– Nic, nic – odpowiedział. Uśmiechnął się, poprawił się na poduszce i leżał na wznak patrząc w sufit. – Pewnie coś mi się śniło.
– Ale co?
Zawahał się.
– Nic – powtórzył i powoli przeczesał palcami jej włosy. – W każdym razie dziękuję ci, żeś mnie obudziła.
– Co ci się śniło? – dopytywała się ciekawie.
– Wojna – odparł wpatrując się uporczywie w mroczny sufit.
– Jaka wojna? – Była zdumiona, Jeff nie mógł mieć przecież więcej niż dwa lata, kiedy się skończyła wojna światowa.
– Ta, w której mnie zabiją – odpowiedział po prostu.
– Nie, nie!
„Więc młodzi mężczyźni śnią dzisiaj o takich rzeczach? – myślała Lucy. – A ja leżałam przy nim i zachwycałam się sobą!”
– Ciągle mi się śni ten sam sen, cholerny sen – skarżył się Jeff. – Jakieś miasto, którego nigdy nie widziałem, i napisy na wystawach sklepowych w jakimś dziwnym języku, którego nie mogę rozpoznać. Biegnę, biegnę ulicą i nie mogę zrozumieć, skąd się biorą te kule, a one gwiżdżą coraz bliżej i coraz gęściej. I wiem, że jeżeli się zaraz nie obudzę, to któraś kula mnie trafi…
– To straszne – szepnęła Lucy.
– No, nic takiego. Zawsze jakoś mi się udaje obudzić na czas.
Uśmiechał się w ciemności. Ale dla Lucy ta noc w jednej chwili odmieniła się całkowicie, nabrzmiała złym przeczuciem, spochmurniała od snów, a chłopiec leżący obok niej na posłaniu wydawał się teraz obcy i zarazem boleśnie potrzebny. Pochyliła się nad nim i pocałowała go.
– Nie wolno ci już więcej śnić o takich rzeczach – powiedziała i po raz pierwszy deklarując swoje prawa do niego dorzuciła: – To nielojalnie.
Zaśmiał się cicho. Lucy poczuła, że uratowała go przynajmniej na jakiś czas.
– Masz rację. Będę się powstrzymywał od snów.
– Muszę zobaczyć, która to godzina – przypomniała sobie siadając na łóżku. – Gdzie jest twój zegarek?
– Na stole koło okna.
Wstała i otulona przyćmionym blaskiem księżyca przeszła boso po zimnej, gołej podłodze. Odnalazła zegarek i podniosła go do oczu. Miał nafosforyzowaną tarczę, więc dojrzała, że było już niedaleko do czwartej.
– Muszę iść – powiedziała schylając się po swoje buty. Jeff siedział na łóżku i przyglądał się jej.
– Jeszcze nie – prosił. – Nie tak zaraz.
– Kiedy muszę.
– A zrobisz coś dla mnie? – zapytał.
– No, co? – Stała przed nim w wyczekującej postawie.
– Przejdź jeszcze raz przez tę księżycową poświatę – powiedział cicho.
Ostrożnie postawiła buty z powrotem ha podłodze, postała chwilę bez ruchu, a potem przeszła powoli przez pokój – wysoka, naga, lśniąca bladym odbiciem księżycowego blasku.
Tony’ego obudziło pohukiwanie puszczyka. Poza tym skopał z siebie kołdrę, bo spał niespokojnie, i teraz było mu zimno. Sięgnął w dół ręką i wciągnął z powrotem kołdrę na łóżko. Pościel piętrzyła się na nim w bezładnym stosie, on zaś drżał z chłodu i czekał, aż się znowu zagrzeje. Nasłuchiwał wołania puszczyka. Teraz były już dwa. Jeden blisko, zaraz za domem, a drugi gdzieś nad jeziorem, nie dalej niż o sto pięćdziesiąt jardów. Pohukiwały do siebie w ciemnościach, raz za razem, monotonnie i jakby z pogróżką, niby Indianie porozumiewający się przed ostatecznym atakiem na siedzibę białych.
Tony nie lubił puszczyków. Nie lubił stworzeń, które hałasują po nocy. A jeżeli już miały sobie tyle do powiedzenia, to dlaczego nie zdecydowały się wyfrunąć naprzeciw i spotkać się w połowie drogi? Ale nie. One wolały siedzieć schowane gdzieś na drzewach i pohukiwać do siebie z ukrycia. Nie podobał mu się także ich sposób latania. Uważał, że w locie puszczyka jest coś tłustego i podejrzanego, a poza tym mógłby się założyć, że sowy i puszczyki śmierdzą, kiedy się do nich blisko podejdzie.
Księżyc już zaszedł i było bardzo ciemno. Tony żałował trochę, że nie śpi w swoim pokoju. Nie dlatego, żeby się bał ciemności. Gdyby nie puszczyki, nic by mu to nie przeszkadzało. Ale to ponure hukanie sprawiało, że – otoczony ze wszystkich stron nieprzeniknioną ciemnością – czuł, jak narasta w niej coś złego, jak się zbliża…
Miał ochotę wstać i pójść do pokoju, aby zobaczyć, która jest godzina. Musiało już być po czwartej, wiedział przecież, że księżyc miał dzisiaj zajść o trzeciej pięćdziesiąt siedem. Mógłby się założyć, że żaden chłopak w tym obozie za jeziorem nie wie, o której godzinie księżyc dzisiaj zachodzi.
