Kiedy już wszyscy stanęli na bezpiecznym gruncie, Nicoló zaczął znowu:
– Czy znaleźliście coś jeszcze w samochodzie?
– Nie udało się dotychczas dokładnie przeszukać samochodu w środku. Bardzo blisko wozu znaleziono skuter.
Montalbano nadstawił uszu, ale w tym miejscu reportaż dobiegł końca.
Co znaczyły słowa „bardzo blisko wozu"? On widział na własne oczy – nie mógł się pomylić – skuter we wnętrzu bagażnika. A więc? Można to było tłumaczyć tylko na dwa sposoby: albo któryś z płetwonurków wyciągnął stamtąd skuter bez szczególnego powodu, albo Guarnotta świadomie kłamał. Jeżeli jednak kłamał, to dlaczego? Może miał jakiś swój pomysł i starał się dopasować do niego każdy szczegół?
Zadzwonił telefon. Znowu Nicoló Zito.
– Podobało ci się?
– Tak, Nicoló.
– Dziękuję, że umożliwiłeś mi wyprzedzenie konkurencji.
– Udało ci się zrozumieć, jak to wszystko widzi Guarnotta?
– Nie trzeba było się wysilać, bo Guarnotta wcale nie kręci, wyraża się jasno – tyle że w prywatnej rozmowie. Uważa, że na publiczne deklaracje jeszcze czas. Jego zdaniem Gargano nadepnął na odcisk mafii. Bezpośrednio, to znaczy inkasując forsę jakiegoś mafiosa, albo pośrednio, to znaczy wkraczając na teren, na którym nie wolno mu było ani siać, ani zbierać.
– Ale co mógłby mieć z tym wspólnego ten nieborak Pellegrino?
– Miał po prostu to nieszczęście, że znalazł się w towarzystwie Gargana – pamiętaj, że referuję ci opinię Guarnotty – zabili ich obu, wsadzili do samochodu i zepchnęli go do morza. Potem, albo i przedtem, to bez znaczenia, wrzucili do morza także skuter Pellegrina. Za kilka godzin w pobliżu samochodu odnajdą się zwłoki Gargana, jeśli prąd nie zawlókł ich gdzieś daleko.
– Trafia ci to do przekonania?
– Nie.
– Dlaczego?
– Możesz mi wytłumaczyć, co robili tak późno w nocy na tym bezludziu Pellegrino z Garganem? Tam jeździ się tylko po to, żeby sobie podupczyć. A mnie się nie wydaje, żeby Gargano i Pellegrino byli…
– Ale powinno ci się wydawać.
Nicoló zachłysnął się, jakby wstrzymał na chwilę oddech.
– Co ty opowiadasz?
– Aby uzyskać więcej informacji, proszę zgłosić się dzisiaj o godzinie jedenastej do komisariatu miasta Vigata – wyrecytował Montalbano głosem spikerki z domu towarowego.
Kiedy odkładał słuchawkę, naszła go myśl, która kazała mu włożyć w pośpiechu ubranie i wyjść z domu bez mycia się i golenia. W parę minut później był już w Vigacie; uspokoił się, gdy zobaczył, że biura „Króla Midasa" jeszcze nie otwarto. Zaparkował i zaczął czekać. W lusterku wstecznym zobaczył wkrótce stare żółte cinquecento, zupełnie jak dla kolekcjonera. Gdy nadjeżdżający samochód znalazł wolne miejsce – o kilka stanowisk przed wozem Montalbana – wysiadła z niego panna Mariastella Cosentino i bez pośpiechu poszła otworzyć drzwi „Króla Midasa", Komisarz odczekał jeszcze kilka minut, zanim wszedł do środka. Mariastella siedziała na swoim miejscu nieruchomo jak posąg, z prawą ręką na słuchawce telefonu, w nadziei, że zaraz rozlegnie się jego dzwonek i że usłyszy ten upragniony głos, którego już nigdy nie miała usłyszeć Nie poddawała się. Nie miała w domu telewizora, może nie miała też żadnych przyjaciół, więc zapewne nic jeszcze nie wiedziała o odnalezieniu ciała Pellegrina i samochodu Gargana.
– Dzień dobry, jak się pani miewa?
– Dziękuję, nieźle.
Z tonu głosu komisarz domyślił się, że Mariastella nic jeszcze nie wie o tym, co się stało. Teraz musiał zagrać trzymaną w ręku kartą umiejętnie, rozważnie, bo Mariastella Cosentino była zdolna zamknąć się w sobie jeszcze bardziej niż zazwyczaj.
– Słyszała już pani nowinę? – rozpoczął.
