórek, czarny sześcian i w tle na niebie przewiewane wiatrem chmury.
Wyczuwał zbliżające się nieszczęście. Co za ironia, czarny gmach nie będzie w nie wplątany, lecz nawet jeśli Vergil Ulam nie poruszyłby lawiny, to i tak ten oddział Genetronu zrobiłby to w końcu za niego.
Ulam został wyrzucony z pracy tak nagle i skazany na niebyt tak skutecznie nie dlatego, że pracował byle jak, lecz dlatego, że zbliżył się niebezpiecznie do tematyki badań wojskowych. Tam, gdzie inni bez przerwy potykali się i mylili, on odniósł sukces. Mimo żmudnych studiów, prowadzonych nad jego notatkami (z których zrobiono liczne kopie), nie udało się powtórzyć tego sukcesu.
Właśnie wczoraj Harrison burknął, że to powodzenie Ulam musiał zawdzięczać w wielkim stopniu przypadkowi. Wszyscy wiedzieli, dlaczego teraz tak mówi.
Vergilowi niemal udało się odejść z Genetronu wraz z rezultatami badań, wystawiając firmę i rząd na sztych. Ci z góry nie mogli się z tym pogodzić i nie mogli mu ufać.Popełniono podstawowy błąd. Nigdy nie powinien był dostać tej pracy. Ze względów bezpieczeństwa.
Więc go wyrzucono i załatwiono.
A teraz Vergil wrócił, by straszyć. Teraz już nie można go zlekceważyć.
Bernard przeczytał papiery jeszcze raz, bardzo uważnie i zadał sobie pytanie, jak wycofać się z tego bałaganu z możliwie jak najmniejszymi stratami.
Ale… czy powinien się w ogóle wycofywać? Ci tutaj okazali się takimi durniami, więc może jego doświadczenie, a przynajmniej umiejętność jasnego myślenia, będą teraz jeszcze potrzebniejsze?
Nie miał wątpliwości, że potrafi myśleć jaśniej niż Harrison i Yng.
Tylko że w Genetronie miał być wyłącznie figurantem. Jakie ma wpływy. Już? Teraz?Opuścił żaluzje i przekręcił dźwignię, która je zamykała, podniósł słuchawkę i zadzwonił do Harrisona. — Tak?
— Tu Bernard. — Słucham cię, Michael.
— Zaraz zadzwonię do Ulama. Powinniśmy go sprowadzić. Dzisiaj. Szykuj ludzi, tych z armii też.
— Michael, to…
— Nie możemy go tam zostawić. Harrison zawahał się.
— Dobrze. Zgoda.
— To zabieraj się do roboty.
Edward zjadł lunch w „Jack-in-the-Box”. Po jedzeniu przez chwile siedział w przeszklonej sali, trzymając łokieć na parapecie i patrząc na uliczny ruch. Coś było zdecydowanie nie tak tam, w Genetronie. Wiedział, że może bezwzględnie polegać na swych co silniejszych przeczuciach. Jakaś cześć jego mózgu, zajmująca się zbieraniem drobnych obserwacji i katalogowaniem maleńkich detali, dodawała czasem dwa do dwóch otrzymując w rezultacie kłopotliwe pięć. I nagle…co za cud! Jedna z dwójek okazywała się w rzeczywistości trójką, tylko przedtem jakoś wcale tego nie zauważał.
Bernard z Harrisonem skrywali jakiś znamienny fakt. Genetron nie tylko pomagał swemu byłemu pracownikowi, który nabawił się kłopotów zawodowych. I nie tylko szykował się, by wykorzystać szansę związaną z przełomem w nowych badaniach. Ale nie działali zbyt szybko, bo to mogłoby obudzić podejrzenia, a może też z braku wystarczających środków.
Skrzywił się z wysiłku i spróbował wyrwać łańcuch przyczyn i skutków z glinianej matrycy, w której ten łańcuch utkwił, by obejrzeć go ogniwo po ogniwie. Bezpieczeństwo. Bernard wspomniał coś o bezpieczeństwie. Przy okazji Candice. Może chodziło mu po prostu o bezpieczeństwo firmy, może bał się szpiegostwa przemysłowego, które zmieniło wszystkie laboratoria przy North Torrey Pines Road w żółwie o stalowych skorupach, niedostępne oczom zwykłych śmiertelników. Ale nie mogło chodzić tylko o to.
