Spojrzał na swą twarz we wstecznym lusterku. Jego oczy zawsze miały nieco nawiedzony wyraz; dzisiaj wydawało się to jeszcze bardziej zauważalne. Był żylastym, ciemnowłosym mężczyzną w wieku trzydziestu pięciu lat, o kanciastej twarzy pokrytej nie dającym się zgolić granatowym cieniem zarostu. Miał na sobie białą koszulę z krótkim rękawem, własnoręcznie wyprasowaną, oraz poluźniony krawat w stada różowych flamingów.
Zawsze robił wrażenie odrobinę zaniedbanego i dlatego uczniowie traktowali go bardziej ulgowo niż innych nauczycieli – zwłaszcza dziewczyny. Wyczuwali, że jest jednym z nich – człowiekiem z zewnątrz, któremu nieobce jest uczucie dezorientacji i odrzucenia. Dlatego ufali mu i dlatego w czasie zajęć z nim zawsze było najspokojniej. Jego słowa znajdowały posłuch. Uczniowie pragnęli znaleźć ścieżkę wśród gąszczu drzew i wierzyli, że on będzie umiał wskazać im właściwy kierunek.
Dojechał już prawie do Yoakum Drive, gdy ujrzał coś przed sobą na drodze. Coś małego i ciemnego, o oczach lśniących żółto w blasku reflektorów. Wdusił pedał hamulca i lincoln zatrzymał się z szarpnięciem i piskiem opon. Jim wysiadł z samochodu; niewielki kształt wciąż tam był, na samym środku drogi, i jego oczy lśniły.
– Tibbles? – zapytał, czując się jak ostatni idiota. Przez moment nic się nie działo. Przed nim migotały światła Los Angeles, za jego plecami, na Ventura Freeway, wyły syreny. Potem, bardzo wolno, łapa za łapą, kot zaczął podchodzić i zatrzymał się w odległości zaledwie trzech czy czterech stóp, spoglądając na niego.
– Wciąż jesteś moim kotem? – zapytał Jim. – A może należysz teraz do kogoś innego, do jakiegoś innego miejsca?
Kot wahał się przez prawie pół minuty, jego futro falowało w wieczornej bryzie. Obok nich przemknął porsche – kierowca z irytacją uderzył w klakson, lecz kot niegdyś noszący imię Tibbles nawet nie drgnął.
– Nie wiem, jak udało ci się do mnie wrócić – powiedział Jim – ale w moim domu będziesz mile widziany, jeżeli chcesz zostać. – Otworzył drzwi i zamarł w oczekiwaniu.
Koniec końców, z zimną obojętnością, która przekonała Jima, że musi to jednak być Tibbles, kot wskoczył do samochodu, usiadł na miejscu obok kierowcy i dalej wpatrywał się w niego spod na wpół opuszczonych powiek.
– „O kocie grubiańskiej natury" – zacytował Jim, zatrzaskując drzwi.
Pojechał prosto pod swój dom na Electric Avenue w Venice. Miał problemy z zaparkowaniem lincolna, jako że jeszcze nie sprzedał SST i na parkingu brakowało wolnych miejsc. Zmuszony był nawet wysiąść od strony pasażera.
Kot przeszedł za nim obok basenu i po betonowych schodach na drugie piętro. Na dole, pod sto siedemnaście, trwała w najlepsze impreza; tańczono salsę i roześmiani, klaszczący ludzie co chwila wychodzili na patio. W mieszkaniu numer dwieście pięć rozlegał się płacz dziecka i rozwijała się małżeńska kłótnia – Jim usłyszał łomot tak głośny, jak gdyby ktoś kopniakiem wywrócił deskę do prasowania.
Przeszedł przez balkon, a kot nie odstępował go na więcej niż parę kroków. Otworzył drzwi i wszedł do mieszkania. Po tym jak indiański duch zdemolował je doszczętnie, zostało gruntownie odnowione, lecz wciąż jeszcze pachniało w nim stęchlizną. Zapalił światło i ujrzał na wpół pusty kubek z kawą stojący tam, gdzie zostawił go rano, zgniecioną na kształt namiotu gazetę na podłodze, wciąż czekające na pomycie brudne naczynia po śniadaniu.
Kot niegdyś noszący imię Tibbles obwąchał meble, a potem skierował się wprost do kuchni.
– Posłuchaj – odezwał się Jim – nie ma tu żadnego pokarmu dla kotów. Nie sądziłem, że mam jeszcze kota. Mogę ci dać trochę liverwürst, jeśli chcesz.
Kot wrócił z kuchni i obdarzył go spojrzeniem zmrużonych oczu.
– Hej, zawsze lubiłeś liverwürst. Jadłeś ją z kawałkami chleba.
