Odwrotną stronę okładki wypełniała w całości podobizna Racine’a; była to czarnobiała reprodukcja portretu, który przypisywano François de Troy. Przedstawiała pisarza w miarę jeszcze młodego, trzydziestoparoletniego. Migdałowymi oczami spoglądał tęsknie gdzieś w bok, jakby na kogoś koło mnie (po mojej prawej stronie) i smutno się uśmiechał w ledwo uchwytny sposób.
„Patrzy na nią, nie na mnie”, pomyślałem z goryczą. „Na postać, nie na tło. Ja jestem dlań… pustym miejscem.”
Przerzuciłem stronice, szukając nazwiska Jerzyka. Odnalazłem je szybko – ponad tytułem „Geniusz” i gęstą szpaltą tekstu. Była to z entuzjazmem i swadą napisana zwięzła sylwetka Racine’a z wplecionym tu i ówdzie detalem biograficznym. W umyśle czytającego rozkwitał obraz artysty pełnego wewnętrznych sprzeczności.
Oto w pobożnym mieszczuchu uformowanym duchowo przez słynny Port-Royal, jansenistyczną „samotnię”, w której kultywowano obyczajowy rygoryzm i doktrynę wyższości łaski bożej nad wolą i zasługą człowieka, gnieździł się umysł genialny o zgoła diabelskich zdolnościach. To najogólniej. A dalej: w ubogim sierocie z prowincji, poczciwym i nieśmiałym, mieszkał żądny kariery i rozgłosu światowiec; w lodowej górze logiki tkwił wulkan namiętności; w wyznawcy Apollina wyprawiał dzikie orgie rozpasany Dionizos; w jasnej, chrześcijańskiej duszy otwartej na nadzieję i niebiańską pogodę panował posępny mrok skrajnego pesymizmu.
Jakie ziarno i gleba, taki owoc i plon. Życie i dzieło pisarza nosiło wszelkie znamiona owych ostrych sprzeczności. Było przedziwnie rozdarte, jaskrawo zróżnicowane. Po dziewiętnastu latach anielskiego dzieciństwa i przykładnej młodości wypełnionej modlitwą i wzorową nauką (choć zdradzaną niekiedy dla sensacyjnych romansów czytanych pod ławą szkolną) następował wiek męski – grzeszny, występny, szalony, znaczony miłosną gorączką i przygodami ciała, orlimi lotami geniuszu i zawrotną karierą, zdobny w fawory królewskie, a z drugiej strony, z piętnem niejednej diablerie. W ciągu dziesięciu lat powstało siedem tragedii, jedna lepsza od drugiej, a ich autor brylował w salonach i na dworze, podbijał i zdobywał serca pięknych aktorek i wspinał się do wysokich a popłatnych godności. Wreszcie, w wieku zaledwie trzydziestu siedmiu lat, zrywał nagle z teatrem i libertyńskim życiem, „tą karygodną ułudą i targowiskiem próżności.;jak marnotrawny syn wracał do Port-Royal, dopełniał aktu skruchy, paląc wszystkie notatki i plany kolejnych dramatów, i żenił się z szarą mieszczką, pobożną, cichą córką wziętego notariusza, która do końca swych dni nie przeczytała słowa z jego natchnionych linijek. Miał z nią siedmioro dzieci: pięć córek i dwóch synów, którym zohydzał, jak umiał, literaturę piękną. W ciągu dwudziestu trzech lat owego zacnego życia stał się zręcznym dworakiem skłonnym do bigoterii.
A jednak i w tym okresie jego niezwykły geniusz dał jeszcze o sobie znać. Stało się to za sprawą pani de Maintenon, niemłodej już i pobożnej morganatycznej żony Ludwika czternastego, która patronowała znanej pensji dla dziewcząt z uboższych rodów szlacheckich. W zakładzie tym uprawiano, między innymi, teatr – dla kształcenia wymowy i eleganckich manier. I w trosce o repertuar na wysokim poziomie sięgnięto po „złote zgłoski” autora Bereniki. Przyniosło to najzupełniej niespodziewane skutki. Dziewczęta grały za dobrze, zatrważająco dobrze! Z takim ogniem i żarem, że bogobojna patronka kazała przerwać próby. Nie chcąc jednakże tracić znakomitego pióra, zwróciła się do poety, aby specjalnie dla niej – dla zakładu w Saint-Cyr – napisał nową sztukę, „moralną”, „ze śpiewami”, w której by nie czyhało „niebezpieczeństwo dla duszy”. Racine, od lat dwunastu kroczący drogą cnoty, mający wszelki teatr za dzieło złego ducha, zrazu odrzucił prośbę, później długo się wahał, aż w końcu – znęcony myślą o trudzie dla chwały bożej – podjął się spełnić zadanie.
