Po chwili napiętej ciszy znów się zerwały oklaski. Znowu spojrzałem w dół. Tym razem biła brawo, choć nie tak gorąco jak inni. Przeniosłem wzrok na loże. Jerzyk, z lornetką przy oczach, wpatrywał się w aktorów.
Gdy brawa w końcu umilkły, Fedra ciskała wściekle ramieniem Hipolita w geście zranionej ambicji i schodziła ze sceny nie oddawszy mu miecza. Wkrótce zaś potem spadała – jak grom z jasnego nieba – wieść, że Tezeusz żyje i właśnie zawija do portu. I na tym się kończyła pierwsza część przedstawienia.
Ludzie zaczęli wstawać i wychodzić na przerwę.
Wspierając brodę na rękach, obserwowałem parter. Nie ruszała się z miejsca. Początkowo myślałem, że tylko odczekuje, aż minie fala tłoku w przejściach między rzędami i w drzwiach do foyer; z czasem jednak, gdy sala zaczęła świecić pustkami i prawie wszyscy wyszli (w tej liczbie również i Jerzyk), ona zaś dalej siedziała, co więcej, powróciła do lektury programu, pojąłem, że nie zamierza opuszczać fotela w antrakcie.
Była to sytuacja, doprawdy, jak wymarzona. Prawie pusta widownia, a na niej – ona, sama. I blisko piętnaście minut danych do dyspozycji. Zupełne przeciwieństwo konfiguracji w Zachęcie. Znowu poczułem niepokój i szybsze bicie serca, a w głowie odezwał się głos, który już nieraz słyszałem:
„Zejść tam szybko i podejść! Czego się tutaj bać?! Jeżeli w tych warunkach nie zdobędziesz się na to, to nigdy się nie odważysz. A skoro się nie odważysz, to nie jesteś jej wart. – Daj się unieść prądowi!… Błogosławiona mgła!… No, dalej! Nie ma co zwlekać! Każda chwila jest cenna! – I podejść od lewej strony, tam gdzie jest puste miejsce. Być może drugą część będziesz oglądał już stamtąd…”
Podniosłem się i, jak w transie, ruszyłem po „złote runo”.
Choć szedłem, jak się zdawało, krokiem zdecydowanym, droga z balkonu na dół zabrała mi więcej czasu, niż w przeciwnym kierunku przed rozpoczęciem spektaklu. Kiedy zaś w końcu dobrnąłem do jednych z drzwi na parter i stanąłem w ich progu, oto jaka odsłona zjawiła się moim oczom: w ścieżce czwartego rzędu, przed siedzącą Madame, zwrócony do niej przodem, stał nieco pochylony – Dyrektor Service Culturel. Rozmawiali, a raczej – on nieprzerwanie mówił, żywo gestykulując. Ona, nieporuszona, patrzyła ku niemu w górę i tylko od czasu do czasu wtrącała kilka słów. W końcu, gdy rozległ się dzwonek i publiczność powoli zaczęła wracać na salę, Dyrektor się wyprostował i, rzuciwszy spojrzenie w stronę loży centralnej, wykonał kilka gestów, mówiących, że musi już iść. Z mimicznym „à bientôt!” wycofał się z rzędu foteli i zniknął w foyer. I rzeczywiście, po chwili zjawił się w tamtej loży – w ślad za ambasadorem i jego połowicą.
Znów pognałem na górę. Po drodze, od bileterki, na którą się natknąłem, kupiłem w pośpiechu program. Swoje miejsce zająłem na krótko przed podniesieniem kurtyny. Fotel obok Madame w dalszym ciągu był pusty. Jerzyk przeglądał program. Zajrzałem do niego i ja. W gasnącym świetle widowni, u góry jednej ze stron, mignęło mi jego nazwisko.
Druga część przedstawienia nie miała już takiej siły i urody jak pierwsza, choć grano równie dobrze, w tym samym tempie i rytmie. Przyczyna tkwiła zapewne w materii samej akcji, w danej fazie dramatu. Bo odkąd wrócił Tezeusz, linia rozwoju wypadków czy ich temperatura zaczęła z wolna opadać ku nieuchronnej klęsce. Właściwie od pierwszej sceny (dialog: Tezeusz – Fedra) rzecz była przesądzona. Nic się już nie dawało odwrócić czy naprawić. Można było jedynie odwlekać katastrofę: prowadzić grę pozorów, ukrywać prawdę, kłamać. Zmowa milczenia jednak, nikczemne oskarżenia – nie, mimo wszystko te sprawy nie miały już owej mocy, co dramat samej pasji; co konflikt duszy i ciała, powinności i serca. Tamto, mimo kostiumu i wyszukanej formy, tchnęło mocą i prawdą; intryga niedopowiedzeń i tragedia pomyłek, jakkolwiek prawdopodobne, były jednak umowne, typowo teatralne.
