Ze dwadzieścia, trzydzieści samochodów ciągle jeszcze parkowało przed starym centrum badań nad syntezą jądrową, którego budynki wzniesiono na planie symbolu yin-yang. Jeden, szczególnie imponujący kopiec, mający ze dwadzieścia metrów średnicy, wyrastał z ziemi właśnie tam, niedaleko parkingu, a na jego szczycie stał Jerry. Znalazł gdzieś kilof i trzymał go luźno za rączkę, a na wygolonej twarzy miał szeroki uśmiech.
— Nie ma joggerów — powiedział do wspinającego się na pagórek Johna.
Niektóre dziwne stwory, które zdążyli już zobaczyć w Livermore, nazywali joggerami. Miało to swój sens, bo stwory te zawsze się poruszały, ani razu nie widzieli, żeby któryś stał w miejscu.
— Bardzo mnie to cieszy — powiedział John. — I co myślisz zrobić? — Przekopać się aż do samych Chin — odpowiedział Jerry, uderzając kilofem w pagórek. — Nie jesteś ciekaw?
— Są ciekawi i ciekawi. A jeśli te kopce to coś, co wykombinowali goście z laboratoriów… no wiesz, broń albo eksperyment, co się wyrywa spod kontroli? — Mnie się tam wydaje, że ten eksperyment i tak już się wyrwał spod kontroli.
— A ja nie myślę, żeby to się zaczęło tutaj.
— Gówno! — Jerry wbił ostrze kilofa w ziemię pokrytą szczelinami i wyschłą trawą. — Dlaczego nie? I gdzie?
— Są inne laboratoria.
— Jasne. A może to przybysze z kosmosu?
John drgnął. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiedzą.
— No to kop! — powiedział.
Jerry podniósł kilof i zręcznie wbił go w ziemię. Ostrze weszło w grunt jak w masło, rękojeść omal nie wyrwała mu się z ręki.
— To jest puste w środku — powiedział, wyciągając kilof z widocznym trudem. Uklęknął i zajrzał w niewielką dziurkę. — Nic nie widzę — stwierdził i zamachnął się jeszcze raz.
— Dołóż im — powiedział cicho John, oblizując wargi i dodał: — Ja też chcę im dołożyć!
Wyciągnął rękę po kilof.
— Nie wiemy, czy tam w środku coś jest. — Jerry odsunął kilof od wielkiego łapska brata.
John z wahaniem skinął głową i wsadził rękę do kieszeni dżinsów. Spojrzał na zachodzące słońce i potrząsnął głową.
— Nic im nie możemy zrobić. Zostaliśmy we dwóch. Jerry uderzył kilofem trzykrotnie, raz za razem i w ziemi pojawiła się dziura szerokości blisko metra. Bracia odskoczyli, a później cofnęli się jeszcze kilka kroków, na wszelki wypadek. Wzgórze jednak nie zapadło się. Jerry wlazł z powrotem na szczyt na czworakach.
— Ciągle nic nie widać — stwierdził. — Przynieś latarkę. Było już niemal zupełnie ciemno, kiedy John przyniósł z ciężarówki solidną, wodoszczelną latarkę. Jerry siedział i palił papierosa, strząsając popiół do dziury.
— Przyniosłem i linę — powiedział John i usiadł, rzucając zwój niemal na kolana brata.
— Jak wygląda miasto? — zapytał Jerry.
— Z tego, co widziałem, tak samo, tylko bardziej.
— Coś jeszcze zostanie do jutra? John wzruszył ramionami.
— No tak, w cokolwiek by się nie zmieniło.
— W porządku — zdecydował Jerry. — Na dole i tak jest ciemno, więc nic nam nie szkodzi, że zbliża się noc. Czekaj. Ja zejdę na dół z latarką… — Nie ma mowy! Nie zostanę tu na górze po ciemku!
— Więc złaź na dół.
Jerry przemyślał to sobie przez chwilę.
— Niech to diabli, nie! Przywiążemy sznur do któregoś z wozów i zejdziemy razem.
— Dobra. — Jerry pobiegł do najbliższego samochodu, przywiązał linę do zderzaka i rozwinął ją wracając. Gdy wszedł na pagórek, zostało mu jeszcze z dziesięć metrów. — Ja pierwszy — powiedział.
— Dur rigor, jak mawiają żabojady. Jerry opuścił się do dziury.
— Światło — powiedział.
John podał mu latarkę i patrzył, jak głowa brata znika. Usłyszał: „To odbija!” i w wilgotne, wieczorne powietrze strzelił jasny promień, trafiając w twarz Johna, który właśnie zaglądał do dziury. Kiedy miał już wystarczająco wiele miejsca, John złapał grubą linę i zaczął schodzić w ślad za swym bratem-bliźniakiem.