Podszedł do lodówki, nałożył na talerz resztki jedzenia, nalał też mleka na spodeczek. Potem sięgnął po zimnego schlitza i otworzył go niezwłocznie. Zdążył pociągnąć zaledwie jeden łyk, kiedy zadźwięczał dzwonek. Uchylił drzwi i ujrzał Valerie Neagle, posągową kobietę w średnim wieku, mieszkającą pod nim. Wylewała się z obcisłej szkarłatnej sukni, czarne satynowe fałdki falowały obficie wokół brzegów dołu sukienki i dekoltu. Włosy upięła szpilkami, namalowała też sobie wielki pieprzyk na prawym policzku.
– Valerie, co się dzieje? Wyglądasz jak Carmen Miran-da. – Powąchał ciężki zapach jej perfum z gardenii. – Nawet pachniesz jak Carmen Miranda.
– Ramon Munoz zaprosił mnie na swoją imprezę.
– Racja, mnie też. Może później zejdę do niego. Valerie szeleszcząc wtoczyła się do pokoju i rozejrzała się dookeła.
– Poczułam coś – oznajmiła.
– Poczułaś coś? Co przez to rozumiesz?
– Pociągałam sobie na dole teąuila sunri.se, rozmawiając z takim uroczym meksykańskim chłopcem, kiedy poczułam, jak mija mnie coś lodowatego. Aż zadrżałam, Jim! Naprawdę zadrżałam!
– Nic dziwnego, w tym stroju.
– Nie – odparła, stukając się w czoło długim, polakierowanym na czerwono paznokciem. – Zadrżałam wewnętrznie!
Mówiąc to nie przestawała krążyć po mieszkaniu, jak gdyby czegoś szukała.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi – powiedział Jim. – Jak to zadrżałaś wewnętrznie?
– No, wiesz, tak jak wtedy, gdy była we mnie pani Vaizey. Zupełnie tak samo.
Minionego roku Valerie Neagle wprowadziła się do mieszkania na pierwszym piętrze, niegdyś zajmowanego przez starą panią Vaizey – wróżkę i medium. Chociaż sama zginęła, jej duch pozostał w mieszkaniu i wniknął do umysłu Yalerie, tak że i ona uzyskała zdolność wyczuwania bliskości duchów i cieni. Z czasem duch pani Vaizey rozpłynął się, lecz Valerie miała wrażenie, że od czasu do czasu usiłował się z nią skomunikować.
– Co czujesz? – zapytał Jim. – Jakiś rodzaj obecności, coś w tym rodzaju?
Valerie przeszła przez mieszkanie tam i z powrotem.
– Wyczuwam coś bardzo, bardzo zimnego. Jak gdyby ktoś zostawił otwarte drzwi i teraz wszystko powoli się wyziębiało.
– Ja niczego nie czuję. Naprawdę.
– To coś nieprzyjemnego, Jim. Masz na to moje słowo. Coś, co nie powinno tu przebywać. Coś, co nie ma prawa tu przebywać. Musi być potężne, skoro wyczułam je w trakcie przyjęcia.
– Zachowałaś taką wrażliwość?
Valerie zatrzymała się i chwyciła Jima za rękę.
– Spójrz na mnie, Jim. Nie żartuję.
Popatrzył jej prosto w oczy. To były oczy Valerie, niczyje inne, lecz w dziwny sposób wydawało mu się, że pani Vaizey wciąż jeszcze gdzieś tam jest, odwzajemniając jego spojrzenie.
– Pani Vaizey opuściła mnie… odeszła w światłość. Ale wydaje mi się, że próbuje do mnie mówić, nawet teraz. Kiedy wyczuwa coś naprawdę niedobrego, tak jak dzisiaj wieczorem… usiłuje mnie ostrzec. Szarpie mnie za umysł, jak gdyby szarpała mnie za rękaw. „Valerie, Valerie, dzieje się coś niedobrego". Powinnam przynieść mojego tarota… spróbować odkryć, czym się tak niepokoi.
– Valerie, miałem dzisiaj męczący dzień.
– Ale tu coś jest, Jim! Nie wolno ci tego po prostu zignorować!
– Valerie, jestem wykończony i zupełnie nie mam nastroju na wróżenie z tarota. Wracaj lepiej na dół, a ja może dołączę do was później. Będziesz mogła nauczyć mnie tańczyć merengę.
Valerie puściła jego ręce.
– Nie wierzysz mi, prawda? Myślałam, że ty, ze wszystkich ludzi…
Jim usłyszał brzęk podstawka na podłodze w kuchni, gdy kot niegdyś noszący imię Tibbles zakończył wylizywanie resztek mleka.
Читать дальше