– Jesteś głupcem, Matthews. Całe twoje życie było kłamstwem.
– Przestań! – Matthews skoczył i chwycił Colliera za przód koszuli. – I powiedziałem: Będę zważał na moje ścieżki, abym nie zgrzeszył językiem.
Psy szalały w pobliżu, rzucały się na ogrodzenie wybiegu, wyginając siatkę.
Matthews sięgnął do kieszeni po nóż myśliwski.
– Kiedy napominasz kogoś, aby ukarać jego grzech, sprawiasz, że to, czego pożąda, roztapia się. Każdy śmiertelny byt jest tylko tchnieniem wiatru.
Matthews zamrugał, widząc białe piórko wznoszące się w powietrze dokładnie za głową Colliera. Co to jest?
Nie żadne piórko, tylko kawałek plastiku. Biały plastikowy nóż! Jak te, którymi Megan przebiła się przez ściany. Podrzuciła mu ostatni. Zaskoczony Matthews uświadomił sobie zbyt późno, że Collier mówił tylko po to, żeby odwrócić jego uwagę, żeby opóźnić, żeby przyciągnąć go do siebie.
Jedna z silnych rąk Tate’a chwyciła prawe ramię Matthewsa, druga zaś zwinęła się w pięść i wylądowała kilka razy na jego brzuchu. A potem na nosie. Pociekła krew; Matthews zawył z bólu i zsunął się z estrady, przewrócił się i upuścił nóż, gdy wysunął rękę, żeby złagodzić upadek. Upadł ciężko i wyciągnął rewolwer z kieszeni.
Collier zeskoczył z tyłu estrady i pobiegł po trawniku w stronę ogrodzenia, jeszcze bardziej rozwścieczając psy. Szczekały i wyły, rzucały się całym ciałem na siatkę.
Zanim Matthews zdążył wstać i wycelować, Collier wpadł między sosny i wysoki żywopłot z bukszpanu. Szaleniec wystrzelił dwa razy, ale dwukrotnie chybił.
Matthews wbiegł na polanę i zatrzymał się, nasłuchując kroków. Nagle usłyszał głośny dzwonek. Kilka razy.
Bramka z tyłu płotu…
Pobiegł w tamtą stronę. Była otwarta. Collier rozbił kłódkę kamieniem i przepłynął strumień na tyłach posiadłości. Teraz wspinał się po skarpie. Wyraźny cel. Matthews strzelił ponownie, ale kula zrykoszetowała po siatce. Przebiegł przez furtkę, rzucił się na kolana i strzelił jeszcze raz.
Collier skoczył i znikł mu z pola widzenia.
Ledwie dysząc, Matthews skoczył do wody, przepłynął i zaczął wspinać się na skarpę po drugiej stronie, a za nim szczekały psy i rzucały się na siatkę ograniczającą wybieg. Słońce zaczęło przeganiać poranny chłód.
Tate nie upadł daleko.
I zdołał wylądować na nogach, gdy przetoczył się po gładkim kamiennym podłożu jaskini, pięć albo sześć stóp poniżej otworu.
Słyszał świst kuli nad głową i uznał, że gdyby nie wpadł do groty właśnie w tej chwili, pocisk trafiłby go między łopatki.
Przykucnął, łapiąc oddech, i rozejrzał się. Tunel nie był robotą człowieka. Podejrzewał, że to jeden z setek korytarzy, które razem tworzą gigantyczną sieć jaskiń Luray i innych podobnych w tym rejonie. Pieczary były dość bezpieczne, w każdym razie te przy oznakowanych szlakach. Niemniej od czasu do czasu w prasie pojawiały się notatki o ludziach, którzy zaginęli lub utknęli i których ciała znaleziono na pół pożarte przez zwierzęta.
A tu z całą pewnością nie było oznakowanych szlaków.
Collier nasłuchiwał, przechylając głowę ku otworowi. Z początku nic nie słyszał. A potem: ostrożne szuranie stóp o suchą trawę i liście na zboczu.
Rozejrzał się. Jego oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Tunel biegł od otworu prosto w głąb góry. Wydawał się płaski, nie wspinał się ani nie opadał, ale znikał w kompletnej ciemności zaledwie dwadzieścia stóp od miejsca, w którym znajdował się Tate.
Kroki się zbliżały.
Nie miał wyboru. Nie w obliczu szaleńca z pistoletem. Wszedł w czarną dziurę tunelu i powoli zaczął wyczuwać drogę na gładkiej powierzchni.
