– Chciałbym, żeby oprowadziła mnie pani po domu.
Spojrzała na niego zaskoczona, a także lekko poirytowana przymusem, jaki komisarz wobec niej stosował. Zabrakło jej jednak odwagi, aby odmówić.
– Dobrze – powiedziała, podnosząc się z trudem z fotela.
Spowodowany wypadkiem ból zaczynał z pewnością mocno jej dokuczać. Z jednym ramieniem uniesionym znacznie wyżej od drugiego, podtrzymując ręką łokieć, powiodła Montalbana w długi korytarz. Otworzyła pierwsze drzwi po lewej.
– Tutaj jest kuchnia.
Bardzo duża, wręcz ogromna, ale mało używana. Na jednej ze ścian wisiały miedziane garnki i garnuszki, prawie całkiem szare od kurzu, którym obrosły.
Mariastella otworzyła drzwi naprzeciwko.
– Tutaj jest jadalnia.
Ciemne, masywne, orzechowe meble. W ciągu ostatnich trzydziestu lat użyto ich z pewnością nie więcej niż jeden lub dwa razy.
Drzwi się zamknęły.
Poszli kilka kroków dalej.
– Tu po lewej jest łazienka – powiedziała Mariastella, nie otwierając jednak drzwi.
Zrobiła jeszcze trzy kroki i zatrzymała się przed kolejnymi zamkniętymi drzwiami.
– Tutaj jest mój pokój – ale nieposprzątany.
Zwróciła się ku drzwiom naprzeciwko.
– To jest pokój gościnny.
Otworzyła drzwi, wyciągnęła rękę, zapaliła światło i usunęła się na bok, aby przepuścić komisarza. Delikatny drażniący nozdrza grobowy osad leżał nad wszystkim, co znajdowało się w tym pokoju…
I Montalbano w mgnieniu oka zobaczył to, co spodziewał się ujrzeć: na krześle wisiało ubranie starannie przewieszone, a pod krzesłem stała para butów i leżały niedbale rzucone skarpetki.
Na łóżku zaś, brązowym od zakrzepłej krwi, dokładnie owinięty w nylon i jeszcze dokładniej opieczętowany samoprzylepną taśmą, leżał on, Emanuele Gargano.
– Nie ma już nic więcej do oglądania – powiedziała Mariastella Cosentino, gasząc światło w pokoju gościnnym i zamykając drzwi.
Pochylona już cała na jeden bok, odeszła korytarzem w stronę salonu, a Montalbano został przed zamkniętymi drzwiami niezdolny się poruszyć, niezdolny uczynić kroku. Mariastella nie widziała trupa. Nie było go dla niej na tym zakrwawionym łóżku, wykreśliła go zupełnie z pamięci, tak samo jak przed wielu laty ojca. Komisarz czuł, że w mózgu kłębi mu się burza, że głową targa wiatr; nie udawało mu się sformułować zdania, wypowiedzieć kolejno dwóch słów, które miałyby określony sens. Wydał wreszcie jakiś jęk, coś jakby skowyt zranionego zwierzęcia. Zdołał się ruszyć, wyrwać się z paraliżu bolesnym prawie ruchem. Pobiegł do salonu. Mariastella siedziała w fotelu blada jak płótno; rękę trzymała na ramieniu, jej usta drżały.
– Boże, jak mnie teraz boli!
– Sprowadzę lekarza – zaproponował komisarz, chwytając się przywróconej chwilowo rzeczywistości.
– Proszę zawiadomić doktora La Spinę – powiedziała Mariastella.
Komisarz znał tego siedemdziesięciolatka na emeryturze, który leczył tylko znajomych. Pobiegł do przedpokoju, gdzie obok aparatu leżała książka telefoniczna. Słyszał nadal uskarżającą się na ból Mariastellę.
– Pan doktor La Spina? Mówi Montalbano. Zna pan pannę Mariastellę Cosentino?
– Naturalnie, to moja pacjentka. Co jej się stało?
– Wpadła pod samochód. Bardzo boli ją ramię.
– Zaraz tam będę.
W tym momencie przyszło komisarzowi do głowy rozwiązanie, którego gorączkowo szukał. Ściszył głos; miejmy nadzieję – pomyślał – że lekarz nie jest głuchy.
– Panie doktorze, niech pan posłucha. Proszę pana o to, biorąc na siebie całą odpowiedzialność. Jest dla mnie bardzo ważne, żeby – proszę nie pytać o powód – panna Mariastella zasnęła mocno na kilka godzin.
Odłożył słuchawkę i parę razy głęboko odetchnął.
– Zaraz tu będzie – oznajmił po powrocie do salonu, starając się przybrać możliwie najbardziej normalny wyraz twarzy. – Bardzo panią boli?
– Tak.
Opowiadając później tę historię, komisarz w ogóle nie mógł sobie przypomnieć, czy jeszcze o czymś mówili. Może milczeli przez cały czas. Zaledwie usłyszał nadjeżdżający samochód, wstał i poszedł otworzyć drzwi wejściowe.
– Panie doktorze, bardzo pana proszę, niech pan ją opatrzy i zrobi, co trzeba, ale przede wszystkim proszę sprawić, żeby głęboko zasnęła. W jej własnym interesie.
