Znów do góry! Cokolwiek czekają na górze, musi wchodzić! To coś może zwalczyć miotłą, ale przebijać się nie da rady. Oszaleje!
Zebrała, co mogła dosięgnąć z jedzenia i poupychała po kieszeniach. Musi coś znaleźć w restauracji.
— Nie będę o tym teraz myślała — powtarzała raz za razem i nie dotyczyło to jedzenia, którym chwilowo zupełnie się nie przejmowała. Nie będzie myślała o tym, co zrobi, kiedy już dotrze na górę.
Morze brązowych skórzastych płacht zamierzało najwyraźniej zalać całe miasto, nawet najwyższe piętra World Trade Center.
A to nie zostawiało wiele miejsca dla Suzy McKenzie.
April Ulam osłoniła oczy i przyglądała się wschodzącemu słońcu. Skrzydła wiatraków w Trący, widocznych na tle żółtawego nieba, obracały się nadal, dostarczając elektryczności opuszczonej stacji benzynowej, w której bracia napełniali bak ciężarówki. Spojrzała na Johna i skinęła głową, jakby czemuś przytakiwała. Oczywiście, minął kolejny dzień. Po chwili wróciła do sklepiku, by przypilnować Jerry’ego, który uzupełniał zapasy.
Jest o wiele twardsza, niż możnaby sądzić na oko, zdecydował John. Szalona czy nie, w każdym razie zaczarowała obu braci. Noc spędzili na stacji, zmordowani, po przejechaniu zaledwie dwudziestu mil. Zdecydowali w końcu, że pojadą środkiem doliny, zgodnie z sugestią April. Najlepiej, twierdziła, unikać terenów, które kiedyś były zamieszkane. — Biorąc pod uwagę, co się zdarzyło w Livermore — tłumaczyła — nie chcemy utknąć na przykład w San Jose, prawda?
Jeśli będą jechać dalej tą drogą, trafią na Los Angeles i albo będą musieli pojechać przez miasto, albo jakoś je objechać, ale John o tym nie wspominał.
Dzięki niej przynajmniej coś robili, myślał. Krytyka nie miała sensu, bo bez April siedzieliby jeszcze w Livermore, wariując tak lub inaczej, najprawdopodobniej gwałtownie. Spacerował wokół ciężarówki, trzymając ręce w kieszeniach i patrząc w drogę.
Umrą.
To mu nie przeszkadzało. Ostatniej nocy czuł się bardzo, bardzo zmęczony, zmęczony w sposób, którego nie mógł uleczyć sen. Wiedział, że Jerry czuje to samo. A więc niech ta zwariowana baba wodzi ich za nos. W czym problem?
A Los Angeles może być bardzo interesujące. Wątpił, czy zdołają dotrzeć do La Jolla.
Jerry i April wyszli ze sklepu, każde z nich niosło po dwie torby. Wrzucili je do ciężarówki i Jerry wyjął ze schowka sfatygowaną mapę. — Pięćset osiemdziesiątką na południe do piątej — powiedział, a April się z nim zgodziła.
John położył ręce na kierownicy. Ruszyli.
Autostrada była na ogół pusta. Od czasu do czasu, nieczęsto, mijali opuszczone (a w każdym razie puste), poustawiane na poboczu pojazdy: ciężarówki, samochody, a raz nawet autobus transportowy wojsk lotniczych. Nie zatrzymywali się.
Droga była dobra. Jechali szybko. Wzgórza wokół zbiorników wody w San Luis i San Banos powinny być zielone po zimowych deszczach, były jednak matowoszare, jakby zagruntowane i przygotowane do malowania na nowo. Nieruchoma jak powierzchnia lustra woda w zbiornikach błyszczała zielenią. Nie widzieli ani ptaków, ani owadów. April traktowała to wszystko z czymś w rodzaju fatalistycznej dumy. Oto dzieło mojego syna, myślała chyba i chociaż, gdy mijali jeziora, zmarszczyła czoło, to jednak nie wydawała się niezadowolona.
Jerry bardzo się nią interesował, chociaż przerażała go także. Nic jednak nie mówił, choć John wyczuwał jego niepewność.
Po obu stronach drogi numer pięć pola pokryte były puszystymi brązowymi płachtami, błyszczącymi w słońcu jak plastik.
— Drzewa, warzywa — powiedziała April, potrząsając głową. — Jak myślicie, co się stało z uprawami?
