Kroki na żwirze się zbliżały.
– Posłuchaj, Megan – powiedział szybko. – To bardzo ważne. Zadzwoń do Archiego Bella w biurze prokuratora stanowego. To mój stary przyjaciel. Powiedz mu, że twoja matka jest prawdopodobnie w areszcie we Front Royal…
– Co?
– Nie ma czasu na wyjaśnienia. Ale Bett tam jest. On przyśle jej prawnika. Będzie potrzebowała dobrego obrońcy.
Dziewczyna skinęła głową.
– Pobiegnę – powiedziała. – Sprowadzę pomoc. Policję i lekarza dla Josha.
– Josha?
– On tu jest. Żyje, ale jest ciężko ranny. Zdołasz powstrzymać przez chwilę Matthewsa?
Nie pozwoliłby jej odejść z przekonaniem, że umrze za dziesięć minut, toteż odparł:
– Powstrzymam go przez jakąś godzinę. Pędź jak szalona. Mam nadzieję, że masz jeszcze kondycję po tych wszystkich lekcjach baletu, za które płaciłem.
Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Podskoczyli oboje. Matthews wszedł ostrożnie, w wyciągniętej ręce trzymał wielki nóż.
– Żegnaj – zwrócił się do Megan.
Uścisnęła mocno Tate’a. Poczuł, że jej dłoń prześlizguje się po jego ręce i chwyta mocno związane dłonie. Zmarszczył brwi, gdy wcisnęła mu coś do ręki. Ale ciało miał pozbawione czucia po porażeniu prądem, dlatego nie mógł zgadnąć, co to.
– Trzymaj się tego – szepnęła. – I nie słuchaj go, cokolwiek będzie mówił. Pamiętaj… – przycisnęła usta do jego ucha -…niedźwiedzie nie umieją mówić.
Po czym wstała chwiejnie, a Matthews wypchnął ją za drzwi, które zamknęły się za nią z trzaskiem. Przez brudne zakratowane okno Tate widział, jak zbiegła po podjeździe i zniknęła za bramą.
Matthews wsunął rewolwer Tate’a do kieszeni i postawił prawnika na nogi.
Niedoskonały świat, tak.
A zatem będzie musiał wystarczyć niedoskonały pokój.
Znajdowali się na zewnątrz budynku w wietrzny wiosenny poranek Wielkiego Piątku; żółta kula słońca właśnie wysunęła się nad horyzont. Dość szybko szli ramię w ramię wśród wysokiej trawy, a nad ścieżką krążyły ważki. Koniki polne odbijały się od nóg mężczyzn, pozostawiając na ubraniach brązowe plamki.
Psy biegły niespokojnie za nimi, obwąchując grunt i odbijając się od siatki ogradzającej wybieg, usiłowały wyrwać się i rzucić na intruza, który szedł u boku ich pana.
– Przyjrzyj się temu miejscu – odezwał się Matthews tonem konwersacji. Zatoczył łuk ręką. – Pamiętam, jakby to było wczoraj: tłumy, pieśni, modły, ludzie na kolanach…
Gestem nakazał, żeby się zatrzymali. Tate nadal miał związane ręce, dlatego Matthews pomógł mu wspiąć się na estradę. Potem wszedł za prawnikiem, który przyglądał mu się spokojnym wzrokiem. Pogodził się z losem. Wiedział, że jest martwy. Ta pewność sprawiała, że był szczęśliwy. Oczy świętego oczekującego na męczeństwo.
I będzie rządził na wieki…
Przegniłe drewno przechylonego pulpitu zwróciło uwagę Colliera.
Matthews kopnął pulpit, który przewrócił się ciężko. Roześmiał się.
– Ojciec raz w życiu zabrał mnie na wycieczkę, na Times Square w Nowym Jorku. Żeby zobaczyć Billy’ego Grahama. To było w latach sześćdziesiątych. Jedyne nasze wspólne wakacje. „Jak wielkie są dzieła Twoje…”. Wiesz, Collier, Bóg co trzydzieści lat wybiera swojego rzecznika. George Whitefield we wczesnych latach Ameryki. Charles Finney i Dwight Moody w dziewiętnastym wieku. Billy Sunday podczas pierwszej wojny światowej. Aimee Semple McPherson. Graham, oczywiście. Tym właśnie jestem. Jego wybranym.
Bóg wszechmogący panuje.