Matka opowiadała im historie, które usłyszała od ich mówiącej wyłącznie po duńsku babki: o takich właśnie pagórkach, pełnych złota elfów, trupów, dziwnych błękitnych ogników, dzwonków i tańca.
John nigdy by się do tego nie przyznał, ale tak naprawdę spodziewał się spotkać Morloków.
Bracia pocili się już w chwili, w której stanęli na dnie wydrążonego kopca. Powietrze było tu znacznie cieplejsze niż na zewnątrz i bardzo wilgotne. Promień latarki przecinał gęstą, słodkawą mgłę. Buty zapadały się w elastyczną, ciemnopurpurową masę, która trzeszczała im pod nogami.
— Niech to diabli — powiedzieli jednocześnie.
— I co do chuja mamy robić teraz, kiedy już tu wleźliśmy? — zapytał John ze skargą w głosie.
— Mamy znaleźć Ruth, Lorena i być może Tricię. Tricia była od sześciu lat dziewczyną Jerry’ego. Nie widział wprawdzie, jak się rozpuszczała, ale łatwo było odgadnąć, co się z nią stało.
— Ich już nie ma. — Głos Johna był cichy, stłumiony.
— Idź w cholerę! Po prostu rozłożyły ich na kawałki i ściągnęły tutaj.
— Ciekawe, jak to sobie wykombinowałeś? Jerry potrząsnął głową.
— Albo to, albo już nie żyją, tak jak mówiłeś. A czujesz, że nie żyją?
John zamyślił się na chwile i powiedział: „Nie.” Obydwaj znali uczucie, towarzyszące zawsze śmierci kogoś bliskiego. Wiedzieli o tym bez słów.
— Ale może sam się oszukuje?
— Gówno — zaprotestował Jerry. — Wiem, że nie umarli. A ponieważ nie umarli, to nikt nie umarł. Bo sam widziałeś…
— Widziałem — przerwał mu John. Widział ubrania wypełnione znikającym ciałem i nie wiedział, co robić. Był późny ranek, a poprzedniej nocy Loren i Ruth dostali jakiejś choroby. Białe linie na rękach i twarzy. Powiedział im, że rankiem pójdą wszyscy do lekarza.
W dalszym ciągu nie mógł sobie uświadomić, co się z nim działo pomiędzy zniknięciem żony i synka a przyjazdem Jerry’ego. Krzyczał lub może zranił się w gardło, w każdym razie ledwie mówił.
— Więc dlaczego nas nie zabrały? — zapytał.
Jerry poklepał się po brzuchu, wielkim jak brzuch jego brata.
— Za duży kąsek — powiedział.
Pomachał ręką, próbując rozproszyć mgłę. Światło latarki sięgało najwyżej na metr, dwa metry w każdym kierunku.
— Jezu, mam stracha.
Toś mnie pocieszył — westchnął John.
— A co! Przecież to ty powiedziałeś, że mamy tu zejść. John nie zaprotestował przeciw temu oczywistemu odwróceniu prawdy.
To teraz może powiesz mi, w którą stronę iść.
— Wprost przed siebie. I strzeż się Morloków.
— Jasne. Morlokowie. Jezu!
Maszerowali powoli po miękkim purpurowym podłożu. Minęło kilka wilgotnych i nieprzyjemnych minut, nim w świetle latarki dostrzegli przed sobą jakąś powierzchnię.
Błyszczące nieregularne rury, pocętkowane na szaro i brązowo, lśniące niczym posmarowane wazeliną, pokrywały ściany pulsując rytmicznie. Po lewej wyginały się wraz ze ścianą i znikały w ciemnościach tunelu.
— Ja w to nie wierzę — powiedział Jerry cicho. — To co? — John wskazał na tunel.
Jerry skinął głową.
— Przynajmniej widzieliśmy już najgorsze.
— Miej taką, kurwa, nadzieję! — warknął John. — Ty pierwszy. — Jerry skinął ręką.
— Niech żyje braterska miłość!
— Idź już! Weszli w tunel.
Paulsen-Fuchs nakazał Uwemu, by zatrzymał się na szczycie wzgórza. Obóz demonstrantów pikietujących laboratoria Pharmeku powiększył się dwukrotnie w ciągu tygodnia. Było ich teraz ze sto tysięcy. Morze namiotów, nad którym powiewały flagi i transparenty, zajmowało cały plac na wschodzie, przed główną bramą. Nie dostrzegł żadnych oznak organizacji i to go niepokoiło. Demonstranci nie interesowali się polityką, byli to po prostu zwykli Niemcy, poruszeni nieszczęściem, którego nie potrafili pojąć. Poszli pod Pharmek z powodu Bernarda, sami jeszcze nie wiedząc, czego chcą. Ale to się zmieni. Ktoś w końcu obejmie dowództwo. Ktoś nimi pokieruje.
Читать дальше