Blaskiem z pierwszej połowy rozjarzyły się jeszcze dwa krótkie epizody: scena zazdrości Fedry i ta, w której Hipolit przekonuje Arycję do wspólnej ucieczki z Trojzeny.
Dreszcz przechodził po plecach, gdy Fedra, usłyszawszy w tyradzie Tezeusza zdanie o Hipolicie, iż ten kocha Arycję, wpadała mu w pół słowa pełnym zgrozy „Co, panie?” i, jakby ścięta z nóg, chwytała się kolumny, szukając w niej oparcia.
Brak wzajemności, wzgarda ze strony Hipolita – dopóki się zdawały podyktowane dumą lub zawierzeniem czystości – dotykały jak susza albo surowy chłód; kiedy niespodzianie okazywały się jednak pochodną namiętności żywionej ku innej kobiecie, nabierały wymiaru katastrofy kosmicznej. Fedrze, niejako fizycznie, usuwał się grunt spod nóg i pochłaniało ją piekło. Ból odrzucenia „dla innej. był czymś nie do zniesienia.
Drugi atak histerii następował po słowach powiernicy, Enony, pragnącej ją pocieszyć. Gdy piastunka mówiła:
I cóż im po miłosnym bezowocnym szale?
Nie będą się już widzieć.
Fedra wpadała jej w słowo dzikim, wulgarnym wrzaskiem, zupeł nie nie licującym z jej pozycją i krwią:
Ale kochać dalej!
Te nagłe zmiany tonu – z wysokiego na niski, z królewskiego na gminny – fenomenalnie zresztą robione przez aktorkę, zdawały się uzmysławiać, jak krucha jest w człowieku powłoka jego szlachectwa. Wystarcza oto, podrażnić nienasyconą wolę i wtrącić do wrzącej krwi szczyptę soli z piołunem, by puścił natychmiast kręgosłup i kościec sublimacji, dojrzewające przez lata czy nawet pokolenia – te wszystkie nawyki i formy szlifujące naturę – i aby z wyniosłej damy wyszła bezwstydna hetera, czy nawet jeszcze gorzej: z królowej – goniąca się suka.
Zupełnie inny klimat miało spotkanie i dialog Hipolita z Arycją.
Tutaj po raz ostatni odżywa w tragedii nadzieja. Choć sprawa bierze zły obrót, choć pętla sprzecznych racji zaczyna się zaciskać, nie wszystko jest jeszcze stracone: z pożogi namiętności, jak z płonącego domu, można jeszcze ocalić przynajmniej jedno – ich szczęście. Wystarczy, że ujdą razem, że uciekną z Trojzeny – tak jak stoją, natychmiast.
Pięknie Hipolit zaklinał honorową Arycję, by porzuciła wahanie i by mu zaufała:
Zerwij pęta, odepchnij niewolę nikczemną;
Odważ się i jedź ze mną, odważ się być ze mną;
Rzuć to miejsce plugawe, zepsuciem skażone,
Gdzie oddychasz trucizną, idąc w każdą stronę…
Ach, gdybyż z takim apelem zwróciła się do mnie Madame!
Uprzytomniłem sobie, że śledzę to przedstawienie, podobnie jak odbierałem Zwycięstwo i strofy Renu, i grafiki Picassa – przez pryzmat „mojej biedy”, jak pewną swoją miłość nazwał Fryderyk Chopin. Nie polegało to jednak na czerpaniu emocji z luźnego podobieństwa dwojga głównych postaci do osób rzeczywistych (że niby Hipolit to ja, a Fedra to Madame) – bądź co bądź, ich historia była zupełnie inna. Istota mego odbioru tkwiła w duchu fantazji, w swobodnej grze wyobraźni. Na osnowie dramatu odgrywanego na scenie, i z jego elementów, snuł mi się w głowie bezwiednie dramat zupełnie inny, który stanowił projekcję niewyrażonych marzeń.
Oto ojciec Madame, duch niespokojny i śmiały, szlachetny idealista wyzywający los, popełnia – niczym Tezeusz jadący do Tartaru – katastrofalny błąd. Owładnięty szaleństwem czy manią prześladowczą, na przekór rozsądkowi i przestrogom przyjaciół, powraca z wojennej tułaczki do rodzinnego kraju, zniewolonego przez reżim moskiewskich barbarzyńców i rządzonego nikczemnie przez ich miejscowych kamratów. Co gorsza, wlecze tam z sobą swoją jedyną córkę -dziewczynę piękną i dumną, zrodzoną w sercu Alp, której – na znak ufności w sprzyjające mu szczęście – nadał był niegdyś imię: „Zwycięstwo” – Victoire.
Читать дальше