Nie zostało wiele czasu, uzmysłowił sobie Matthews. Szacował, że ma jakąś godzinę albo dwie do przyjazdu policji. Wystarczy, żeby tu skończyć, dostać się na lotnisko Dullesa i zdążyć na samolot do Los Angeles. Wciągnął głęboko powietrze. Samo odcięcie języka nie zabije Colliera w tak krótkim czasie. Ale zemdleje z bólu i zadławi się własną krwią. A Matthews tymczasem…
Matthews zauważył, że Collier się śmieje, uniósł brew.
– Rzecznikiem? – spytał Collier. – Tak właśnie myślisz?
Matthews nie odpowiadał.
– Jakże bardzo się mylisz, Aaronie. Bóg nie ma dla ciebie czasu.
Żółte światło poranka padało na ich twarze.
– Słyszałem, jak do mnie mówił – wyjaśnił spokojnie Matthews.
– Nie, Aaronie. Nie wiem, co słyszałeś, ale na pewno nie był to Bóg.
– Uczynił mnie swoim rzecznikiem.
– Zabiłeś swojego syna i usiłujesz zrzucić na mnie winę. To nazywasz boskim odwetem?
Matthews nachylił się, tak że jego twarz znalazła się kilka cali od Colliera.
– Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Słyszałem Jego słowa. Otwierałem usta i płynęły Jego słowa. To cud!
– Nie, Aaronie. Słyszałeś szaleństwo swojego ojca. I swoje. Tylko to słyszałeś. Szaleństwo, które zabiło twojego syna.
– Nie masz pojęcia…
– W porządku, ktoś do ciebie przemówił. Ale to nie był Bóg. To był szalony starzec, który okaleczył dziewczynę i kradł przestraszonym ludziom pieniądze w imię Boga. Pamiętam zeznanie twojego syna podczas procesu. O tym, jak twój ojciec zaciągnął cię na pole, gdy miałeś dziesięć czy jedenaście lat, jak chciał oszukać tłum. Zobaczcie mojego syna Aarona, przygłupa, którego język wije się dla Jezusa, głoście chwałę Pana, alleluja.
Nie! Matthews poczuł gniew. Całe moje dzieciństwo, całe moje życie opierało się na założeniu, że Bóg mnie wezwał. Jeśli nie, to…
– Zmarnowałeś życie. – To niesamowite, jak dokładnie Collier dokończył jego myśl.
Matthews przewrócił go na deski.
– Nie!
Prawnik zdołał się podnieść z powrotem.
– Mogę tego dowieść – powiedział. – Czysta logika. Nie do odrzucenia. Chcesz posłuchać?
Matthews wpatrywał się w niego.
– Jako niewierzący nie masz prawa mówić o Bogu.
– Błąd, Aaronie. Wierzę w Boga. Jest On miłosierny i właśnie z Jego powodu przestałem posyłać ludzi na śmierć. Wierzę w Boga ze względu na to, co powiedział Wolter. Powiedział, że musi istnieć Bóg, ponieważ nie można sobie wyobrazić zegarka bez zegarmistrza.
Matthews posłużył się kiedyś tym samym konceptem w jednym ze swoich kazań.
– Myślę jednak również – ciągnął Collier – że zegarek, niezależnie od tego, jak doskonały i skomplikowany, nigdy nie pojmie swojego twórcy. Gdy twierdzimy, że się nam to udało, efektem jest szaleństwo.
– Nic mi nie udowodniłeś. Mówiłeś o logice. Nie widzę tu żadnej logiki.
– A więc posłuchaj: jeśli Bóg istnieje, musi pozostawać dla nas całkiem niepoznany. Nie zgadzasz się z tym? Nie? – naciskał Collier. – Bóg, którego potrafilibyśmy zrozumieć, byłby wybrakowany, ponieważ my nie jesteśmy doskonali. Bóg musi być doskonały.
Matthews milczał.
– Otóż twierdzisz, że Bóg kazał ci porwać Megan, jako moją pierworodną, dla dokonania zemsty. Ale Megan nie jest moją pierworodną. Skoro Bóg nie może się mylić, nie mógł kazać ci jej porwać. Nie do obalenia.
Logika tego wywodu otoczyła Matthewsa niczym wodorosty nogi pływaka.
Ale nie, nie, Bóg przysłał ją do mnie, pomyślał ze złością Matthews – był to miłosierny uczynek, który objaśnił wszystkie tajemnice jego życia, tłumaczył, że jego syn nadal żyje pomimo zimnego dowodu na coś przeciwnego, dowodził, że Bóg jest miłosierny i sprawiedliwy, że dzieciństwo Matthewsa, które upływało w cieniu starego szaleńca, nie poszło na marne.
Читать дальше