Nie mogli przecież być tak głupi i tak ślepi jak Vergil. Musieli wiedzieć, że to, co się z nim dzieje, jest zbyt ważne, by jeden koncern mógł położyć na tym łapę, a później trzymać karty przy orderach.
A wiec skontaktowali się z rządem. Czy jest to usprawiedliwione przypuszczenie? (Być może i on powinien nawiązać kontakt, niezależnie od postępowania Genetronu?) A rząd działał tak szybko, jak umiał, czyli w skali dni i tygodni. Decydował, planował i w końcu pewnie podejmie jakąś akcję. W międzyczasie jednak nikt nie opiekował się Vergilem. Genetron nie ośmieli się działać wbrew jego woli, ponieważ ludzie i tak bardzo podejrzliwie traktują firmy zajmujące się badaniami genetycznymi i każdy skandal grozi czymś więcej niż tylko katastrofą finansową.
A Vergil był sam. Edward znał swego starego przyjaciela wystarczająco dobrze, by wiedzieć, co to oznacza. Nikt nie pilnuje interesu. Vergil jest nieodpowiedzialny. Sam sobie narzucił izolację, siedzi w mieszkaniu (czy aby na pewno?), doznaje umysłowych przeobrażeń i trwa w rodzącej psychozy ekstazie, zachwycony rezultatami swej błyskotliwości.
Edward drgnął zdając sobie sprawę, że jedyną osobą mogącą coś zdziałać jest on sam.
Był ostatnią odpowiedzialną jednostką.
Najwyższy czas, by wrócić do mieszkania Vergila i dopóki nie pojawi się tam ktoś z góry, obserwować przynajmniej rozwój sytuacji.
Jadąc rozmyślał o zmianach. Człowiek jako jednostka może znieść tylko pewną ilość zmian. Ulepszenie, a nawet tworzenie rzeczy radykalnie nowych jest konieczne, ale rezultaty należy stosować ostrożnie, po dokładnym namyśle. Nic na siłę, nic pod przymusem. Oto ideał. Każdy ma prawo być sobą, póki sam nie zdecyduje inaczej.
Cholernie to naiwne!
Vergil dokonał największego odkrycia naukowego od… od… Od kiedy? Brakowało skali porównawczej. Vergil Ulam został bogiem. W swym ciele nosił setki miliardów inteligentnych istot.
Edward nie mógł poradzić sobie z tą myślą. „Neoluddyzm”, mruknął sam do siebie, wstrętne oskarżenie.
Wcisnął guzik domofonu. Vergil odpowiedział niemal natychmiast.
— Tak? — Jego głos brzmiał radośnie, optymistycznie.
— Edward.
— Hej! Wchodź! Biorę kąpiel. Drzwi są otwarte. Edward wszedł do dużego pokoju i poszedł korytarzem do łazienki. Vergil leżał w wannie, zanurzony po szyje w różowym płynie. Na widok przyjaciela uśmiechnął się błędnie i rozpryskał wodę ręką.
— Wygląda, jakbym sobie poderżnął żyły — powiedział cichym, radosnym głosem. — Ale nie martw się, już wszystko dobrze. Przyjadą po mnie z Genetronu. Zabiorą mnie z powrotem. Bernard, Harrison, ludzie z laboratorium, taką małą ciężarówką. Jego twarz pocięta była jasnymi bruzdami, ręce miał pokryte białymi pryszczami.
— Dziś rano rozmawiałem z Bernardem. — Edward był zmieszany.
— O! Dzwonili dopiero co. — Vergil wskazał na łazienkowy domofon i telefon. — Siedzę tu od godziny, może nawet półtorej. Moknę i myślę. Edward usiadł na toalecie. Koło bieliźniarki stała wyłączona z kontaktu lampa kwarcowa.
— Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz? — zapytał zwieszając bezwładnie ramiona.
— Jestem pewien. Jasne. Zabierają syna marnotrawnego, nie tak znów marnotrawnego. Nigdy nie rozumiałem, co to znaczy „marnotrawny”. To samo, co cudowny? [6] Nieprzetłumaczalna gra stów: „prodigal” — marnotrawny i „prodigy” — dziwo, cud, talent.
Ja przecież jestem cudowny. Wracam w wielkim stylu. Od dziś wszystko odbywać się będzie w wielkim stylu.
Ten dziwny, różowy kolor wody nie pochodził chyba od mydła? — Czy to płyn do kąpieli? — zapytał Edward. Do głowy przyszła mu pewna myśl i niemal go sparaliżowała.
Читать дальше