No i jak to?! Najpierw obiecujesz sobie, że podejdziesz do sprawy umiejętnie i rozważnie, a potem zaczynasz rozmowę tak bezpośrednio, prymitywnie i banalnie, jak nie zrobiłby tego nawet Catarella? Teraz już lepiej przeć dalej jak czołg, niech się dzieje, co chce.
Jedyną oznaką zainteresowania Mariastelli było skrzyżowanie wzroku ze wzrokiem komisarza; nie otworzyła ust, o nic nie zapytała.
– Odnaleziono ciało Giacoma Pellegrino.
Boże święty, czy ona wreszcie zareaguje w jakikolwiek sposób?
– Leżało na dnie morza, w samochodzie księgowego Gargana.
Mariastella zrobiła wreszcie coś, co awansowało ją z rzędu nieożywionych przedmiotów na istotę przynależną do rodzaju ludzkiego. Poruszyła się, podniosła powoli dłoń znad telefonu i złożyła ją z drugą jakby do modlitwy. Oczy kobiety były teraz szeroko otwarte i pytały, pytały usilnie. Komisarzowi zrobiło się przykro. Odpowiedział:
– Jego tam nie było.
Oczy Mariastelli przybrały normalny wyraz. Jej ręka, działając jakby niezależnie od nieruchomego nadal tułowia, powoli poruszyła się znowu i spoczęła na telefonie. Oczekiwanie mogło trwać dalej.
Wtedy Montalbano poczuł, że ogarnia go ślepa wściekłość. Wetknął głowę w okienko, zajrzał kobiecie prosto w twarz.
– Wiesz doskonale, że nigdy już do ciebie nie zadzwoni – wysyczał.
Wydało mu się, że jest złowrogim wężem, któremu powinno się rozgnieść głowę. Wybiegł pędem z agencji.
Natychmiast po powrocie do komisariatu zatelefonował do doktora Pasquano.
– Czego pan chce, Montalbano? Czego mi pan głowę zawraca? Jeśli się nie mylę, w pana rejonie nikogo nie zamordowano – odezwał się Pasquano z wdziękiem, z którego słynął.
– No to Pellegrina wcale nie zabito.
– Kto panu powiedział taką bzdurę?
– Właśnie pan, doktorze, przed chwileczką. Nikt jeszcze nie dowiódł, że miejsce, gdzie znaleziono samochód Gargana, nie leży w moim rejonie.
– Tak, ale to nie pan prowadzi śledztwo! Prowadzi je przecież ten mądrala Guarnotta! W każdym razie powiem panu, że chłopak zginął od strzału w twarz. Od jednego strzału. W tej chwili nie mogę i nie chcę więcej panu powiedzieć. Proszę w najbliższych dniach kupować gazety, dowie się pan o wynikach autopsji. Zegnam pana.
Zadzwonił telefon.
– Co mam zrobić, łączyć pana czy nie?
– Catarella, jak mam ci odpowiedzieć, skoro nie mówisz, kto dzwoni.
– To prawda, panie komisarzu. Ale ta telefonistka chce być nonimowa, nie chce powiedzieć, jak się nazywa.
– Połącz mnie.
– Halo, tatusiu? Głos z seksowną chrypką w stylu Marleny Dietrich: to Michela Manganaro, ta łobuzica.
– Czego pani sobie życzy?
– Oglądałam rano telewizję.
– Taki z pani ranny ptaszek?
– Nie, ale musiałam się spakować. Po południu jadę do Palermo, mam egzaminy. Nie będzie mnie przez pewien czas, ale przedtem chciałabym się z panem zobaczyć, muszę panu coś powiedzieć.
– Proszę przyjść tutaj.
– Nie, do komisariatu nie przyjdę, mogłabym tam spotkać kogoś niemiłego. Jedźmy do lasku, który pan tak polubił. Jeśli to panu odpowiada, to o wpół do pierwszej pod moim domem.
– Jesteś pewien tego, co mi powiedziałeś? – spytał Nicoló Zita, który zgłosił się punktualnie o jedenastej. – Nigdy bym nie przypuszczał, a przecież przeprowadziłem z nim trzy czy cztery wywiady.
– Oglądałem kasetę – powiedział Montalbano. – Mówił i poruszał się tak, że zupełnie nie wyglądał na homoseksualistę.
– Widzisz? Kto ci opowiedział tę historię? To jakaś brednia, plotka puszczona w obieg tak sobie, żeby…
– Nie, do tego źródła mam zaufanie, to kobieta.
– Pellegrino też był taki?
– Tak.
– Sądzisz, że między tymi dwoma coś było?
Читать дальше