— Nie wiem, proszę pani — odpowiedział Jerry. — Ja je tylko opryskiwałem. Nic więcej.
— Nie tylko ludzi. Zabrały wszystko. — April uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. — Biedny Vergil. Nie miał pojęcia.
Zatrzymali się na krótko w sklepie Carl’s Junior, tuż przy autostradzie. Drzwi były otwarte, za ladą leżało kilka ubrań, ale budynek nie był ani zniszczony, ani pokryty płachtami. W toalecie, siusiając po sąsiedzku, bracia ucięli sobie pogawędkę.
— Wierzę jej — powiedział John.
— Dlaczego?
— Bo jest taka pewna swego.
— Ale powód!
— Ona nie kłamie.
— Pewnie, że nie. Tylko ma nierówno pod sufitem.
— Nie sądzę.
Jerry zapiął rozporek.
— Jest czarownicą, John. John nie powiedział „nie”.
Niedaleko zjazdu, oznaczonego „Zagubione Wzgórza”, monotonne, pokryte brązem pola zaczęły zmieniać barwę i charakter, ustępując miejsca coraz większym spłachetkom ziemi pokrytej pyłem, wyglądającej jak martwa. Nieco dalej małe trąby powietrzne zmiatały pył, jak pokojówki sprzątające po szalonej zabawie.
— Gdzie się podziały uprawy? — pytała April.
Jerry potrząsnął głową. „Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.”
John spojrzał przed siebie, poprzez drgające od upału powietrze i lekko wcisnął hamulec, jednocześnie wprawnie redukując biegi, a kiedy zwolnili, wcisnął pedał do deski. Ciężarówka obróciła się z gwizdem opon. Jerry zaklął, a April z ponurą miną złapała się otwartego okna. Stanęli tyłem do kierunku jazdy.
John zawrócił i wrzucił bieg na luz.
Patrzyli. Nie mówili nic. Zabrakło im słów.
Przez drogę przechodziło wzgórze. Ciężka, masywna, wysoka na trzydzieści metrów góra brązu i jasnej szarości z wolna przesuwała się po przewiewanym wiatrem pyle, zaledwie trzysta metrów przed samochodem.
— Jak myślicie, ile ich tu może być? — zapytała April, przerywając milczenie.
— Nie wiem — wykrztusił John z trudem.
— To musi być jedno z tych Zagubionych Wzgórz, o których pisali. — W głosie Jerry’ego nie było śladu humoru.
— Może w tym są wszystkie rośliny? — zainteresowała się April.
Bracia nie mieli zamiaru podejmować dyskusji na ten temat. John czekał, aż wzgórze przejdzie, i pół godziny później, gdy popełzło polami na zachód, włączył silnik i powoli przejechał po pofałdowanym asfalcie. Powietrze pachniało rozgniecionymi roślinami i kurzem.
— Marsjanie — stwierdził John.
Po raz ostatni sprzeciwił się April, która twierdziła, że wie, co się stało. Potem już prawie nie rozmawiali, aż do momentu, gdy zaczęli wjeżdżać pod górę Grapevine. Minęli niezmienione drzewa i domy Fort Tejon, widzieli już niewyraźne zarysy maleńkiego Gorman. Kiedy zbliżali się do grzbietu wzgórza, John spojrzał na Jerry’ego szeroko otwartymi oczami o rozszerzonych źrenicach.
— Miasto Aniołów, jesteśmy na miejscu — powiedział. Minęła piąta. Ściemniało się.
Powietrze nad Los Angeles było czerwone jak surowe mięso.
O dwunastej, przez mały właz, dostarczono Bernardowi lunch: owoce, kanapkę z befsztykiem i szklankę wody sodowej. Jadł powoli, z zastanowieniem, od czasu do czasu rzucając okiem na monitor komputera, wyświetlający najnowsze wyniki analizy niektórych białek serum. Podawane na ekranie wyniki były jasnozielone. Pod cyframi, znikającymi w miarę jak pojawiały się nowe, tańczyły nabierając kształtu czerwone linie wykresów. Bernard, co to jest?
— Nie przejmujcie się, odpowiedział na wypływające z jego wnętrza pytanie. — Jeśli nie będę prowadził badań, zepsuję się.
W ciągu zaledwie kilku dni poziom komunikacji poprawił się niezwykle.
?Analizujesz coś w związku z naszą komunikacją. Nie ma potrzeby. Komunikujesz się już prawidłowymi kanałami. Poprzez nas.
Читать дальше