Gdyby poszedł zobaczyć, która godzina, zajrzałby także na chwilę do pokoju mamy i trochę by na nią popatrzył. Tylko że mogłaby się obudzić, a wtedy co by jej powiedział? Że się boi ciemności? Z mamą to jeszcze pół biedy, ale mogłaby o tym napisać ojcu, a ojciec pewno by przysłał sążnistą epistołę i nabijał się z tych strachów. Tony nie miał właściwie nic przeciwko żartom i kpinom, ale wolał, żeby z pewnych rzeczy ludzie nie pokpiwali.
Kto powiedział, że mama musi się obudzić? Kiedyś wszedł przecież w środku nocy do jej pokoju, a ona spała tak mocno, że nie słychać było, jak oddychała. Leżała nieruchomo i nawet kołdra nie poruszała się od jej oddechu. Wtedy przeszyła go straszna myśl: „Ona nie śpi. Ona umarła!” Nie mógł tego wytrzymać. Podszedł do łóżka, pochylił się nad nią i palcami uniósł jedną powiekę. Nie poruszyła się wcale. Wprawdzie to ona leżała na łóżku, ale to nie było jej oko. Było to coś pustego, nie widzącego, coś, co nie miało w sobie odrobiny światła. Była to najokropniejsza rzecz, jaką widział w życiu. Nigdy nie wyobrażał sobie, że coś może być równie martwe. Przestraszył się bardzo i puścił powiekę, która opadła z powrotem na oko. Wtem mama poruszyła się i zaczęła mocniej oddychać. Znowu była jego matką. Wyszedł po cichutku z pokoju i wrócił do swojego łóżka. Wiedział, że już nigdy więcej nie zrobi takiej rzeczy. I nic jej o tym nie powiedział. Mnóstwo było takich rzeczy, o których nie mówił nikomu. Na przykład o tym, co to jest śmierć. Ile razy wchodził do pokoju, gdy oni mówili o tym – na przykład kiedy w sąsiednim domu umarł stary Watkins – od razu urywali rozmowę i zaczynali opowiadać coś o pogodzie, o szkole albo o jakichś innych głupstwach. Udawał, że się w niczym nie orientuje, ale orientował się bardzo dobrze. Kiedy miał cztery lata, umarła babcia w Haverford, u cioci. Zawieźli go do dużego, starego domu z oranżerią od tyłu, żeby się pożegnał z babcią. Zapamiętał dwa zapachy z tamtego domu. Zanim babcia zaczęła umierać, w starym domu pachniało szarlotką z jabłek i plackiem z dynią albo z ananasem, a potem był zapach umierania – zapach lekarstw, jacyś ludzie na dole palili papierosy i biegali z wystraszonymi minami. W ostatniej chwili babcia zdecydowała się umrzeć bardzo prędko, tak że nie zdążyli go nawet wyprawić do hotelu. Cały dom był zapchany ludźmi, położyli go zatem spać w małym pokoiku przy hallu, skąd słyszał doskonale, jak przez całą noc chodzili, rozmawiali przyciszonymi głosami i płakali. Przypomina sobie, że ktoś wtedy powiedział: „Ona już odpoczywa w pokoju wiecznym.”
Rozmyślał o tym dużo, ale nie odzywał się ani słowem, wiedział bowiem, że nikomu by się nie podobało, gdyby zaczął mówić o takich sprawach. Doszedł do wniosku, że babcia dlatego zdecydowała się umrzeć tak późno w nocy, że w dzień ludzie mogliby się przyglądać, a ona bardzo by się tego wstydziła. Przez długi czas Tony był przekonany, że tak się to właśnie dzieje: człowiek postanawia umrzeć i umiera. A jeżeli nie postanowił umrzeć, to żyje dalej. Myślał, że człowiek może robić, co chce, z samym sobą. Ale zdarzyła się dziwna rzecz, która wpłynęła na zmianę jego poglądów. Złamał sobie palec u ręki, kiedy chciał chwycić piłkę baseballową. Musiał mieć wtedy z osiem lat. Od tej pory palec pozostał skrzywiony, wygięty dziwacznie w ostatnim stawie. Wprawdzie w jakiś czas po złamaniu przestał go boleć, ale był ciągle skrzywiony na końcu. Można go było wyprostować przyciskając do stołu, zaraz jednak wykrzywiał się z powrotem. Tony popatrzył wtedy na palec i pomyślał: „Przecież to jest mój własny palec. Jeżeli mu powiem: wyprostuj się, to będzie musiał się wyprostować.” Ale palec mimo to pozostał krzywy. Wówczas zaczęło mu świtać w głowie, że choćby człowiek mówił swojemu ciału: „Nie umieraj!”, nic to mu nie pomoże i tak czy owak, będzie musiał umrzeć.
Читать дальше