Zrobił nie więcej niż dwadzieścia kroków, gdy usłyszał za sobą stukot spadających kamyków i głuchy odgłos stóp lądujących na kamieniach, po czym rozległy się ostrożne kroki pościgu.
Panowała absolutna ciemność. Kompletnie nic nie widział. Mógł iść przed siebie, jedynie macając dłonią ścianę, ciężar opierał na stopie pozostającej w tyle, przednią zaś wysuwał niczym laskę, by upewnić się, że tunel nie zapada się nagle, nie zmienia kierunku albo nie staje się półką biegnącą pięćdziesiąt stóp nad podziemnym strumieniem.
Za sobą słyszał ciche szuranie. Stuk upadającego kamyka.
Poruszanie się w tej atramentowej ciemności przepełniało go dziwnym uczuciem. Przed oczami w niewytłumaczalny sposób wirowały kolory, żółty i czerwony. Upiorne kształty – oczy i twarze – pojawiały się i znikały. Był pewny, że zobaczył wiszącego przed sobą głową w dół wielkiego nietoperza. Gdy podszedł, wyciągając przed siebie rękę dla obrony, stwór okazał się tylko szczeliną w ścianie.
Szuranie przybliżyło się, toteż Tate przyspieszył.
Oceniał, że zabrnął jakieś ćwierć mili w głąb góry. Zgubił się całkowicie. Po drodze minął kilka rozgałęzień, ale chcąc zachować jakieś poczucie kierunku, trzymał się tego, co uznał za duży główny tunel. Teraz jednak uświadomił sobie, że skręcał parę razy w lewo i w prawo, i że nie ma pojęcia, czy kręcił się w kółko, czy szedł przed siebie. Zauważył jednak, że podłoże zdecydowanie się obniża.
W oddali usłyszał szum wody, minął też coś, co wydawało się niewielką szczeliną w skale, po jej drugiej stronie dostrzegł słabą żółtawą poświatę. Fosforyzujące skały, uznał. Szedł dalej.
Szurające kroki Matthewsa wciąż się przybliżały.
Tate przyspieszył.
Aż wreszcie ściany zbliżyły się do siebie na tyle, że tunel nagle okazał się nie do przejścia. Kroki za nim posuwały się nieubłaganie, a raz i drugi Tate usłyszał stuk metalu o kamień, coraz bliższy.
Usłyszał wciąganie powietrza i dźwięk odbezpieczanego pistoletu. Sądząc po odgłosach, kaznodzieja znajdował się o jakieś piętnaście stóp od niego.
Tate zatoczył ostrożnie koło, szukając w kamiennej ścianie jakiejś szczeliny, w którą mógłby się wcisnąć. Nic. Tylko sześciocalowy otwór między ściśniętymi niespodziewanie ścianami tunelu. Brak drogi ucieczki.
Tate zaczął się wycofywać i usłyszał – bardzo blisko – głuchy stuk, gdy Matthews wpadł na ścianę. Cztery albo pięć stóp od niego.
Tate przywarł do ściany i zamarł w bezruchu, otworzył szeroko usta, żeby oddychać jak najciszej.
Gdzie on jest? Jak blisko?
Włączył się szósty zmysł, niczym radar – może jakaś zmiana natężenia dźwięku – i Tate z przerażeniem stwierdził, że mężczyzna znajduje się zaledwie o krok od niego. Czuł, że mięśnie zaczynają mu drgać z napięcia i z trudem zachował bezruch.
Bez ostrzeżenia Matthews krzyknął i zamachnął się nożem w prawo. Uderzył w skałę kilka cali obok głowy Tate’a, krzesząc pomarańczową iskrę. Tate powstrzymał się od jakiejkolwiek reakcji i powoli przykucnął, obmacując podłoże tunelu w poszukiwaniu kamienia, który mógłby wykorzystać jako broń. Nic nie znalazł.
Matthews zamierzył się ponownie. Tym razem ostrze uderzyło w skałę tuż nad głową Tate’a, właśnie tam gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się jego brzuch. Przykucnął jeszcze bardziej.
– Collier! – Ten krzyk sprawił mu fizyczny ból. Cięcie po skale. Ostrze skrzesało snop iskier. Tate zamknął oczy. Miał wrażenie, że dzięki temu lepiej słyszy – a może budzi zwierzęcy instynkt. Był pewny, że mężczyzna się oddalił. Odczekał chwilę, aż nabrał pewności, że szuranie oddaliło się ku wejściu.
Читать дальше