– Słucham.
– Mariastella się odwzajemniła: zaprosiła go na kolację do siebie do domu. I Gargano do niej poszedł – tak przynajmniej zrozumiałam, bo Mariastella nie mówiła o tym, tylko jęczała ze szczęścia, taka była przejęta.
– Ma ładny dom?
– Nigdy tam nie byłam. To wielka willa na odludziu, zaraz za Vigatą. Mieszkała tam z rodzicami, teraz mieszka sama.
– Czy to prawda, że Mariastella ciągle płaci czynsz i rachunki za telefon agencji?
– Prawda.
– Ma pieniądze?
– Ojciec coś musiał jej zostawić. Wiesz, chciała mi wypłacić z własnej kieszeni zalegle pobory za dwa miesiące „Księgowy mi później zwróci" – powiedziała. Nie, wymknęło się jej, a zaczerwieniła się przy tym jak burak: „Emanuele mi później zwróci". Świata nie widzi poza tym chłopem, nie chce pogodzić się z rzeczywistością.
– Jaka to rzeczywistość?
– Taka, że w najlepszym wypadku Gargano używa sobie na którejś z wysp Polinezji, a w najgorszym – obgryzają go teraz ryby.
Dojechali na miejsce. Michela pocałowała Montalbana w policzek i wysiadła. Potem wetknęła głowę przez okno i powiedziała:
– W Palermo mam do zdania trzy egzaminy.
– Powodzenia – odparł Montalbano. – Daj mi znać, jak ci poszło.
Pojechał bezpośrednio do Marinelli. Wszedłszy do domu, zauważył natychmiast, że Adelina wróciła do pracy: na łóżku leżały wyprasowane koszule i bielizna pościelowa. Otworzył lodówkę i stwierdził, że zawiera tylko talerz sardeli przyprawionych octem, czosnkiem i oregano oraz duży plaster żółtego sera. Lekkie rozczarowanie minęło, zaledwie otworzył piecyk: była tam wspaniała zapiekanka z makaronu! Porcja ogromna, na cztery osoby, którą pochłonął bez pośpiechu, sumiennie. Usadowił się potem na werandzie – pozwalała na to pogoda. Chciał porozmyślać, ale nie porozmyślał. Szmer fal wkrótce ukołysał go słodko do snu.
„Nie jestem na szczęście krokodylem, bo utopiłbym się we własnych łzach".
Taka była ostatnia sensowna – albo i nie – myśl, jaka przyszła mu do głowy przed zaśnięciem.
O czwartej po południu siedział już w swoim pokoju w komisariacie. Zaraz pojawił się tam Mimi.
– Gdzie byłeś?
– Wypełniałem swój obowiązek. Jak tylko usłyszałem tę wiadomość, popędziłem na miejsce i zgłosiłem się do dyspozycji Guarnotty. W twoim imieniu i zgodnie z rozporządzeniem naszego kwestora. To przecież nasz rejon, prawda? Dobrze zrobiłem?
Augello, kiedy chciał się postarać, mógł naprawdę służyć za przykład dla innych.
– Doskonale zrobiłeś.
– Powiedziałem mu, że zgłaszam się wyłącznie w charakterze pomocnika; że jeśli zechce, pójdę dla niego po papierosy. Bardzo mu się to podobało.
– Znaleźli ciało Gargana?
– Nie, i są zniechęceni. Wypytali jakiegoś starego rybaka z tamtych stron. Powiedział, że jeśli truposz nie zaczepił się o jakąś skałę, to teraz, ze względu na silne prądy, jakie tam są, płynie już w kierunku Tunezji. W związku z tym wieczorem zakończą poszukiwania.
W drzwiach stanął Fazio. Komisarz dał mu znak, żeby wszedł i usiadł. Z wyrazu twarzy Fazia było widać, że cos wie i że trudno mu się powstrzymać.
– A więc? – spytał Montalbano Augella.
– A więc jutro rano Guarnotta ma spotkać się z prasą.
– Wiesz, co powie?
– Naturalnie. Po co inaczej pchałby się na to odludzie? Powie, że zarówno Gargano, jak i Pellegrino padli ofiarą zemsty ze strony mafii, którą Gargano chciał wyrolować.
– No i skąd ta cała mafia mogła wiedzieć o dzień wcześniej – mówię to i powtarzam – że Gargano nie do trzyma słowa i że trzeba go załatwić? Zrozumiałbym, gdyby go zamordowali pierwszego albo drugiego września Ale o dzień wcześniej – nie wydaje ci się to co najmniej dziwne?
