Myra zapytała zaciekawiona:
— Chyba nie wykorzystujecie tego zgodnie z przeznaczeniem, co?
Jurij powiedział:
— Stację Wellsa zbudowano dla dziesięciu osób, a nas jest tylko czworo. Noce są tutaj długie, Myro. Wolimy mieszkać razem.
Potem Jurij poprowadził ich kolejnymi schodami do małej kopuły, a stamtąd w dół schodami wykutymi w lodzie.
— Przepraszam za to wszystko. Jak widzicie, mamy tutaj tylko cztery łóżka, a moduły, których nie wykorzystujemy, są praktycznie zamknięte. Gości na ogół umieszczamy tutaj, w schronie zabezpieczonym przed promieniowaniem… Jeżeli będzie tu wam niewygodnie, możemy otworzyć jeszcze jedną puszkę.
Schodząc Bisesa rozglądała się wokół. Jaskinia wykuta w lodzie stanowiła przysadzisty cylinder podzielony przegrodami na poszczególne segmenty. Zobaczyła kuchnię, stanowisko łączności, kabinę z prysznicem i zagracone pomieszczenie, które wyglądało jak laboratorium lub punkt medyczny. Miejsce to nosiło ślady dowodzące, że było wykorzystywane. Na podłodze koło kuchni i prysznica widać było ślady, ściany i metalowe powierzchnie były porysowane, a w powietrzu unosił się słaby zapach stęchlizny.
Część ściany była odsłonięta i Bisesa zobaczyła, że pokrywa ją dziwny wzór, cienki pas z niewyraźnymi kreskami i zwykłą skalą metryczną. Ten kod kreskowy ciągnął się wzdłuż całej zakrzywionej powierzchni ściany, niby skóra jakiegoś ogromnego węża.
Pokój, który miały dzielić Myra i Bisesa, był na tyle duży, że mieściły się w nim piętrowe łóżka, stół i dwa krzesła. Tylną ścianę pokoju stanowił lód, pokryty warstwą półprzezroczystego plastiku i ozdobiony owym dziwnym wzorem, który opasywał ścianę od końca do końca.
Kiedy rozlokowywały się, Jurij usiadł na łóżku. W tym małym pomieszczeniu zajmował sporo miejsca.
— Tu, w Stacji Wellsa, jest dosyć przytulnie. W rzeczywistości zimno strefy polarnej nie sprawia wielkiego kłopotu. Jeśli na marsjańskim równiku latem, w południe, wyjdzie się na zewnątrz, można sobie odmrozić tyłek. Głównym problemem jest tutaj ciemność — trwająca przez połowę marsjańskiego roku, czyli dwanaście ziemskich miesięcy. Badacze okolic podbiegunowych Ziemi stają przed podobnym wyzwaniem. Wiele się od nich nauczyliśmy. Jednak więcej od Shackletona niż od Scotta.
Myra powiedziała:
— Jurij, nie potrafię umiejscowić twojego akcentu.
— Moja matka była Rosjanką i stąd moje imię, a ojciec był Irlandczykiem, po którym noszę nazwisko. Oficjalnie jestem obywatelem Irlandii, czyli Eurazji. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Ale tutaj nie ma to większego znaczenia. Z dala od Ziemi wszystko się trochę przemieszało. — Zwrócił się do Bisesy. — Pani Dutt…
— Bisesa.
— Bisesa. Wiem, że znalazłaś się tutaj z powodu tego, co jest w Jamie.
Bisesa przyjrzała się Myrze badawczo. O co chodzi? Jaka znów Jama?
— Musisz wiedzieć, czym się tu naprawdę zajmujemy. — Przesunął dłoń po pasiastym wzorze na ścianie. Linie były ledwo widoczne, miały nieregularną szerokość i różne barwy. Przypominały kod kreskowy albo spektrogram. — Spójrz na to. Dlatego właśnie tu przyjechałem. Ta tapeta to najpełniejszy obraz jądra, jaki udało nam się uzyskać.
Myra kiwnęła głową.
— Lodowego jądra Marsa.
— Tak jest. Przeprowadziliśmy wiercenia dokładnie w tym miejscu, od szczytu czapy lodowej, i dotarliśmy do głębokości dwa i pół kilometra. Hanse Critchfield z przyjemnością pokaże ci swój sprzęt. Oczywiście to byłyby trzy kilometry, gdyby burza słoneczna nie stopiła górnych warstw lodu. — Potrząsnął głową. — Cholerna szkoda.
Myra przesunęła palec po ścianie.
— I potraficie to zinterpretować, tak samo jak to się robi na Ziemi?
