Spojrzałem na Jerzyka. Na jego prawym obliczu, które z mej perspektywy dane mi było widzieć, malowała się drwina zmieszana z politowaniem; jakby zdawał się myśleć: „Boże, co to za kretyn!.
– Attention, s’il vous plaît! [152] - Dyrektor przekrzyknął tymczasem gwar po ostatnich oklaskach. – Wydział do Spraw Kultury Ambasady Francuskiej zaprasza po seansie wszystkich przybyłych gości na skromną lampkę wina! A zatem, à bientôt! Do zobaczenia w hallu! – I zniknął za ekranem.
Po kilkunastu sekundach światło zaczęło przygasać.
Pragnienia i marzenia współczesnego człowieka o egzystencji „zwyczajnej” ucieleśniali w filmie… rajdowiec i script-girl. On testował na torze wyścigowe bolidy, po pracy zaś jeździł sobie białym, sportowym mustangiem; ona paradowała ze scenariuszem na planie, a poza tym wciąż sobie zaczesywała włosy. Ich naturalny styl bycia i bezpretensjonalność znajdowały swój wyraz w strojach i zachowaniach. Ona, na przykład, na planie w klimacie tropikalnym (kręcono scenę w Afryce: wielbłądy na pustyni) miała na sobie kożuch z wykładanym kołnierzem i boty po kolana; on zaś, prowadząc mustanga, a ściślej: robiąc wiraże z kontrolowanym poślizgiem na piaszczystym wybrzeżu, palił grube cygaro i czytał tygodnik «Time»; do tego jeszcze na oczach miał czarne okulary.
Tych dwoje prostolinijnych trzydziestoparolatków – Anne oraz Jean-Louis – miało za sobą małżeństwo i doświadczenia życiowe równie typowe i zwykłe. Oboje utracili swoich ślubnych partnerów. Zona Jeana-Louisa – na wieść, iż miał on na torze bardzo groźny wypadek i być może nie wróci już do poprzedniej formy (sportowej? fizycznej? męskiej?) – uległa depresji i wkrótce… skończyła samobójstwem. Małżonek Anne z kolei – aktor i w jednej osobie nieustraszony kaskader – zginął „na posterunku”, spełniając powierzone mu przez filmowców zadanie. Nim jednak do tego doszło, żyli szczęśliwie i prosto. Spędzali czas, na przykład, w swej wiejskiej posiadłości (pełnej koni i byków, owiec i psów myśliwskich), siedząc razem na wielkim, nie pościelonym łożu i kultywując sztukę – muzykę i poezję: wszechstronnie uzdolniony i sprawny zarazem kaskader w obecności małżonki układał nową pieśń; grał na gitarze i śpiewał, trzymając w ustach cygaro i dymiąc nim sobie w oko; tworzony z łatwością tekst zapisywał następnie na leżącej niedbale w fałdach kremowej pościeli maszynie do pisania. Innym znów razem, w Alpach, w obszernych, białych kożuchach turlali się po śniegu. Albo się całowali na wyszczerbionych murach średniowiecznego zamczyska.
Wdowę i wdowca złączyły – cóż bardziej naturalnego! – ich małoletnie dzieci, oddane swego czasu do szkoły z internatem w miejscowości Deauville – malowniczym kurorcie na wybrzeżu Normandii, gdzie bywał też Marcel Proust. Spotkawszy się tam raz, podczas odwiedzin w niedzielę, nawiązali znajomość: w obliczu deszczowej aury, uczynny Jean-Louis zaproponował Anne, że weźmie ją swym mustangiem – wracając do Paryża. I tak się wszystko zaczęło.
Za tydzień znów się spotkali – przy tej samej okazji. Tym razem czas odwiedzin spędzili już jak rodzina. Spożyli wspólnie posiłek w miejscowej restauracji; odbyli przejażdżkę statkiem; spacerowali po plaży, ujawniając znajomość… twórczości Giacomettiego. Jean-Louis parokrotnie już-już miał dotknąć Anne, ale się powstrzymywał – zapewne ze względu na dzieci. Uczynił to dopiero, odwiózłszy ją pod dom (numer 14, Montmartre), gdy miała wysiąść z mustanga. Anne nie cofnęła ręki, ale i nie uległa czułej pieszczocie rajdowca, i Jean-Louis, nie bez żalu, choć i bez większej zgryzoty, ruszył do Monte Carlo na doroczne zawody.
