Zadzwonił telefon. Czy też naprawdę w tym domu nie można spokojnie zasnąć? Było późno, prawie pierwsza. Klnąc, podniósł słuchawkę.
– Halo, kto mówi? – powiedział głosem, który przeraziłby groźnego zbója.
– Obudziłem cię? Tu Nicoló.
– Nie, jeszcze nie spałem. Jest coś nowego?
– Nie, ale opowiem ci coś, co cię rozbawi.
– Nie będzie to łatwe.
– Wiesz, jaką opinię wyraził prokurator Tommaseo w wywiadzie, który z nim przeprowadziłem? Że to nie mafia zamordowała tych dwóch, jak twierdzi Guarnotta.
– Więc kto?
– Jakiś zazdrośnik, który zaskoczył ich podczas schadzki. Co o tym sądzisz?
– Tommaseo, gdy tylko usłyszy, że w grę wchodzi trochę seksu, puszcza wodze wyobraźni. Kiedy nadajesz ten wywiad?
– Nigdy. Prokurator naczelny dowiedział się o tym i do mnie zadzwonił. Był, biedak, zakłopotany. Dałem mu słowo, że wywiadu nie pokażę.
Przeczytał niecałe trzy strony Simenona, ale mimo wysiłków nie mógł czytać dalej, zbytnio chciało mu się spać. Zgasił światło i zapadł natychmiast w nieprzyjemny raczej sen. Śnił, że jest znowu pod wodą, obok samochodu Gargana, i widzi ciało Giacoma poruszające się jak kosmonauta w stanie nieważkości, wykonujące rodzaj tańca. Potem zza skały dobiegał go głos:
– A kuku! A kuku!
Odwracał się szybko i widział księgowego Gargano. On też był martwy, i to od dawna. Twarz miał oblepioną zielonym meszkiem, ramiona i nogi oplatały mu wodorosty. Prąd obracał nim powoli wokół własnej osi, jakby zatknięto go na rożen i umieszczono nad paleniskiem. Kiedy twarz Gargana lub to, co miało nią być, zwracała się w stronę komisarza, usta otwierały się za każdym razem i mówiły:
– A kuku! A kuku!
Obudził się zlany potem, z trudem wynurzając się z tego snu. Zapalił światło i wydało mu się, że inne światło, niespodziewane i szybkie jak błyskawica, zajaśniało mu na chwilę w mózgu.
Dokończył zdanie przerwane telefonem od Zita: panna Mariastella Cosentino zachowywała się tak, jakby doskonale wiedziała, gdzie skrył się księgowy Gargano.
Ta myśl nie pozwalała mu spać. Zasypiał, ale po niecałej półgodzinie budził się i natychmiast zaczynał rozmyślać o Mariastelli Cosentino; na temat dwóch spośród trzech zatrudnionych w „Królu Midasie" osób wyrobił sobie już przedtem jasny pogląd, chociaż Giacoma nigdy nie widział żywego. O siódmej wstał, włożył do magnetowidu przygotowaną mu w Reteliberze kasetę i obejrzał ją uważnie. Mariastella pojawiała się tam dwa razy przy okazji otwarcia agencji w Vigacie, zawsze u boku Gargana, wpatrzona w niego z uwielbieniem. Była to więc miłość od pierwszego wejrzenia, która z czasem miała stać się wszechogarniająca, absolutna. Musiał z tą panną porozmawiać i miał dobry pretekst. Jego przypuszczenia znajdowały stopniowo potwierdzenie w faktach, zapyta więc Mariastellę, czy stosunki między Garganem a Pellegrinem wydawały się jej w ostatnich czasach napięte. Jeśli przytaknie, okaże się uzasadnione także przypuszczenie, zgodnie z którym ci dwaj umówili się, że będą udawać skłóconych. Postanowił jednak, że zanim pójdzie do Mariastelli, postara się czegoś więcej o niej dowiedzieć.
Przyjechał do komisariatu koło ósmej i zaraz zawołał Fazia.
– Potrzebne mi informacje o Mariastelli Cosentino.
– Chryste Panie! – powiedział Fazio.
– Czemu się tak dziwisz?
– Muszę się dziwić, panie komisarzu! Przecież ona wygląda na żywą, a jest martwa! Co pan chce wiedzieć?
– Co się mówi i mówiło o niej w mieście. Co robiła, gdzie pracowała, zanim zatrudnił ją Gargano. Kim byli jej ojciec i matka. Gdzie mieszka i jakie ma zwyczaje. Wiemy na przykład, że nie ogląda telewizji, ale korzysta z telefonu.
– Ile mam na to czasu?
