— Do doktora Bernarda — powiedział Edward.
— Doktor Bernard? Wyglądała na zaskoczoną. — Nikt taki u nas nie pracuje.
— Doktor Milligan?
Edward odwrócił się i zobaczył Bernarda wchodzącego przez automatyczne drzwi.
— Dziękuję, Janet — powiedział Bernard recepcjonistce, która natychmiast zajęła się centralką i dodał: — Proszę za mną, doktorze Milligan. W sali konferencyjnej nikt nam nie będzie przeszkadzał.
Wyprowadził Edwarda przez tylne drzwi. Poszli dróżką otaczającą parter zachodniego skrzydła.
Bernard nosił szykowny szary garnitur, pasujący do jego siwiejących włosów. Profil miał ostry i męski, bardzo przypominał Leonarda Bernsteina. Łatwo było odgadnąć, dlaczego prasa poświęcała mu tyle miejsca. Jest pionierem i to w dodatku pionierem fotogenicznym.
— Sprawy bezpieczeństwa traktujemy tu bardzo poważnie — tłumaczył Bernard. — To przez wyroki sądów z ostatnich dziesięciu lat. Idiotyczne. Utracić prawa patentowe, bo na konferencji naukowej ktoś wspomniał, że praca została skończona. Takie rzeczy się zdarzały! Ale czego można oczekiwać po sędziach, którzy nie mają pojęcia, co się właściwie dzieje?
To pytanie było najwyraźniej retoryczne. Edward przytaknął grzecznie i, skierowany gestem gospodarza, wszedł po stalowych schodach na pierwsze piętro. — Widział pan ostatnio Vergila? — zapytał Bernard, otwierając drzwi oznaczone numerem 245.
— Wczoraj.
Bernard wszedł pierwszy i zapalił światło. Kwadratowy pokój miał najwyżej z dziesięć metrów kwadratowych i był oszczędnie umeblowany: okrągły stół, cztery krzesła, wisząca na ścianie tablica.
— Proszę usiąść.
Edward odsunął krzesło. Bernard usiadł naprzeciw niego, opierając łokcie na stole.
— Ulam jest genialny — powiedział. — I ośmielę się stwierdzić, odważny.
— To mój przyjaciel. Bardzo się o niego niepokoję. Bernard podniósł do góry palec.
— Odważny i… cholernie durny. Nigdy nie powinno się dopuścić do tego, co się z nim dzieje. Może i działał pod przymusem, ale to żadne usprawiedliwienie. No… co się stało, to się nie odstanie. Zakładam, że wie pan wszystko.
— Znam fakty. Ciągle jeszcze nie wiem, jak tego dokonał. — My także, doktorze Milligan. To jeden z powodów, dla których przyjmujemy go z powrotem. Dajemy mu prace. I mieszkanie. Dopóki nie rozwiążemy tej zagadki. — Nie powinien pojawiać się publicznie.
— Ma pan racje. Właśnie teraz tworzymy mu laboratorium odizolowane od świata. Ale jesteśmy prywatną firmą i nasze środki są ograniczone.
— Należałoby powiadomić NIH i FDA. Bernard westchnął.
— Tak. Ale jeśli teraz zdarzy się jakiś przeciek, możemy stracić wszystko. Nie mówię o interesach, mówię o całym przemyśle biochipów. Ludzie będą wrzeszczeć wniebogłosy.
— Vergil jest bardzo chory. Fizycznie, umysłowo. Może umrzeć.
— Jakoś mi się nie wydaje, żeby miał umrzeć — stwierdził Bernard. — Ale odbiegamy od tematu.
— A jaki to temat? — spytał Edward gniewnie. — Zakładam, że po cichu pracuje pan dla Genetronu, przynajmniej sądząc z tego, co pan powiedział. Co może zyskać Genetron?
Bernard odchylił się w krześle.
— Potrafię wymyślić bardzo wiele zastosowań dla małych, superscalonych elementów komputerowych opartych na bazie biologicznej. Pan nie? Genetron już ma wielkie osiągnięcia, a prace Vergila to coś zupełnie nowego. — Co pan przewiduje?
Uśmiech Bernarda był jasny, słoneczny i wyraźnie fałszywy. — Doprawdy, niewiele mogę powiedzieć. To będzie rewolucja. Musimy go zbadać w warunkach laboratoryjnych. Musimy przeprowadzić doświadczenia na zwierzętach. Zaczynamy, oczywiście, od samego początku. Tych… tych kolonii Vergila nie można przeszczepić. Są oparte na jego własnych komórkach. Musimy wyprodukować organizmy, które nie wywołają reakcji immunologicznej w innych zwierzętach.
