Spojrzał na zegarek.
Zostały trzy minuty. Nie było czasu wyjść na zewnątrz i poszukać skrzynek transformatorowych.
Zrobił więc dokładnie to samo co pół roku temu, gdy w alei w Oakland Tremain Winters wycelował remingtona kalibru dwanaście w niego i dwóch innych gliniarzy z miejskiej – spokojnie wyciągnął służbową broń i oddał trzy równo odmierzone strzały w korpus przeciwnika.
Wtedy jednak szef gangu padł trupem, a teraz pociski w miedzianych koszulkach rozpłaszczyły się na metalowej płycie i wylądowały na podłodze; skóra Shawna nie została nawet draśnięta.
Bishop podszedł bliżej, stanął pod kątem, by uniknąć rykoszetu i celując w zielone lampki, opróżnił cały magazynek. Roztrzaskał jedno światełko, lecz z wylotów z tyłu maszyny wciąż buchała para.
Bishop chwycił telefon i krzyknął do Motta:
– Właśnie wywaliłem na niego cały magazynek. Dalej działa? Musiał mocno przycisnąć telefon do ucha, na wpół ogłuszony od huku strzałów. Mott poinformował go, że Shawn ciągle działa i nadaje.
Niech to szlag…
Przeładował, wsunął lufę do jednej ze szczelin wentylacyjnych i znów opróżnił magazynek. Tym razem rykoszet – kawałek gorącego ołowiu – drasnął go w skórę dłoni, pozostawiając poszarpany stygmat. Wytarł krew w spodnie i znów chwycił telefon.
– Przykro mi, Frank – powiedział bezradnie Mott. – Ciągle chodzi. Detektyw spojrzał ze złością na pudło. Jeśli chcesz się bawić w Boga i stworzyć nowe życie, pomyślał z goryczą, lepiej uczynić je niezniszczalnym. Sześćdziesiąt sekund.
Bishop poczuł się rozpaczliwie bezsilny. Pomyślał o Gilletcie, którego jedyną zbrodnią było drobne potknięcie podczas próby ucieczki od nieudanego dzieciństwa. Wielu gówniarzy, których Bishop zdejmował – w East Bay czy Haight – było nieczułymi mordercami i dziś chodzili wolno. Wyatt Gillette nikomu nie szkodził, podążając ścieżką, na którą skierował go Bóg i wrodzona bystrość, a teraz on, kobieta, którą kochał i jej rodzina mieli doznać strasznych cierpień.
Nie miał czasu. Lada chwila Shawn wyśle sygnał potwierdzenia ataku.
Czy jest w stanie zrobić cokolwiek, żeby powstrzymać Shawna? Może spalić to cholerstwo?
Mógł wzniecić ogień przy szczelinach wentylacyjnych. Podbiegł do biurka i wyrzucił na podłogę zawartość szuflad, szukając zapałek albo zapalniczki.
Nic.
Nagle coś mu się przypomniało. Jak przez mgłę – co to było?
Nie pamiętał dokładnie, jakby słyszał to bardzo dawno – coś, co Gillette powiedział, gdy pierwszy raz wszedł do biura CCU. Dotyczyło pożaru w pomieszczeniu komputerowym. Wykombinuj coś z tego.
Zerknął na zegarek. Była dokładnie godzina wyznaczonego ataku. Shawn mrugał bezdusznie dwoma ocalałymi oczami. Wykombinuj coś… Pożar… z tego.
Tak! Bishop odwrócił się i zaczął gorączkowo rozglądać się po pomieszczeniu. Jest! Przypadł do małej szarej skrzynki z czerwonym guzikiem pośrodku – wyłącznika awaryjnego w zagrodzie dinozaura.
Walnął w przycisk otwartą dłonią.
Ryknął alarm i z rur nad i pod maszyną wystrzeliły z przeraźliwym sykiem strumienie gazu halonowego, okrywając widmowo białą mgłą dwie istoty – z których jedna była człowiekiem.
Agent Mark Little spojrzał na ekran komputera w furgonetce.
KOD CZERWONY:
Był to sygnał rozpoczęcia szturmu.
– Wydrukuj to – powiedział Little do technika, po czym zwrócił się do George’a Steadmana: – Potwierdź, czy „Liść klonu” to zgoda na atak z regułami numer cztery.
Agent zajrzał do broszury z pieczęcią Departamentu Sprawiedliwości na pierwszej stronie i wydrukowanym dużą czcionką napisem POUFNE.
– Potwierdzenie.