— Jasne. Czapa składa się z kolejnych warstw lodu gromadzących się rok po roku. I za każdym razem „rejestruje” warunki panujące w tym czasie: klimat, zawartość pyłu, promieniowanie kosmiczne, wszystko. Tak jak na Ziemi. Oczywiście szczegóły się różnią. W Grenlandii na przykład roczny opad śniegu wynosi kilkadziesiąt centymetrów. Tutaj szczątkowa warstwa lodu przyrasta rocznie zaledwie o jedną siódmą milimetra.
— Popatrz tutaj. — Stanął przy ścianie, w miejscu gdzie kończył się długi, wijący się pasek. — To jest górna część paska, najświeższe warstwy znajdują się na górze, bo osadziły się na końcu, zgoda? Górna część została zebrana przez załogę Awory przed burzą słoneczną. Kilka centymetrów odpowiada dziesięcioleciom. Te cienkie brązowe paski… — wskazał je kciukiem — odpowiadają globalnym burzom pyłowym. A ten pasek odpowiada temu, co odkrył Mariner 9, kiedy wszedł na orbitę w 1971 roku, cała planeta była otoczona pyłem…
Na Marsie zdarzenia następujące w różnych okresach czasu zostały zarejestrowane na różnych poziomach lodowego rdzenia. Dziesięć centymetrów poniżej można było znaleźć ślady promieniowania, które dotarło do planety w wyniku eksplozji supernowej, jaka miała miejsce przed tysiącem lat w centrum mgławicy Kraba. Każdy metr stanowił znaczącą warstwę zawierającą mikrometeoryty, zastygłe kropelki niegdyś płynnej skały; co dziesięć lub sto tysięcy lat w Marsa uderzał obiekt na tyle ciężki, że powodował rozrzucenie szczątków na obszarze aż do bieguna. A duże paski na skali metrycznej odpowiadały najbardziej dramatycznym zdarzeniom w obecnej epoce, zmianom nachylenia biegunów, które mają miejsce co sto tysięcy lat.
Jurij powiedział:
— W tym marsjańskim lodzie można nawet znaleźć ślady Ziemi — meteoryty pochodzące z naszego świata, podobnie jak na Ziemi można znaleźć meteoryty z Marsa. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu. — Wciąż szukam śladów tego meteorytu, który zmiótł z Ziemi dinozaury.
Myra przyjrzała mu się uważnie.
— Kochasz swoją pracę, prawda? — Bisesa pomyślała, że w jej głosie zabrzmiała zazdrość. Zawsze pociągali ją mężczyźni z poczuciem misji, tacy jak Eugene Mangles.
— Gdyby tak nie było, nie utknąłbym w tej lodowej trumnie. Ale już się na tym nie koncentrujemy. Po tym, jak znaleźliśmy to pod lodem, nikogo nie obchodzi cała reszta. Czapa lodowa, jądro. To tylko przeszkadza.
Bisesa zastanowiła się.
— Przykro mi.
Zaśmiał się krótkim śmiechem.
— To nie twoja wina.
Myra spytała:
— Więc co właściwie znaleźliście?
— Zaraz się przekonasz. Jeśli skończyłyście, zapraszam na naradę wojenną. — Podniósł się.
Liberator pędził w stronę bomby Q jak włócznia lodu i ognia. W kabinie załogi Edna Fingal i John Metternes mieli na sobie skafandry ciśnieniowe i hełmy z wizjerami.
Chociaż bomby Q wciąż nie było widać gołym okiem, już ją „widzieli” dzięki jej przyciąganiu grawitacyjnemu w postaci węzła energii magnetycznej oraz mgiełki egzotycznych cząstek, jakie wysyłała, lecąc przez układ słoneczny.
— Jest dokładnie tak, jak przewidział profesor Carel — poinformował John, przeglądając podsumowanie wyświetlane na ekranie. — Dokładnie jak na widmie, które otrzymałaś po wyparowaniu miniaturowej czarnej dziury. Najwyraźniej to artefakt kosmologiczny…
— Tam — szepnęła Edna. Pokazała na okno.
Bomba Q była jak bąbel zniekształconego światła gwiazd, kropla wody unosząca się w niebiosach. Kiedy Edna rzeczywiście ją dostrzegła, poczuła jak chłód przenika ją do szpiku kości.
— To Oko — poinformował John. — Doskonale odbijająca kula o średnicy stu metrów. Posiada wszystkie typowe cechy: zniekształcona geometria, anomalne przesunięcie Dopplera w obszarze powierzchniowym. Jednakże widmo promieniowania nie jest dokładnie takie, jakie zarejestrowano w pobliżu Oczu wykrytych wśród planetoid trojańskich podczas burzy słonecznej.
Читать дальше