— Jak infekcja?
— Myślę, że są tu pewne podobieństwa. Lecz Vergil nie ma infekcji, nie jest chory w normalnym sensie tego słowa.
— Moje testy wskazują na to, że jest.
— Nie sądzę, by w tym przypadku można było uciekać się do standardowej diagnostyki. A pan?
— Nie wiem.
— Niech pan posłucha — powiedział Bernard, pochylając się w kierunku Edwarda — kiedy ulokujemy tu już Vergila, chciałbym, żeby przyszedł pan pracować do nas. Pańskie doświadczenie może być nam bardzo użyteczne.
Propozycja, zrobiona tak bezwstydnie otwarcie, wstrząsnęła Edwardem.
— A co pan na tym zyska? — zapytał. — Mam na myśli pana osobiście?
— Edwardzie, maszerowałem zawsze w pierwszym szeregu specjalistów w mojej dziedzinie. Nie widzę powodów, dla których nie miałbym pomóc w tej sprawie. Z moją wiedzą o funkcjonowaniu mózgu i systemu nerwowego, biorąc pod uwagę prowadzone przeze mnie badania nad sztuczną inteligencją i neuropsychologią… — Może pan pomóc Genetronowi powstrzymać dochodzenie rządowe? — To niegrzeczne. Bardzo niegrzeczne. I nie fair. — Edward wyczuwał w Bernardzie niepokój, może nawet coś w rodzaju zdenerwowania. — Może i tak. A może zdarzają się znacznie gorsze rzeczy.
— Nie rozumiem.
— Koszmary, panie Bernard.
Oczy Bernarda zwęziły się pod opuszczonymi brwiami. Twarz wykrzywił mu niezwykły grymas, nie pasujący do okładek Timesa, Megi czy Rolling Stone, grymas zaskoczenia i gniewu.
— Nasz czas jest zbyt cenny, by można go było marnować. Zrobiłem tę ofertę w dobrej wierze.
— Niewątpliwie — przytaknął Edward. — Niewątpliwie także chciałbym odwiedzić laboratorium, gdy już tu ściągniecie Vergila. Mimo mej nieuprzejmości i tak dalej.
— Niewątpliwie — powtórzył Bernard automatycznie, nie próbując ukryć swych myśli. Były oczywiste. „Ten facet nigdy nie zagra w mojej drużynie”. Wstali równocześnie. Bernard wyciągnął rękę. Dłoń miał wilgotną, denerwował się tak samo jak Edward.
— Zakładam, że mam utrzymać to wszystko w ścisłej tajemnicy? — Nie jestem pewien, czy możemy tego od pana wymagać. Przecież pan u nas nie pracuje.
— Nie — przytaknął Edward.
Bernard przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, a później skinął głową.
— Odprowadzę pana do wyjścia — powiedział.
— Jest jeszcze jedna rzecz. Czy pan coś wie o kobiecie imieniem Candice?
— Vergil wspominał mi, że tak miała na imię jego dziewczyna…
— Miała czy ma?
— Tak, rozumiem, o co panu chodzi. Może to stanowić pewien problem z punktu widzenia bezpieczeństwa.
— Nie, nie o tym myślałem — powiedział Edward z naciskiem. — Nie o tym.
Bernard studiował grubą zszywkę bardzo dokładnie. Czoło podparł dłonią, podnosił kolejne, urzędowo ostemplowane kartki, przewracał je i krzywił się coraz bardziej.
To, co robiono w czarnym gmachu, jeżyło mu włosy na głowie. Oczywiście nie wiedział wszystkiego, ale jego przyjaciele w Waszyngtonie i tak odwalili kawał wspaniałej roboty. Specjalny kurier dostarczył mu paczkę pół godziny po wyjściu Milligana.
Rozmowa z Edwardem napełniła Michaela Bernarda uczuciem gryzącego wstydu. W młodym doktorze dostrzegł odległy obraz siebie samego sprzed lat. Porównanie nie wypadło za dobrze i to go bolało. Czyżby dobry, stary, słynny Michael Bernard przez ostatnie kilka miesięcy wędrował po świecie w obłoku prawdziwie kapitalistycznych pokus?
Oferta Genetronu wydawała się na początku taka czysta i taka pociągająca. Minimalny udział w badaniach w ciągu pierwszych miesięcy, a później status pioniera i duchowego ojca — taki obraz jego osoby miał zostać użyty w reklamie, celem promocji firmy.
Читать дальше