– Najpóźniej o jedenastej złożysz mi raport.
– Dobrze, panie komisarzu, ale musi mi pan wyświadczyć uprzejmość.
– Jeśli tylko mogę, to z chęcią.
– Może pan, panie komisarzu, może pan.
Wyszedł i natychmiast wrócił, niosąc w ramionach tonę papierów do podpisu.
Dokładnie o jedenastej Fazio zastukał do drzwi i wszedł. Komisarz przyjął go z zadowoleniem; podpisał już trzy czwarte dokumentów i zdrętwiała mu ręka.
– Weź te papiery i wynieś je stąd.
– Te niepodpisane też?
– Te też.
Fazio zabrał je i zaniósł do swojego pokoju, po czym wrócił.
– Trochę się dowiedziałem – oznajmił, siadając.
Wyciągnął z kieszeni drobno zapisaną kartkę.
– Posłuchaj, Fazio. Błagam cię, żebyś starał się pohamować swoją skłonność do drobiazgowej dokumentacji godnej urzędnika stanu cywilnego. Mów mi o sprawach zasadniczych, nic mnie nie obchodzą dokładna data i miejsce ślubu ojca i matki Mariastelli Cosentino. Dobrze?
– Dobrze – odparł Fazio z niezadowoloną miną. Przeczytał kartkę po cichu dwukrotnie, złożył ją i umieścił ponownie w kieszeni.
– Panna Cosentino jest pana rówieśniczką, panie komisarzu. Urodziła się w lutym tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego roku. Jej ojcem był Angelo Cosentino, handlarz drewnem, człowiek uczciwy, ceniony i szanowany; należał do jednej z najstarszych rodzin w Vigacie. W tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku, kiedy przybyli tu Amerykanie, mianowano go burmistrzem; pozostał nim aż do tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego roku. Potem nie chciał już zajmować się polityką. Matka, Carmela z domu Vasile-Cozzo…
– Jak powiedziałeś? – spytał Montalbano, który dotąd słuchał niezbyt uważnie.
– Z domu Vasile-Cozzo – powtórzył Fazio.
Czyżby krewna pani Clementiny? Jeśli tak, wszystko stałoby się łatwiejsze.
– Poczekaj chwilkę – powiedział do Fazia. – Muszę zadzwonić.
Panią Clementinę głos Montalbana w słuchawce wyraźnie uszczęśliwił.
– Od bardzo dawna już mnie pan nie odwiedza, niecnota z pana prawdziwy.
– Proszę mi wybaczyć, ale mam tyle pracy… Pani Clementino, czy nie jest pani przypadkiem spokrewniona z Carmelą Vasile-Cozzo, matką panny Mariastelli?
– Oczywiście. To moja bliska kuzynka, córka mojego stryja. Dlaczego pan pyta?
– Czy nie będę przeszkadzał, jeśli do pani wpadnę?
– Wie pan doskonale, jak lubię pana wizyty. Niestety, nie mogę zaprosić pana na obiad, bo mam w domu syna z żoną i wnuczkiem. Ale jeśli chce pan przyjść po południu, koło czwartej…
– Doskonale. Do zobaczenia.
Odłożył słuchawkę i spojrzał w zamyśleniu na Fazia.
– Wiesz, co ci powiem? Nie jesteś mi już potrzebny. Opowiedz mi tylko, co o Mariastelli gadają.
– A co mają gadać? Mówią tylko, że była zakochana po uszy w Garganie. No i że między tymi dwojgiem nigdy do niczego nie doszło.
– Dobrze. Możesz odejść.
Fazio wyszedł, mrucząc pod nosem:
– Cały ranek straciłem przez tego dobrego człowieka.
W zajeździe „San Calogero" jadł tak niechętnie, że nie uszło to uwagi właściciela.
– Co to, mamy kłopoty?
– Tak po trochu.
Wyszedł i udał się na spacer po molu, aż pod latarnię morską.
Usiadł na swoim ulubionym głazie, zapalił papierosa. Nie miał ochoty o niczym myśleć, chciał tylko tak sobie siedzieć i słuchać szmeru fal między skałami. Od myśli jednak nie uciekniesz, dosięgną cię, choćbyś nie wiedzieć jak starał się je od siebie oddalić. Myślał więc o drzewie oliwnym, które ścięto. Tak, teraz mógł się schronić już tylko na ten głaz.
Powietrza wokół z pewnością nie brakowało, a przecież poczuł nagle niezrozumiałą duszność, jakby jego przestrzeń życiowa niespodziewanie się zmniejszyła. I to znacznie.
Читать дальше