Na obliczu Madame pojawił się blady uśmiech.
– Je ne suis pas au couranf [133] – stwierdziła przerywając.
– La presse en a parlé - szepnąłem pochylony, kładąc zarazem palec na „liście dialogowej” pod kwestią, od której powinien kontynuować akcję.
– La presse en a parlé [134]– powtórzył wiarygodnie i przejął sprawnie pałeczkę. – Poza tym zwiedzać wystawę pod przewodnictwem Madame to dodatkowy przywilej. Bo pani profesor z pewnością zna się na tym malarstwie i mogłaby nam niejedno commenter… expliquer… [135]
– Moi? - znów wpadła mu w słowo. – Czemu bym miała się znać na malarstwie Picassa?
– Jest cząstką kultury francuskiej – wypalił sam z siebie Mefisto.
– I co to ma do rzeczy? – wzruszyła ramionami. Pośpieszyłem z pomocą.
– Vous êtes pour nous non seulement… - zacząłem dyktować szeptem.
– Vous êtes pour nous non seulement… [136] - powtórzył głośno Mefisto.
– la lectrice de français…
– … la lectrice de français… [137]
– mais aussi notre maîtresse…
– mais aussi notre maîtresse…
-… mais aussi notre maîtresse… [138]
– de culture et de vie .
-… de culture et de vie. [139]
Parsknęła krótkim śmiechem.
– J’ai grand plaisir à l’entendre [140]– zagrała (całkiem zręcznie) dworne podziękowanie w stylu późnego rokoko – choć byłabym szczęśliwsza, gdyby to jeszcze było mniej śmiesznie powiedziane.
– Co w tym było śmiesznego? – zapytał zdziwiony Mefisto.
– Passons [141]– potrząsnęła głową.
– No więc co z tą wystawą… – wróciłem do podpowiedzi.
– Więc jak? Możemy liczyć, że pójdziemy tam z panią? – przełożył sprawnie Mefisto.
– kllezy dimanche [142] - poradziła rzeczowo.
– W niedzielę? – Mefisto zgłupiał.
– Dostała się w niedzielę? – udałem niedowierzanie.
– Dostała się pani w niedzielę? – przekazał głośno Mefisto.
– Ça n’a pas d’importance [143]
– A w jaki dzień tam poszła? – znów szepnąłem przez zęby.
– To kiedy pani tam była? – spytał uprzejmie Mefisto.
– Je n’y suis pas allée [144]– odpowiedziała spokojnie.
– Pas allée? – osłupiałem.
– Pas allée? – podał dalej.
– Non. Pas encore [145]– dodała i szybko zmieniła temat.
Że odrzuci petycję, a nawet że nie będzie traktować jej poważnie – to było oczywiste i co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. Że jednak zaprzeczy faktom, że wyprze się samej bytności na wystawie w Zachęcie – tego, przynajmniej w tej formie, nie wziąłem był pod uwagę. Teraz, gdy się to stało i po chwili namysłu doszedłem do przekonania, że jest to w gruncie rzeczy tak samo oczywiste (czyż istniał prostszy sposób na uniknięcie pytań na niewygodny temat?), stwierdziłem, że to kłamstwo sprawiło mi satysfakcję. Bo czemukolwiek służyło, dawało mi przewagę, a nadto stanowiło podstawę do gry wyobraźni:
Zwodzi, mówi nieprawdę – jak ktoś, kto kogoś zdradza. Zapiera się w żywe oczy, że była na tej wystawie; jak gdyby nie chodziło bynajmniej o wystawę, lecz o sekretną schadzkę, lub jakby za tą imprezą kryło się co innego niż oglądanie obrazów, coś występnego, tajnego – namiętność?, spotkanie z kochankiem? (Rzecz zupełnie jak z Prousta!) No, bo i w samej rzeczy, czyż oglądanie tych dzieł, jakkolwiek jawne, publiczne, nie było czymś intymnym… bezwstydnym… wiarołomnym? Czyż patrząc na owe scenki, dając im przystęp do siebie, nie zdradzała Kostiumu, a przez to i mnie, którego – Kostiumem uwodziła? Przecież widzenie bywa namiastką samego aktu. A zatem, rzeczywiście, miała powó, by kłamać!
