Kiedy już wypili kawę w salonie, pani Clementina zaczęła mówić.
– Moja kuzynka Carmela wyszła bardzo młodo za mąż za Angela Cosentino, człowieka wykształconego, miłego i uczynnego. Mieli tylko jedno dziecko – Mariastellę. Była moją uczennicą, miała szczególny charakter.
– W jakim sensie?
– Zamknięta w sobie, pełna rezerwy, prawie opryskliwa, ponadto wielka formalistka. W Montelusie uzyskała dyplom księgowej. Myślę, że bardzo negatywnie odbiła się na niej strata matki; miała wtedy zaledwie piętnaście lat. Od tamtej chwili poświęciła się całkowicie ojcu. Przestała nawet wychodzić z domu.
– Warunki materialne mieli dobre?
– Nie byli bogaci, ale sądzę, że nie byli też biedni. W pięć lat po śmierci Carmeli zmarł także Angelo. Mariastella miała już więc dwadzieścia lat, nie była małą dziewczynką; ale zachowała się tak, jakby nią była.
– Co takiego zrobiła?
– Kiedy dowiedziałam się o śmierci Angela, poszłam do niej. Byli ze mną inni ludzie, mężczyźni, kobiety. Mariastella wyszła nam naprzeciw ubrana jak zwykle – nie włożyła żałoby także po śmierci matki. Ja, jako najbliższa krewna, objęłam ją, zaczęłam pocieszać. Odsunęła się, spojrzała na mnie i spytała: „Kto umarł?" Dreszcz mnie przeszedł, przyjacielu: ona nie chciała przyjąć do wiadomości, że ojciec nie żyje. Trwało to…
– …trzy dni – powiedział Montalbano.
– Skąd pan wie? – spytała ze zdumieniem pani Clementina Vasile-Cozzo.
Komisarz spojrzał na nią z jeszcze większym zdumieniem.
– Uwierzy mi pani, jeśli powiem, że nie wiem skąd?
– Trwało to właśnie trzy dni. Wszyscy usiłowaliśmy ją przekonać: proboszcz, doktor, ja, pracownicy przedsiębiorstwa pogrzebowego. I nic. Ciało biednego Angela leżało na łóżku, a Mariastelli nie sposób było namówić, żeby pozwoliła grabarzom je zabrać. Wówczas…
– …zdecydowaliście się na użycie siły, ale Mariastella akurat wtedy ustąpiła – dokończył Montalbano.
– Skoro zna pan tę historię – powiedziała pani Vasile-Cozzo – to dlaczego pan chce, żebym ją panu opowiadała?
– Proszę mi wierzyć, nie wiem, jak to się dzieje – powiedział komisarz z zakłopotaniem – ale odnoszę wrażenie, że to wszystko zostało mi już opowiedziane. Nie mogę jednak sobie przypomnieć, ani jak, ani gdzie, ani dlaczego. Chce pani, żebyśmy przeprowadzili eksperyment? Jeśli ja panią teraz spytam: „Myśleliście, że Mariastella zwariowała?" – będę już znał pani odpowiedź: „Nie myśleliśmy, że zwariowała, myśleliśmy, że jej zachowanie można wytłumaczyć".
– W istocie – odrzekła zaskoczona pani Clementina – tak właśnie myśleliśmy. Mariastella z całych swoich sił negowała rzeczywistość, nie chciała być sierotą pozbawioną jakiegokolwiek oparcia.
Dobry Boże, skąd on mógł znać nawet myśli bohaterów tej opowieści? Około 1970 roku od dawna już nie przebywał z ojcem w Vigacie, nie mieli tam krewnych czy przyjaciół, w tamtym czasie studiował w Katanii. Tej historii nie mógł mu więc opowiedzieć ktoś, kto bezpośrednio w niej uczestniczył. No i jak to wytłumaczyć?
– Co się stało potem? – zapytał.
– Przez kilka lat Mariastella żyła ze skromnego spadku po ojcu. Później jeden z krewnych znalazł jej posadę w Montelusie. Pracowała tam aż do czterdziestego piątego roku życia, z nikim się nie zadając. Następnie zwolniła się. Wyjaśniła komuś, nie pamiętam komu, że to zrobiła, bo bała się już jeździć codziennie samochodem tam i z powrotem. Ruch na szosie wzrósł, działało jej to na nerwy.
– To przecież niecałe dziesięć kilometrów.
– Co ja mam powiedzieć! Ktoś zwrócił jej uwagę, że musi też korzystać z samochodu, żeby dojechać od siebie z domu tutaj do miasta. Odpowiedziała, że na tej drodze czuje się bezpieczniej, bo ją dobrze zna.
– A dlaczego postanowiła zatrudnić się znowu? Brakowało jej pieniędzy?
