– Może ja bym nie musiał iść, powinienem ćwiczyć – mówi Jan, drepcząc obok profesora. – Wkrótce Moskwa… Konkurs. Profesor uśmiecha się.
– Tak, Moskwa. Konkurs. Zanim pan pojedzie, trzeba będzie iść po paszport, prawda? Myśli pan, że oni nie zauważą, kogo tu nie ma? w takim dniu? Co panu szkodzi popatrzyć? To będzie ciekawe przeżycie dla artysty. Ja idę z czystym sumieniem. Jestem z natury obserwatorem.
Idziemy. „Więcej jest takich, którzy udają, że znaleźli się tu tylko jako widzowie. Z ciekawości. Może dlatego jest nas tak dużo. Niby nikt nie chce, lecz wszyscy idą”, myśli Jan.
Dwa dni wcześniej coś się stało na północy naszego kraju. Nikt nie wie, co. Nawet Wolna Europa wie niewiele więcej niż my. Podobno ludzie wyszli na ulice. Podobno coś krzyczeli. A krzyczy się tylko na pochodzie pierwszomajowym i tylko to, co z góry uzgodniono. Tamci krzyczeli to, co mieli ochotę krzyczeć. „Nic nie wiem, choć każdy coś słyszał”, myśli Jan. I dlatego dziś idziemy i też będziemy krzyczeć, ale to, co każą. Przygotowano ludzi, transparenty i słowa…
Więc idziemy. Boimy się spotkać znajomych, którzy nas zobaczą – choć niepotrzebnie. Bo oni też idą. Boimy się nieprzypadkowych obserwatorów naszego pochodu. Bo wobec nich musimy udawać, że idziemy dobrowolnie, dziarsko i ochoczo. Więc udajemy. A oni udają, że nam wierzą.
Im bliżej tego stadionu, tym idzie się nam łatwiej. Bo już jesteśmy sami. Sami swoi. Nasi, oddani ludzie. Towarzysze. Rozwijamy zmięte flagi, prostujemy transparenty i plecy.
Weszliśmy. Wypełniamy stadion. Zimny wiatr łopocze flagami. Gnie transparenty. Gnie ludzi. Mimo czerwca jest bardzo zimno. „Nawet przyroda nam nie sprzyja”, myśli Jan. Teraz czekamy. Zapalamy papierosy i trzymając zapałkę w stulonych dłoniach, szepczemy do najbliżej stojącej osoby: „Ale heca, co? Ja tylko chciałem to zobaczyć”. „No. Ja też”. „Tak”, powtarza Jan, „ja też”.
Jesteśmy. Nadal udajemy, że przyszliśmy tu z ciekawości lub przez pomyłkę. Z nieświadomości lub z przymusu. Lecz każdy przyszedł, bo przynależy. Więc gdy pada rozkaz, wypełniamy stadiony, place, sale konferencyjne. I mrugamy do siebie, że jesteśmy tu przypadkiem, choć naprawdę jesteśmy ogniwem łańcucha, który twardo opasuje wszystkie nasze miasta. I wsie. A nawet puste przestrzenie między nimi. „Nasza bierność zamienia się w ich siłę”, myśli Jan.
Stoimy. Stoimy cierpliwie, przestępując z nogi na nogę i czekamy. Ktoś zapewne wie, co mamy robić, więc czekamy, aż da sygnał.
Dają sygnał. Mikrofony bełkotliwie niosą słowa-szyfry. Udajemy, że to nie nasze słowa, a nawet, że nas śmieszą. Ale nie śmiejemy się. Przestępujemy z nogi na nogę i cierpliwie czekamy, co i kiedy każą nam krzyczeć.
Zaczęli. Zaczęliśmy.
– M-y-y-y r-o-b-o-t-n-i-i-i-i-c-y-! M-y-y-y i-n-t-e-1-i-g-e-n-c-j-a-a-a-a-! M-y-y-y m-ł-o-d-z-i-e-e-e-e-ż! Jesteśmy z wami, towarzyszu Gierek! Jesteśmy z wami, towarzyszu Jaroszewicz! P-o-t-ę-ę-ę-e-p-i-a-m-y-y-y-y!!!! Precz z warchołami z Radomia i Ursusa-a-a-a! Niech ży-y-y-y-y-y-y-y…
„Strach przygnał nas na ten stadion. Wybraliśmy strach. Strach wybrał nas. Widocznie wiedział, kogo wybierać”, myśli Jan i czeka, aż to się skończy.
Wreszcie znowu idziemy. Już wyczerpano słowa-szyfry, od siebie nie trzeba nic dodawać. Nawet nie należy. A nuż ktoś powie nie to, co powinien?