Little połączył się przez radio z trójką snajperów osłaniających wszystkie wejścia do domu.
– Wchodzimy. Widzicie podejrzanych przez okna? Wszyscy zameldowali, że nikogo nie widać.
– Dobra. Jeśli z domu wyjdzie ktoś uzbrojony, zlikwidujcie go. Najlepiej strzałem w głowę, żeby nie zdążył zdetonować ładunku. Gdyby był nieuzbrojony, decyzja należy do was. Przypominam jednak, że obowiązują reguły numer cztery. Rozumiecie?
– Tak jest – odpowiedział jeden ze snajperów, a pozostali przytaknęli.
Little i Steadman wyszli z furgonetki i wśród opadającej mgły biegiem ruszyli do swoich oddziałów w mglistym zmierzchu. Little przemknął na boczne podwórko, dołączając do ośmiu ludzi, którymi dowodził – oddziału Alfa. Steadman znalazł się przy swoim oddziale, Bravo.
Little wysłuchał meldunków rozpoznania.
– Do dowódcy Alfy, podczerwień ujawniła ciepło ciała w salonie i dużym pokoju. W kuchni też – ale to może być ciepło wydzielane przez kuchenkę.
– Zrozumiałem. – Potem Little powiedział do mikrofonu: – Idę z Alfą z prawej strony domu. Zarzucimy ich granatami ogłuszającymi – trzy do salonu, trzy do dużego pokoju i trzy do kuchni, w pięciosekundowych odstępach. Po trzecim wybuchu Bravo wchodzi od frontu, Charlie z tyłu. Z bocznych okien otwieramy ogień krzyżowy.
Steadman i dowódca trzeciego oddziału potwierdzili przyjęcie rozkazu.
Little naciągnął rękawice, kaptur i hełm, myśląc o skradzionym zapasie broni automatycznej, granatów ręcznych i strojów kuloodpornych.
– W porządku – powiedział. – Oddział Alfa, naprzód. Powoli. Wykorzystać każdą osłonę po drodze. Przygotować się do zapalenia świeczek.
Rozdział 00101101/czterdziesty piąty
Wdomu Papandolosów – domu cytryn, zdjęć i rodziny – Wyatt Gillette przyciskał twarz do firanki, którą, jak pamiętał, pewnej jesieni uszyła matka Elany. Z tego punktu obserwacyjnego zobaczył, że agenci FBI ruszyli do ataku.
Skuleni i ostrożni, posuwali się krótkimi odcinkami po kilka stóp.
Obejrzał się przez ramię, zaglądając do drugiego pokoju, gdzie Elana leżała na podłodze, obejmując ramieniem matkę. Tuż obok leżał jej brat, Christian, patrząc w oczy Gillette’a z nieopisanym gniewem.
Nie przychodziły mu do głowy żadne słowa przeprosin, które mogłyby zabrzmieć choć trochę stosownie, więc milcząc, odwrócił się z powrotem do okna.
Wiedział, co zrobi – właściwie postanowił już wcześniej, ale cieszył się ostatnimi minutami życia, jakie mógł spędzić przy kobiecie, którą kochał.
O ironio, pomysł podsunął mu Phate.
Jesteś bohaterem ze skazą – słabym punktem, przez który pakujesz się w kłopoty. Och, pod koniec gry dokonasz bohaterskiego czynu, uratujesz czyjeś życie i publiczność będzie płakać ze wzruszenia…
Wyjdzie z domu z podniesionymi rękami. Bishop mówił, że nie będą mu ufać i pomyślą, że chce dokonać samobójczego zamachu bombowego albo ma ukrytą broń. Phate i Shawn zadbali o to, by policja spodziewała się najgorszego. Ale policjanci też byli przecież ludźmi; może się zawahają. Gdyby tak się stało, może uda się wyprowadzić z domu Elanę, Christiana i matkę.
Ale nigdy nie dostaniesz się na najwyższy poziom w grze.
Zresztą gdyby się nawet nie udało – gdyby go zastrzelili – przeszukają ciało i zobaczą, że nie był uzbrojony, a wtedy być może pomyślą, że reszta też chce się poddać. Potem przekonają się, że popełnili straszliwy błąd.
Zerknął na swoją żonę. Nawet w tej chwili była bardzo piękna. Nie podniosła głowy i Gillette cieszył się z tego w duchu; nie mógłby znieść ciężaru jej spojrzenia.
Czekaj, aż podejdą bliżej, powiedział sobie, żeby zobaczyli, że nie stanowisz zagrożenia.
Читать дальше