I oto co z tego wynikło: ułożona tragedia pod tytułem Estera, osnuta na motywie wziętym z Pisma Świętego, mimo wzniosłych idei i braku zdrożnych treści, wzbudziła w pensjonarkach niezdrowe podniecenie. W zakładzie zapanowała gorąca atmosfera: ambicje, rywalizacja, intrygi, bufonada. A kiedy na przedstawienia zaczęła zjeżdżać socjeta, surowy przybytek dziewictwa zmienił się w istny salon, o ile nie w dom rozpusty. Wzięły górę emocje, tryumfowała zalotność, dochodziło do zbliżeń. W tym stanie rzeczy, w poetę też wstąpił dawny duch. Jak w czasach, gdy żył teatrem i aktorkom-kochankom ustawiał każdą linijkę, każde słowo i akcent, jął znowu zwracać uwagę na najdrobniejsze detale w interpretacji tekstu; i kiedy jedna z panienek, grająca rolę Elizy, potknęła się w monologu, krzyknął z udręką w głosie: „pani mi kładzie sztukę!” i przerwał przedstawienie. Gdy zaś speszona dzierlatka buchnęła głośnym płaczem, zrobiło mu się przykro i pobiegł ocierać jej łzy. Błagając o wybaczenie i pragnąc ją uspokoić -a zarazem i siebie – szukał ustami jej ust. W ten sposób doszli do zgody.
Znowu więc – po raz już który i w jakich okolicznościach! – demoniczny Dionizos wygrywał z anielskim Apollem; znowu, wbrew zamierzeniom, czy zgoła im na przekór, sztuka wznieciła pożar. Tak wielka była siła jej bezbożnego piękna! Dlatego też drugi z utworów, jaki poeta napisał dla pani de Maintenon, dramat biblijny Atalia (uznany po wielu latach za jedno z największych arcydzieł francuskiego teatru) pozwolono odegrać wychowanicom Saint-Cyr jedynie raz, przed królem, w zwykłych, codziennych ubraniach.
Na stronie, gdzie kończył się szkic, na jej dolnej połowie, widniała reprodukcja innego portretu Racine’a. Był to obraz Charona namalowany z fantazji w blisko stulecie od śmierci autora Brytanika i przedstawiał pisarza czytającego swój utwór wielkiemu Roi-Soleil:
Poeta, na pierwszym planie, siedzi w fotelu (z lewej), trzyma przed sobą książkę otwartą mniej więcej w środku i patrzy w nią z wyrazem roz-anielenia na twarzy. Król zaś (po prawej stronie i odrobinę głębiej) spoczywa swobodnie na sofie wspierając głowę na ręce i spogląda ku niemu z zadumą i uznaniem – jak gdyby myślał sobie: „ładnie piszesz, Racine, i całkiem ładnie czytasz”.
Scenka ta dała mi asumpt do refleksji nad sobą.
„Jeśli nie jest się królem”, pomyślałem ze smutkiem, w którym migotał jednak mały płomyk nadziei, „i jeśli nie ma się nawet natury bohatera, a jednocześnie się nie jest li tylko zjadaczem chleba, lecz kimś kto marzy i tęskni za nie wiadomo czym, i nieustannie błaznuje, bo nie potrafi zwyczajnie wyrazić żadnego uczucia -, to wtedy, by się spełnić i znaleźć ukojenie, trzeba zostać artystą – źrenicą świata i magiem.”
I ujrzałem się nagle oczami wyobraźni, jak siedzę całymi dniami w jakimś pokoju przy biurku i w taki czy inny sposób – piórem, czcionką maszyny – zaczerniam kartki papieru. Wymyślam i układam urzekające historie -wzięte z rzeczywistości, lecz od niej powabniejsze; misternie skomponowane niczym utwór muzyczny i brzmiące w głośnej lekturze rytmicznie jak poemat. I dobieram wyrazy, i bawię się zdaniami, aż wychodzi mi wreszcie kryształowy akapit. I wtedy idę na spacer – aby obmyśleć następny.
– To będzie moje życie – powiedziałem półgłosem i odłożyłem program.
W poniedziałek po szkole poszedłem do biblioteki, wypożyczyłem tragedie Racine’a po francusku i – tytułem przymiarki – przepisałem starannie do mojego „Cahier. monolog Hipolita i „wielką arię” Fedry.
Читать дальше