Chowamy wymiętoszone flagi. Zwijamy podniszczone transparenty. Wracamy wolnym krokiem, tracąc marszowy szyk i przypadkowym przechodniom może się wydawać, że wracamy ze spaceru. Ale dziś nie ma przypadkowych przechodniów. Ci, co tak wyglądają, tylko udają, że nimi są. Oni też wracają z tego stadionu, placu, konferencyjnej sali. Wracają ze spaceru do własnego „ja”. Co tam znaleźli?
– Upokorzenie. Rozumiesz? – pyta tata.
– Nie – mówi Ewa. – Szliście sobie, krzyczeliście coś, rozwinęliście jakieś flagi i tyle. Nie. Nie rozumiem. Gdzie tu upokorzenie?
– Wkrótce nikt nie zrozumie – zamyśla się Jan. – Niedługo historycy, którzy uznają tylko daty i fakty, podzielą naszą historię na tę do 1989 roku i tę po nim. A przecież nie przepołowią człowieka, któremu przypadło żyć po obu stronach tej granicy.
Człowiek przepołowiony:
…nie, nikt nie uwierzy, że my, w tamtych latach, a nawet w czasach stalinowskich, w których żyli moi rodzice, mogliśmy mimo wszystko cieszyć się życiem. Nikt nie uwierzy, że wśród tych paru milionów należących do partii, takich jak ja, mogli być też normalni, zwykli ludzie. Kochali, śmiali się, płakali, pili, tańczyli, a zamiast marzyć o wolności – marzyli tylko o własnym, małym szczęściu. Nie, nie krzywdzili nikogo, najwyżej siebie.
Ewa oglądając kiedyś pochody pierwszomajowe w starych kronikach filmowych, pokazywanych w telewizji, spytała: „Ty też tak chodziłeś? Naprawdę? Dlaczego? To strasznie śmieszne”. Czy wtedy, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, to było śmieszne? Niekiedy tak. Niektórzy, idąc w tym pochodzie, śmiali się, żartowali, podrywali dziewczyny i traktowali to jako wielki, wesoły piknik. I nie czuli żadnej winy.
…bo nie sposób przepołowić człowieka i powiedzieć mu, że większą część życia spędził w kłamstwie i upokorzeniu, a nawet w kolaboracji. To przecież było nasze życie, drugiego nam nie dadzą, a my też chcemy mieć prawo powiedzenia: „byliśmy szczęśliwi”.
Tak, byłem niekiedy szczęśliwy, bo szczęście nie zna politycznych granic i układów, nie hołduje żadnej ideologii, ba, ono nawet bywa niezgodne z dekalogiem.
…nie, moje życie to ciągłość i nikt nie podzieli mi go na tę niby lepszą część po 1989 roku i na tę gorszą sprzed. Nie pozwolę na to. Ta prawda będzie już tylko moja, schowana we mnie, niewypowiedziana. Historycy obejdą się z nią po swojemu, dodając daty i fakty, gotowe przymiotniki i imiesłowy, pomijając śmiech, radość, łzy, rozterki, wstyd lub dumę.
– Daty i fakty – mówi Jan. – Daty i fakty będą przeciw nam. Przeciw mnie. Ale może ktoś kiedyś spyta, gdzie jest różnica między tamtym sprzedawaniem się za nic, tylko za własny strach lub za gwarancję niby-normalnego życia, a sprzedaniem się za wielką łapówkę?
– No i gdzie jest ta granica? – pyta Ewa.
– Nie wiem. Może w pieniądzach? Może szmacenie się za duże pieniądze jest szlachetniejsze od szmacenia się bezinteresownie?
– Nie rozumiem – mówi Ewa.
Tata znowu myśli tak długo, że kończy się cała jedna część sonaty.
– Każdy ma jakieś ideały, do których chciałby sięgać – mówi wreszcie. – i zachowania, którymi gardzi. Najbardziej upokarzające – to gardzić samym sobą.
Rozumiesz?
– Tak. Chyba tak – mówi niepewnie Ewa. – Ale myślałam, że jak cię spytam o upokorzenie, to powiesz coś o mamie.
– o mamie? – dziwi się ojciec. Nagle robi się jeszcze mniejszy i chudszy. Marszczy brwi, kręci głową, zagryza wargi. – To przecież coś całkiem innego. Mama to mama.
„Mama to nie upokorzenie? Więc co?”, myśli Ewa.
– Dlaczego nagle o to pytasz?
– Chcę komuś coś wytłumaczyć. I nie umiem – mówi Ewa. – Dobranoc.
Teraz trzeba odczekać, aż Złotko pójdzie spać. Trzeba złapać moment, gdy mama zacznie zmywać naczynia i puści Presleya, bo wtedy stanie się bardziej miękka i będzie jej można powiedzieć.
– Mamo…
– Niedługo święta wielkanocne i jak zwykle nie mamy forsy. u jednych na stołach aż się przewala w święta od żarcia, a u nas będzie post – oznajmia matka i jest jasne, że skoro zeszło na pieniądze, to lepiej nic nie mówić. Ewa wychodzi z kuchni.
Читать дальше