— Trudno zrozumieć, czym właściwie jest dla nich czas. — powiedział. — Trzy, może cztery dni zabrało im zrozumienie naszego języka, odtworzenie podstawowych, ludzkich pojęć. Potrafisz to sobie wyobrazić? One nic nie wiedziały! Myślały, że jestem Wszechświatem. Ale teraz odkrywają prawdę. Odkrywają mnie. Właśnie teraz. Wstał i przeszedł po beżowym dywanie do zasłoniętego okna z taflowego szkła. Stanął i pomacał niezgrabnie w poszukiwaniu linki. Pociągnął za nią i światło, bijąc z kilku już tylko okien, przecięło czarną otchłań oceanu nocy. — Muszą mieć tysiące badaczy uczepionych moich neuronów. Są cholernie skuteczne, wiesz? Że też jeszcze mnie nie załatwiły. Takie delikatne. Zmieniają. — Szpital — wychrypiał Edward i odchrząknął. — Proszę cię, Vergil. Teraz.
— A w czym do diabła może mi pomóc szpital? Macie jakieś sposoby na kontrolowanie komórek? Przecież są moje! Walcząc z nimi walczycie ze mną.
— Właśnie myślałem, że… — w rzeczywistości ten pomysł dopiero wpadł mu do głowy, oczywisty znak, że zaczyna wierzyć Vergilowi… — aktynomycyna może się związać z DNA i powstrzymać transkrypcje. W ten sposób z pewnością zwolnimy je… i rozpieprzymy tę biologikę, którą opisałeś.
— Jestem uczulony. Aktynomycyna mnie zabije. Edward spojrzał na swe dłonie. Użył już najmocniejszego atutu, był tego pewien.
— Możemy zrobić parę eksperymentów, zbadać ich metabolizm, sprawdzić, czy różnią się od innych komórek. Jeśli wydzielimy ich podstawowe pożywienie, możemy spróbować je zagłodzić. I radioterapia…
— Walcząc z nimi — Vergil odwrócił się powoli w stronę Edwarda — walczycie ze mną.
Stanął pośrodku pokoju wyciągając ręce. Płaszcz rozchylił się, obnażając jego nogi i tułów, szczegóły jednak ukryte były w cieniu.
— Nie jestem pewien, czy chciałbym się ich pozbyć. Nie robią nic złego. Edward z wysiłkiem pokonał uczucie bezradności i spróbował opanować gniew, lecz tylko go podsycił.
— A skąd to możesz wiedzieć?
Vergil potrząsnął głową i podniósł palec.
— Próbują zrozumieć, czym jest przestrzeń. To dla nich trudne. Mierzą odległości stopniem koncentracji związków chemicznych. Mierzą przestrzeń intensywnością smaku.
— Vergil…
— Słuchaj. I myśl. — Vergil powiedział to głosem podnieconym, lecz równym. — Wewnątrz mnie coś się dzieje. Rozmawiają ze sobą za pomocą białek i kwasów nukleinowych, przez płyny, przez membrany. Przystosowują coś, być może wirusy, do przekazywania dłuższych informacji, rysów osobowości, biologiki. Struktury plazmoidalne. To ma sens. Sam je podobnie programowałem. Może właśnie to ten twój komputer uznał za infekcję, wszystkie te nowe informacje, zawarte w mojej krwi. Trajkotanie. Smak innych jednostek. Równi. Nadrzędni. Podwładni.
— Vergil, jeszcze słucham, ale…
— Kolej na mnie, Edwardzie. Jestem ich Wszechświatem. Zdumiała je ta skala. Usiadł i przez dłuższą chwilę siedział spokojnie. Edward kucnął obok fotela i podwinął mu rękaw. Na ramieniu Vergila krzyżowały się gęsto białe linie. — Wzywam karetkę — powiedział sięgając po telefon.
— Nie! — wrzasnął Vergil, prostując się nagle. — Mówię ci, nie jestem chory. Kolej na mnie! W czym mogą mi pomóc? To byłaby farsa!
— Więc co ja tu do diabła robię! — Edward rozzłościł się wreszcie. — Jestem bezradny. Jestem jaskiniowcem, a ty mi przyniosłeś…
— Jesteś przyjacielem — odpowiedział Vergil, wpatrując się w niego nieruchomym wzrokiem. Edward miał nieprzyjemne wrażenie, że obserwuje go więcej niż jedna istota. — Chciałem, żebyś mi dotrzymał towarzystwa. Roześmiał się. — Ale tak naprawdę to chyba wcale nie jestem samotny.