– Nie. Pracowała długo w Montelusie i udało się jej coś zaoszczędzić; miała też chyba niewielką emeryturę. Małą, ale wystarczała jej z nawiązką. Nie – podjęła pracę, bo Gargano się do niej zwrócił.
Montalbano podniósł się całkiem z fotela, wyprostowany, podobny do napiętego łuku. Przestraszona reakcją komisarza pani Vasile-Cozzo zadrżała, złapała się za serce.
– Znali się wcześniej?
– Panie komisarzu, proszę się uspokoić, mogę dostać zawału.
– Przepraszam – powiedział Montalbano i usiadł znowu. – Z tego, co słyszałem, wynikało, że to ona zgłosiła się do Gargana.
– Nie, było tak. Kiedy Emanuele Gargano przyjechał po raz pierwszy do Vigaty, spytał o Angela Cosentino, tłumacząc, że jego stryj – ten z Mediolanu, co to był dla niego jak ojciec – opowiedział mu, że Angelo, będąc burmistrzem, bardzo mu pomagał i że nawet uchronił go przed bankructwem. I rzeczywiście, ja sama przypominam sobie, że jeszcze na początku lat pięćdziesiątych był tutaj kupiec nazwiskiem Filippo Gargano. Emanuele dowiedział się wtedy, że Angelo umarł i że z całej rodziny została tylko córka Mariastella. Chciał ją koniecznie poznać, potem zaproponował jej posadę, a ona się zgodziła.
– Dlaczego?
– Wie pan, panie komisarzu, Mariastella sama przyszła do mnie, by powiedzieć, że przyjmuje tę posadę. Widziałam ją wtedy ostatni raz, potem już mnie nie odwiedzała. Zresztą od śmierci jej ojca widziałyśmy się może z dziesięć razy. Odpowiedź jest prosta, panie komisarzu: zakochała się w Garganie, naiwnie i bez pamięci. Widać to było wyraźnie ze sposobu, w jaki o nim mówiła. A nic mi nie wiadomo, żeby w ogóle miała kiedyś narzeczonego. Biedaczka, zna ją pan…
– Dlaczego? – powtórzył Montalbano.
Pani Clementina popatrzyła na niego zdumiona.
– Nie słuchał mnie pan? Mariastella…
– Nie o to chodzi. Zastanawiałem się, dlaczego taki łajdak jak Gargano ją zatrudnił. Z wdzięczności? Na pewno nie. Gargano to wilk, rozszarpałby nawet kogoś z własnego stada. W Vigacie zatrudniał troje pracowników. Jeden – ten, którego zabito – był bardzo biegłym w swoim zawodzie spryciarzem, chociaż udawał niedoświadczonego; ale Gargano od razu pojął, jaki on jest. Drugim była wyjątkowo ładna dziewczyna, więc i w tym przypadku można zrozumieć powód. Ale Mariastella?
– Dla korzyści – odparła pani Clementina – wyłącznie dla korzyści. Przede wszystkim dlatego, że mieszkańcom miasta wydał się w ten sposób kimś, kto nie zapomina o ludziach, którzy bezpośrednio lub pośrednio mu pomogli. Za tę pomoc w jakiejś mierze się odwzajemniał, przyjmując do pracy Mariastellę. Czy to nie może okazać się korzystne dla oszusta? A poza tym mężczyźnie – oszustowi czy nie – zawsze jest wygodnie mieć pod ręką zakochaną kobietę.
Przypominał sobie niejasno, że agencję zamyka się o wpół do szóstej. Rozmawiając z panią Clementina, nie zauważył, że zrobiło się późno. Podziękował, pożegnał się, obiecał, że niebawem pojawi się znowu, wsiadł do samochodu i ruszył. Ciekawe, czy agencja będzie już zamknięta. Gdy znalazł się w pobliżu „Króla Midasa", zobaczył, że Mariastella zatrzasnęła akurat drzwi wejściowe i grzebie w torebce, najwyraźniej szukając kluczy. Prawie natychmiast znalazł wolne miejsce, zaparkował i wysiadł z wozu. Teraz wszystko odbyło się tak jak w scenie filmowanej w zwolnionym tempie. Mariastella przechodziła przez ulicę ze spuszczoną głową, nie patrząc w lewo ani w prawo. Zatrzymała się nagle tuż przed nadjeżdżającym samochodem. Montalbano usłyszał zgrzyt hamulców, zobaczył, że auto bardzo powoli wjeżdża prosto na kobietę i także nadzwyczaj wolno ją przewraca. Rzucił się biegiem w jej kierunku i w tym momencie wszystko wróciło do normalnego tempa. Kierowca wysiadł, pochylił się nad Mariastella, która leżała na ziemi jak długa, ale poruszała się, usiłując wstać. Nadbiegali inni ludzie. Kierowca, sześćdziesięciolatek o dystyngowanym wyglądzie, był śmiertelnie przerażony, całkiem blady.
Читать дальше