Szeroko otworzył oczy.
– W dechę!
– Super w dechę!
– Kiedy?
Wzruszyłam ramionami.
– Powiem Anouk, żeby wam przypomniała. To moja córeczka.
– Wiemy. Widzieliśmy ją. Nie chodzi do szkoły. -W tym zabrzmiało trochę zawiści.
– Pójdzie w poniedziałek. Pozwalam jej zapraszać przyjaciół. Szkoda, że tu jeszcze ich nie ma. Pomogliby urządzić nową wystawę.
Nogi zaszurały, lepkie dłonie się wysunęły do przepy-chanki, kto pierwszy.
– My możemy…
– Ja mogę…
– Jestem Jeannot…
– Claudine…
– Lucie…
Dałam im po myszce z cukru i wybiegli na rynek, jak gdyby wiatr ich porwał niczym nasiona dmuchawca. Blask słońca zsuwał się kolejno z ich pleców – czerwonych – pomarańczowych – zielonych – niebieskich – a potem znik-nęli- Z cienistego łuku kościoła patrzył na nich ksiądz Francis Reynaud, chyba potępiająco. Ale dlaczego miałby potępiać, zastanowiłam się zdumiona. Po obowiązkowej wizycie w nasz pierwszy dzień już się nie pokazał, tylko słyszę o nim często. Guillaume mówi o nim z szacunkiem, Narcisse ze złością, Caroline filuternie, jak zapewne o każdym mężczyźnie poniżej pięćdziesiątki. Raczej nie ma ciepła w tym, co słyszę. To ksiądz nie stąd, jak wnoszę, ukończył seminarium w Paryżu, wiedzę ma wyłącznie książkową, nie zna tej ziemi, jej potrzeb i wymagań. Tego dowiedziałam się od Narcisse'a, który jest z nim na wojennej stopie, odkąd nie chodził na msze w czasie żniw.
– Ksiądz nie cierpi głupców – twierdzi Guillaume i widzę przebłysk poczucia humoru za okrągłymi okularami -a my tu przeważnie trzymamy się naszych głupich przyzwyczajeń, raczej głupiej, niezmiennej rutyny. – Mówiąc, głaszcze Charly'ego serdecznie, na co Charly odpowiada poważnym, krótkim szczeknięciem.
– On myśli – innym razem powiedział Guillaume posępnie – że to śmieszne tak się przywiązać do psa. Jest o wiele za dobrze wychowany, żeby powiedzieć wprost, ale uważa, że to… niewłaściwe. Człowiek w moim wieku…
Przed emeryturą Guillaume był nauczycielem w miejscowej szkole, w której teraz wobec zmniejszającej się liczby dzieci wystarczy dwoje nauczycieli. Nierzadko starsi ludzie nadal mówią o Guillaumie le maitre d'ecole. Patrzyłam na niego, delikatnie drapał Charly'ego za uszami, i znów jak podczas parady widziałam w nich smutek, ukradkowość będącą prawie poczuciem winy.
– Człowiek w każdym wieku może sobie wybierać przyjaciół tam, gdzie chce – przerwałam mu dość krewko. – Może monsieur le cure mógłby się czegoś nauczyć od samego Charly'ego.
– Monsieur le cure stara się, jak może – upomniał mnie Guillaume łagodnie. – Nie powinniśmy wymagać więcej.
Nie odpowiedziałam. W mojej branży szybko można się nauczyć prawdy, że dawanie nie ma granic.
Guilłaume wyszedł z La Praline z małą torebką floren-tynek w kieszeni. Zanim skręcił na rogu avenue des Francs Bourgeois, zobaczyłam, jak się pochyla, żeby poczęstować i pogłaskać psa. Pies szczeknął i pomerdał krótkim, grubym ogonem. Niektórzy ludzie nigdy nie muszą zastanawiać się nad dawaniem.