— Muszę zawiadomić Gail — powiedział Edward, podnosząc słuchawkę i wykręcając numer.
— W porządku. Gail. Ale nic jej nie mów.
— Ależ nie. Oczywiście.
Świtało. Vergil chodził po mieszkaniu, bawił się drobiazgami, wyglądał przez okna, powoli i metodycznie przygotowywał sobie jedzenie.
— Wiesz — powiedział. — Mogę już czuć ich myśli.
Siedzący w fotelu w dużym pokoju, wyczerpany i chory z napięcia Edward przyglądał mu się bez przerwy.
— To znaczy, ich cytoplazma ma coś w rodzaju swej własnej woli. Coś w rodzaju podświadomego życia, w przeciwieństwie do rzeczywistości, która otworzyła się przed nimi tak niedawno. Słyszę chemiczny szum nieustannie przyjmowanych i odrzucanych molekuł.
Vergil stanął pośrodku pokoju. Płaszcz miał rozchylony, oczy zamknięte. Wydawało się, że od czasu do czasu zapada w krótkie drzemki. To całkiem możliwe, pomyślał Edward. Cierpi na ataki petit mai Któż może przewidzieć, jakie spustoszenia sieją w jego mózgu limfocyty.
Z kuchennego telefonu Edward jeszcze raz zadzwonił do Gail. Właśnie wychodziła do pracy. Poprosił, by zawiadomiła szpital, powiedziała, że nie może przyjść do pracy, bo zachorował.
— Aha. Mam cię kryć, co? Coś poważnego? Co się dzieje z Vergilem? Nie potrafi już zmienić sam sobie pieluchy?
Edward nie odpowiedział.
— Wszystko w porządku? — zapytała Gail po dłuższej chwili.
W porządku? Z pewnością nie.
— W porządku — odpowiedział.
— Kultura! — krzyknął Vergil, wyglądając zza przepierzenia oddzielającego kuchnie od pokoju. Edward pożegnał się szybko i odwiesił słuchawkę. — Bezustannie kąpią się w morzu informacji. Mnożą informacje. To przecież rodzaj gestaltu. Ich hierarchia jest absolutna. Za komórkami, które nie chcą właściwie współreagować, wysyłają przykrojone do tego celu fagocyty. Wirusy nastawione na indywidualności lub grupy. Nie ma ucieczki. Przebita przez wirusa komórka rozrasta się, eksploduje i rozpływa. Ale to nie prosta dyktatura. Myślę, że w ostatecznym rozrachunku mają więcej wolności niż my. Są tak różne… to znaczy, różnią się miedzy sobą, jeśli są tam w ogóle jakieś indywidualności. Różnią się inaczej, niż my się różnimy. Czy to ma sens?
— Nie — odpowiedział Edward cicho, masując skronie. — Vergil, przyciskasz mnie do muru. Nie będę znosił tego dłużej. Nie rozumiem. Nie jestem pewien, czy wierzę…
— Nawet teraz?
— W porządku. Powiedzmy, że przedstawiłeś mi właściwą interpretację faktów. W prostych słowach. I że to wszystko prawda. Myślałeś może o konsekwencjach? Vergil spojrzał na niego z rezerwą.
— Moja matka — powiedział.
— Co z nią?
— Ci, co czyszczą toalety.
— Mów z sensem. — Desperacja sprawiła, że głos Edwarda brzmiał piskliwie. — W tym nigdy nie byłem za dobry — mruknął Vergil. — Jak wyobrazić sobie konsekwencje własnych działań.
— Nie boisz się?
— Jestem przerażony. — Uśmiech Vergila zmienił się w grymas szaleństwa. — Cholernie zabawne.
Ukląkł obok fotela.
— Wiesz, najpierw chciałem je kontrolować. Ale one są ode mnie lepsze. Kim jestem ja, błądzący po omacku dureń, by próbować im przeszkadzać. Przecież mają zamiar zrobić coś bardzo ważnego.
— A jeśli cię zabiją?
Vergil położył się na podłodze, rozkładając ręce i nogi. Zdechł pies — powiedział.
Edward miał ochotę go kopnąć.
— Słuchaj, nie chcę żebyś myślał, że cię kantuję, ale wczoraj poszedłem do Michaela Bernarda. Wsadził mnie do swojej prywatnej kliniki. Pobrał całą masę próbek. Biopsje. Nie zobaczysz, skąd wziął próbki tkanki mięśniowej, skóry i tak dalej. Wszystko już się zagoiło. Powiedział, że sprawdzi. Prosił, żebym nic nikomu nie mówił.
Читать дальше