W Paryżu Anne wiodła życie kobiety pracującej. Przecinała odważnie zapchane Champs-Elysées, klucząc między autami (nie po przejściu dla pieszych); zatrzymywała taksówkę; dla równowagi psychicznej kontemplowała łabędzia sunącego po wodzie i pustą ławkę w parku; wreszcie, dla odprężenia w tym wirze i zgiełku dnia, odwiedzała fryzjera.
Tymczasem Jean-Louis – jak najzwyczajniej w świecie, jak gdyby od niechcenia – zwyciężył w Monte Carlo. Anne, dowiedziawszy się o tym – przypadkiem – z telewizji, w spontanicznym odruchu nadała doń telegram prostolinijnej treści: „Brawo! Kocham cię! Anne”. Choć adres podany przez nią był co najmniej nieścisły (Tor w Monte Carlo, Wyścigi), depesza jednak szczęśliwie dotarła do adresata: została mu wręczona na uroczystym bankiecie – znowu jak najzwyczajniej – przez kelnera w liberii, na platerowej tacce.
I wtedy Jean-Louis – bohater dnia i przyjęcia – rzucał precz w jedne) chwili ów świat luksusu i zbytku, mody i bufonady, i gnał swym „starym” mustangiem (wyraźnie z nadmierną prędkością) na spotkanie zwyczajnej a prawdziwej miłości. Prowadząc jedną ręką, drugą starannie się golił maszynką elektryczną.
W Paryżu Anne jednak nie było. Popędził więc do Deauville. – Miał intuicję. Trafił! Chodziła tam z dziećmi po plaży.
Radosne powitanie. Euforia. Upojenie. Restauracja w hotelu. Wynajęcie pokoju.
I nagle – cóż się dzieje! Anne w objęciach kochanka, który nie szczędzi trudu, aby ją wprawić w ekstazę, jest spięta, zahamowana! Miast z nim kooperować, marszczy tragicznie brwi i zaczesuje włosy! – Nie, nic z tego nie będzie! Nie dojdzie do koniugacji!
„Dlaczego?” – pyta szeptem skonfundowany Mężczyzna.
„ A cause de mon mari. [153]– odpowiada Kobieta.
„Mais il est mort” [154]– Mężczyzna nie daje za wygraną. To nic. To bez znaczenia. Widocznie jeszcze za wcześnie.
Wewnętrzne rozdarcie. Dramat. „Ziarnko gorczycy” Zwyczajnych…
Ponieważ jednak właśnie uczciwie je spożywają, zostaną nagrodzeni.
I to wcale nie w niebie, ale na ziemi – już wkrótce. Po smętnym poranku w hotelu i bolesnym rozstaniu na peronie w Deauville Mężczyzna goni mustangiem pędzący pociąg z Kobietą, wyprzedza go, dystansuje i czeka nań w Paryżu.
Tak, teraz już pewne: „miłość jest od nich silniejsza”.
To w każdym razie głosiła piosenka Francisa Lai.
Oglądałem ten film naprzód z drwiącym uśmiechem, a z czasem – z irytacją i wzrastającym zdumieniem.
Bogowie! Przecież to kicz! – wzywałem na pomoc Olimp. Przecież to straszna tandeta! Sentymentalna bzdura w drobnomieszczańskim guście! – Że chodzą na to tłumy, to w końcu nic dziwnego, ale że to się podoba – elitom, haute société? Że to dostaje Grand Prix na festiwalu w Cannes, a potem nominację do prześwietnego Oskara? – Dlaczego? Pourquoi? - Świat zupełnie zwariował!
W moje zgorszenie i smutek wplótł się w pewnym momencie niepokój o Madame. Czy jej się to też podoba? Czy ona też w tym coś widzi? Nie, to byłoby straszne! To byłaby katastrofa!
„Prawda, że to okropne?” – słałem telepatycznie rozpaczliwe zaklęcia i prośby o potwierdzenie. „Prawda, że się tym brzydzisz… że budzi to w pani odrazę? Nie możesz tego lubić… pani musi tym gardzić! Proszę dać jakiś znak! Proszę to jakoś okazać! Wzruszeniem ramion, miną… Przecież pani to umie…
Jej zachowanie jednak było nieprzeniknione. Patrzyła w ekran bez ruchu, jej twarz (widziana z profilu) niczego nie wyrażała – ani upodobania, ani abominacji. Było to zwłaszcza widoczne w zestawieniu z Jerzykiem, który nie tylko nie krył swojej idiosynkrazji, ale w jej przeżywaniu posuwał się niekiedy – ku rozdrażnieniu sąsiadów – do form ostentacyjnych. Kręcił przecząco głową w geście politowania, prychał, cmokał z niesmakiem, zasłaniał twarz rękami.
Читать дальше