– Dziwne z pewnością, nawet bardzo dziwne. Ale pytaj o to Guarnottę, nie mnie.
Komisarz zwrócił się teraz z szerokim uśmiechem do Fazia.
– Szczęśliwy, kto cię widzi!
– Przynoszę ładunek – powiedział z powagą Fazio. – Ciężki ładunek.
Pragnął dać do zrozumienia, że ma w ręku mocny atut. Montalbano nie stawiał pytań, pozwalając mu wypowiedzieć się bez pośpiechu i dać wyraz swojemu zadowoleniu. Fazio wyciągnął z kieszeni kartkę, rzucił na nią okiem i mówił dalej.
– Udało mi się dowiedzieć, czego chciałem, ale dużo mnie to kosztowało.
– Musiałeś zapłacić? – spytał Augello.
Fazio spojrzał na niego niechętnie.
– Chciałem powiedzieć, że kosztowało mnie to dużo słów i cierpliwości. Banki odmawiają udzielania informacji o interesach swoich klientów, zwłaszcza jeżeli te interesy trochę śmierdzą. W każdym razie udało mi się przekonać jednego z urzędników, zaczął mówić. Prosił mnie jednak na kolanach, żeby nie wyjawiać jego nazwiska. Jest na to zgoda?
– Jest – powiedział Montalbano – tym bardziej że śledztwo nie do nas należy. My jesteśmy po prostu ciekawi. Powiedzmy – prywatnie ciekawi.
– Więc tak – ciągnął Fazio – do banku, gdzie Giacomo Pellegrino miał konto, na które wpłacano mu co miesiąc pobory, pierwszego października ubiegłego roku wpłynął przelew w wysokości dwustu milionów lirów. Drugi przelew w tej samej wysokości nadszedł piętnastego stycznia bieżącego roku. Ostatni, na trzysta milionów, wpłynął siódmego lipca. Łącznie siedemset milionów. Więcej przelewów nie było. Pellegrino nie posiada też innych kont ani w bankach tutejszych, ani w Montelusie.
– Od kogo pochodziły przelewy? – spytał Montalbano.
– Od Emanuele Gargana.
– O, cholera! – powiedział Augello.
– Wpłat dokonywał z banku, w którym posiadał konto osobiste, nie z tego, z którym miał do czynienia w związku z działalnością „Króla Midasa" – kontynuował Fazio. – Przekazywane Pellegrinowi pieniądze nie pochodziły z funduszy firmy. Była to najwyraźniej sprawa prywatna między nimi dwoma.
Fazio skończył z zawiedzioną miną. Był rozczarowany, ponieważ Montalbano nie wyglądał bynajmniej na zachwyconego; wydawało się, że to, co usłyszał, ani go ziębi, ani grzeje. Fazio jednak nie chciał się poddać i raz jeszcze ruszył do ataku.
– Wiecie, co odkryłem na dodatek? Za każdym razem, następnego dnia po otrzymaniu przelewu, Pellegrino wpłacał pieniądze…
– …przedsiębiorstwu, które budowało mu willę – dokończył Montalbano.
Opowiadają, że pewnego razu król Francji, mając już dosyć wysłuchiwania od królowej, że jej nie kocha, bo nie jest o nią zazdrosny, poprosił jednego ze swoich dworzan, żeby następnego dnia rano wszedł do sypialni królowej, rzucił się do jej stóp i wyznał swą gorącą miłość. W kilku chwil później miał się zjawić sam król i widząc, co się dzieje, zrobić żonie okropną scenę zazdrości. Więc następnego ranka król zaczaił się w pobliżu sypialni królowej, poczekał, aż wejdzie dworzanin, z którym się umówił, policzył do stu, obnażył szpadę i szeroko otworzył drzwi. No i zobaczył żonę i dworzanina nagich w łóżku, spółkujących z takim zapałem, że nawet nie zauważyli jego przybycia. Biedny król wyszedł z sypialni, włożył szpadę do pochwy i powiedział: „Cholera, popsuli mi scenę!"
Fazio zachował się zupełnie inaczej niż król Francji. Widząc, że popsuto mu scenę, zerwał się z krzesła, zaczerwienił, zaklął i wyszedł, mamrocząc coś pod nosem.
– Co go ugryzło? – spytał zdziwiony Augello.
– Chodzi o to, że ja potrafię być czasem trochę dokuczliwy.
– Mnie to mówisz? – powiedział Augello, któremu dokuczliwość komisarza nieraz dała się we znaki.
Читать дальше