Ta zabawa myślowa w Marcela i Albertynę czy Swanna i Odetę – w kogoś owładniętego zazdrosną namiętnością i wolą poznania prawdy o kłamliwej kochance – była podniecająca i wciągała jak wir. Stopniowo, niepostrzeżenie stawała się samoistna, traciła znamiona fantazji, przeradzała się w życie. Spostrzegłem, że na serio nie biorę już pod uwagę założonej rozgrywki na neutralnym terenie, a nawet że mi na tym właściwie nie zależy. Więcej: że raczej wolę, aby do tego n i e doszło! Natomiast coraz bardziej ogarniał mnie szał śledzenia, pasja inwigilacji, obserwowania z ukrycia. Stało się to potrzebą jak raz zażyty narkotyk.
Dlatego też niecierpliwie, z mroczną, niezdrową emocją wyczekiwałem przyjazdu Comédie Française i jej gościnnych występów na scenie Teatru Polskiego.
Spektakle miały się odbyć w sobotę i niedzielę. Postanowiłem, rzecz jasna, wybrać się na premierę, i pójść ewentualnie po raz drugi nazajutrz, gdyby pierwszego wieczoru Madame się nie pojawiła.
Wyposażony w kartę, nie miałem żadnych trudności z uzyskaniem biletu. Jedynie wybór miejsca stanowił pewien problem. Podjęcie decyzji w tej sprawie przypominało zadanie na ustawienie króla w optymalnej pozycji do ataku w końcówce. Należało ustalić w drodze eliminacji, który punkt audytorium jest dla mych celów najlepszy, i to bez względu na to, gdzie „przeciwnik. postawi… posadzi swoją figurę. Logicznie, było nim miejsce, skąd w naturalny sposób, bez szczególnych zabiegów, widziało się oprócz sceny jak najwięcej widowni. Warunek ten, w danym wnętrzu, spełniały dwie skrajne loże na pierwszym, wąskim balkonie, opasującym salę linią wielkiego „U”. Dawały perspektywę nie tylko na cały parter i pozostałe loże, lecz i na część drugiego, nisko zawieszonego i stromego balkonu. Lokalizacja ta jednak miała istotny minus. Wchodziła w obręb miejsc przeznaczonych dla osób uprzywilejowanych, słowem, dla haute société. W obliczu obserwacji poczynionych w Zachęcie, nie można więc było wykluczyć, że znajdzie się tam Madame, a nawet należało poważnie się z tym liczyć. Tymczasem taka koincydencja już by mi nie sprzyjała, przeciwnie, psułaby szyki. Pragnąłem, tylko patrzyć, samemu nie będąc widzianym. Dlatego też, po namyśle, wybrałem drugi balkon: środek pierwszego rzędu. Traciłem stąd co prawda widok loży centralnej i kilku jej przyległych oraz tylnego parteru, lecz większość miejsc pozostałych, gdzie najprawdopodobniej mogła się znaleźć Madame, miałem jak na talerzu.
Nie skierowałem tam jednak swoich kroków od razu, gdy owego wieczoru, wyposażony w lornetkę, przyszedłem był do teatru, podobnie jak na wernisaż, z dużym zapasem czasu. Zatrzymałem się w hallu, stanąłem za jakąś planszą i znowu, jak w Zachęcie, wziąłem na muszkę wejście.
Tym razem los mi sprzyjał, choć kazał długo czekać. Przyszła w ostatniej chwili, bodaj po drugim dzwonku. W jej zachowaniu jednak nie było nic z pośpiechu, który cechował innych przybyłych w tym samym czasie. Ci wpadali do środka jak burza, z rozwianym włosem, i gnali na oślep do szatni, zdejmując okrycia w biegu; ona zaś -w zgrabnym kożuszku, z barwną chustą na szyi i w botach na obcasie z cholewkami do kolan – weszła spokojnie, godnie, zgoła majestatycznie, a bilet wyjęła z torebki (tej samej, którą miała na wernisażu w Zachęcie) nie wcześniej niż dopiero w przejściu do foyer, gdzie stały bileterki. Robiła wrażenie osoby o niezachwianej pewności, że spektakl nie zacznie się bez niej.
Trzymając stosowny dystans, postąpiłem w ślad za nią. Oddała ubranie szatniarce, sprawdziła w lusterku makijaż i poprawiła włosy, po czym nabyła program i weszła na teren parteru. Serce zabiło mi raźniej. „W porządku”, pomyślałem, „oby tylko nie z tyłu”, i zanim zdjąłem płaszcz, zajrzałem – przez inne wejście – na parterową widownię. Wkraczała w piąty rząd, przepuszczana przez ludzi, którzy już tam siedzieli. Popędziłem na balkon (była tam druga szatnia).
Читать дальше