Lekarz popatrzył mu długo w oczy, lecz nie stawiał pytań.
Montalbano został na dworze, zapalił papierosa, zaczął spacerować przed domem. Było ciemno. Przypomniał sobie profesora Tommasino. Czym pachniała noc? Wciągnął głęboko powietrze. Pachniała zgniłymi owocami, czymś, co się rozkłada.
Lekarz wyszedł z willi po półgodzinie.
– Nie ma nic złamanego, tylko poważnie kontuzjowane ramię – obandażowałem je – i biodro. Namówiłem ją, żeby poszła do łóżka, i zrobiłem, jak pan chciał. Zasnęła już i będzie spała kilka godzin.
– Dziękuję, doktorze. Sprawiłem panu kłopot i chciałbym…
– Nie ma o czym mówić, leczę Mariastellę od dzieciństwa. Ale uważam, że nie powinna zostać sama. Sprowadzę pielęgniarkę.
– Ja z nią zostanę, proszę się nie martwić. Pożegnali się. Komisarz odczekał, aż samochód zniknie, po czym wszedł do willi i zamknął drzwi. Nadeszła najtrudniejsza chwila: musiał z własnej woli wrócić w koszmar opowiadania, stać się znowu występującą w nim postacią. Przeszedł przed pokojem Mariastelli, zobaczył ją śpiącą w swoim łóżku pod kołdrą różową, wyblakłą, okapturzone czerwonymi abażurami lampki, na toalecie szereg kryształowych flakonów, przybory… Nie spała jednak snem spokojnym; długie stalowoszare kosmyki włosów wydawały się poruszać nieustannie na poduszce. Zdecydował się: otworzył drzwi naprzeciwko, zapalił żyrandol, wszedł do środka. Na łóżku połyskiwał w świetle spowijający ciało nylon. Montalbano zbliżył się i pochylił, aby lepiej widzieć. Podkoszulek Emanuele Gargano był przypalony na wysokości serca, otwór wlotowy pocisku widać było wyraźnie. Nie popełnił samobójstwa, pistolet leżał równo na stoliku nocnym przy łóżku po przeciwnej stronie pokoju. Mariastella zabiła Gargana, gdy spał. Na stoliku nocnym przy łóżku zmarłego leżały portfel i zegarek marki Rolex. Na ziemi obok łóżka widać było otwartą aktówkę, a w niej papiery i dyskietki komputerowe. Aktówka Pellegrina.
Teraz musiał to opowiadanie naprawdę zakończyć. Na drugiej poduszce znajduje się odcisk głowy? Czy jest na drugiej poduszce długi kosmyk stalowoszarych włosów? Przypatrzył się dobrze. Nie – na drugiej poduszce nie było żadnego odcisku, żadnego stalowoszarego włosa.
Odetchnął z ulgą. Przynajmniej tego mu oszczędzono. Zgasił światło, zamknął drzwi, wszedł do pokoju Mariastelli, wziął krzesło i usiadł obok niej. Ktoś powiedział mu kiedyś, że we śnie wywołanym umyślnie człowiek nie śni. Więc dlaczego tym nieszczęsnym ciałem wstrząsały chwilami gwałtowne dreszcze, dlaczego drżało, jakby porażone prądem? Ta sama osoba zapewniała go, że we śnie nie można naprawdę płakać. Więc dlaczego spod powiek tej kobiety spływały wielkie krople łez? Chyba nawet uczeni nie wiedzieli dobrze, co się dzieje w tajemniczej, niezrozumiałej, zagadkowej krainie snu. Ujął rękę śpiącej – buchała żarem. Przecenił Gargana. To był tylko oszust, zabójstwo Giacoma trudno mu było znieść. Zepchnął samochód w morze, złapał aktówkę i pobiegł pukać do drzwi Mariastelli, wierząc święcie, że ona nigdy nie puści pary z ust, że nigdy go nie wyda. Mariastella przyjęła Gargana, ugościła, pocieszyła. Potem położyła do łóżka, a kiedy zasnął, zastrzeliła go. Z zazdrości? Dlatego że dowiedziała się o związku swojego Emanuele z Giacomem? Nie – tego Mariastella nigdy by nie zrobiła. Komisarz zrozumiał: zabiła go z miłości, aby zaoszczędzić jedynej istocie, którą naprawdę kochała, pogardy, wstydu, więzienia. Nie było innego wytłumaczenia. Najciemniejsza (lub najjaśniejsza) strona jego umysłu podsunęła mu łatwe rozwiązanie. Wziąć ten pakunek, włożyć do bagażnika swojego samochodu, pojechać w miejsce, gdzie poniósł śmierć Giacomo, i wrzucić do morza. Nikomu nie przyszłoby wtedy na myśl, że w sprawę jest zamieszana Mariastella Cosentino. Ponadto on sam by się uśmiał, widząc twarz Guarnotty po obejrzeniu ciała Gargana starannie owiniętego nylonem: dlaczego mafia tak go opakowała – zastanawiałby się na pewno w zdumieniu.
Читать дальше