Lansquenet-sous-Tannes staje się dla mnie terenem coraz bardziej nieznanym. Poznaję twarze, nazwiska. Pierwsze tajemne sznurki różnych dziejów skręcają się ze sobą w jedną pępowinę, która ostatecznie nas zwiąże. To miejscowość bardziej złożona, niż się wydaje na początku, sądząc z geografii. Główna rue jest jak dłoń z rozsuniętymi palcami. Wybiegają z niej równoległe ulice: avenue des Poetes, rue des Francs Bourgeois, ruelle des Freres de la Revolution – któryś z planistów tego miasteczka musiał być zaciekłym republikaninem. Mój rynek, place St. Jerome, jest końcem tych wyciągniętych palców, kościół biały i dumny stoi jak w podłużnym czworoboku z czerwonych gontów, i staruszkowie grają tu w petanque w pogodne wieczory. Za rynkiem wzgórze opada stromo ku strefie wąskich uliczek zbiorczo zwanych Les Marauds. To są maleńkie slumsy Lansquenet, na pół oszalowane domy zataczają się po nierównych kocich łbach nad rzekę Tannes, ale pewna odległość dzieli je od bagien. Kilka jest zbudowanych na samej rzece, na już butwiejących platformach, dziesiątki na kamiennym nabrzeżu, gdzie wilgoć z leniwej wody dopełza do ich małych, wysoko umieszczonych okien. Les Marauds w takim miasteczku jak Agen swoją dziwacznością i wiejską ruiną przyciągałyby turystów. Ale tutaj turystów nie ma. Ludzie w Les Marauds szukają jedzenia, żyją z tego, co zdołają wyrwać rzece. Większość ich domów to opuszczone rudery, bzy wyrastają z walących się ścian.
Zamknęłam La Praline na dwie godziny przerwy obiadowej i poszłam z Anouk nad rzekę. Parka chudych dzieciaków chlapała się w zielonym mule przy brzegu; nawet w lutym mdliło od nieczystości i zgnilizny. Było zimno, ale słonecznie. Anouk w czerwonym wełnianym płaszczyku i kapeluszu biegała po kamieniach i nawoływała Pan-toufle'a skaczącego za nią. Już się przyzwyczaiłam do Pan-toufle'a – jak do całej reszty tej dziwnej menażerii, którą ona żwawo ciągnie za sobą – aż chwilami nieomal widzę go, modrookiego z szarym pyszczkiem; i świat nagle się rozjaśnia, jak gdyby został gdzieś przeniesiony, a jestem wtedy Anouk, patrzę jej oczami, podążam tam, dokąd ona podąża. W takich chwilach czuję, że mogłabym umrzeć z miłości do niej, mojej małej obcej, i serce mi wzbiera niebezpiecznie, aż jedynym ratunkiem jest bieganie, tak jak ona to robi – w czerwonym roztrzepotanym płaszczyku, skrzydlata i z włosami niczym ogonem komety na tle łaciatego niebieskiego nieba.
Czarny kot przebiegł mi drogę, więc zatrzymałam się, zaczęłam tańczyć wokół niego w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara i śpiewać rymowankę:
Ów va-ti-i, mistigri? Passę sans faire de mai ici.
Anouk się przyłączyła, kot mruczał, przeturlał się po piachu, żeby go pogłaskać. Pochylając się nad nim, zobaczyłam maleńką staruszkę, która z rogu uliczki patrzyła na mnie ciekawie. Czarna spódnica, czarny płaszcz, siwe włosy zaplecione i skręcone w schludny misterny kok. Oczy bystre, czarne, ptasie. Skinęłam jej głową.
– Pani jest z tej chocolaterie – powiedziała. Pomimo swego wieku (oceniłam ją na osiemdziesiąt lat, może wię-| cej) głos miała młody. Rozpoznałam akcent, szorstką; śpiewność Midi.
• – Tak. – Przedstawiłam się imieniem i nazwiskiem.
– Armande Voizin – odwzajemniła się. – Mój dom to ten tam. – Wskazała ruchem głowy jeden z domów na rzece; w lepszym stanie niż inne, świeżo pobielony i ze szkarłatnym geranium w okiennych skrzynkach. Uśmiechnęła się, co sprawiło, że jej okrągłą, lalczyną twarz posiatkował milion zmarszczek. – Widziałam pani sklep. Dosyć ładny, przyznaję, ale szkoda go dla takich ludzi jak my. Za fantazyjny. – Nie było dezaprobaty w jej głosie, tylko na pół żartobliwy fatalizm. – Słyszałam, że m'sieur le cure już do pani żywi urazę – dodała złośliwie. – Może sobie ubzdurał, że na jego rynku sklep z czekoladą jest niestosowny. -Rzuciła mi jeszcze jedno kpiące spojrzenie. – Czy on wie, że pani jest czarownicą?
Czarownica, czarownica. Nietrafne, ale wiedziałam, co miała na myśli.
– Skąd takie przypuszczenie?
– Och, to oczywiste. Swój pozna swego, chyba. – I parsknęła śmiechem, który brzmiał tak jakby skrzypce oszalały. – M'sieur le cure nie wierzy w czary. Prawdę mówiąc, nie byłabym taka pewna, czy nawet wierzy w Boga -powiedziała z pobłażliwą pogardą. – Ten człowiek musi jeszcze mnóstwo się nauczyć, pomimo że ma stopień naukowy z teologii. I moja niemądra córka musi mnóstwo się nauczyć. Nie ma stopni naukowych z życia, prawda?
Читать дальше