W kwietniu tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku nabawił się zapalenia płuc, dlatego przewieziono go do kliniki Akademii Medycznej, gdzie poddano terapii i najwyraźniej wyleczono.
Wrócił do stanowego szpitala w Lyons View. Dwa dni później znaleziono go martwego na podłodze klatki.
Jego ciało przewieziono do stanowej Szkoły Medycznej w Memphis. W podziemnym laboratorium zakonserwowano go w formalinie i odstawiono do przechowalni, gdzie złożono obok innych, niedawno przywiezionych denatów. Położono go na płycie, obdarto ze skóry, wypatroszono, pocięto na kawałki. Wykonano trepanację czaszki, wyjęto mózg. Mięśnie oddzielono od kości. Usunięto serce. Wyciągnięto i rozłożono wnętrzności. Pochyliło się nad nim czworo młodych studentów na wzór starych wieszczów, którzy w tych zwojach być może dopatrywali się jeszcze gorszych potworów. Po trzech miesiącach, kiedy zajęcia dobiegły końca, Ballarda zeskrobano ze stołu do plastikowej torby, zabrano razem z innymi podobnymi denatami na cmentarz za miastem i tam pochowano. Szkolny pastor odprawił skromne nabożeństwo.
Wkwietniu tegoż roku pewnego wieczoru niejaki Arthur Ogle orał swój kawałek ziemi na zboczu, kiedy coś mu wyrwało pług z ręki. Zdążył zobaczyć, że para mułów zapada się pod ziemię i wciąga za sobą pług. Ostrożnie podczołgał się do miejsca, w którym ziemia pochłonęła zwierzęta, ale zobaczył jedynie ciemności. Z wnętrza ciągnął tylko zimny wiatr, a z głębi, z daleka dobiegał szum płynącej wody.
Nazajutrz dwóch chłopaków z sąsiedztwa spuściło się do zapadliska na sznurach. Nie znaleźli mułów. Znaleźli natomiast komnatę, w której na skalnych półkach leżały ludzkie ciała.
Pod wieczór szeryf hrabstwa Sevier z dwoma zastępcami i dwoma innymi mężczyznami zostawili samochód pod starym sklepem rusznikarskim Willy'ego Gibsona, minęli pole, przeprawili się przez strumień i poszli starą przecinką. Nieśli latarnie i zwoje sznurów, a także stos muślinowych całunów ze stemplami „Własność Stanu Tennessee”. Szeryf hrabstwa Sevier osobiście zjechał do studni i obejrzał mauzoleum. Ciała były pokryte pleśnią, szarym, tłustym nalotem, jaki pokrywa zwłoki w wilgotnych miejscach, i obrośnięte po bokach jasnymi grzybami, które często niczym muszle oblepiają butwiejące pnie leśnych drzew. W grocie unosił się cierpki zapach, zalatywało amoniakiem. Szeryf z zastępcą zrobili ze sznura pętlę, wsunęli na tułów pierwszej denatki i zacisnęli. Zwlekli ciało z płyty, przeciągnęli po kamiennej posadzce krypty i dalej korytarzem, w którym światło padało na ścianę studni. Stojąc w tym pochyłym snopie światła, wśród fruwających pyłków, zawołali o sznur. Kiedy go spuszczono, obwiązali nim ciało i znów krzyknęli. Sznur się naprężył i pierwsza nieboszczka usiadła na podłodze groty, a ręce pociągające za sznur przestawiały u góry cienie jak marionetkarze. Z trupiej brody odpadły grudki materii przypominające szare mydło. Dyndając, zmarła jechała do góry. Liniała, odzierana przez pętlę. Kapał szary śluz.
Wieczorem przecinką z góry zjechał jeep z przyczepą, w której leżało siedem ciał owiniętych całunem. Przypominały ogromne szynki. Kiedy auto jechało doliną, z kurzu przed nim wzbiły się lelki pławiące się w niedawno zapadłym zmierzchu, skrzydła miały dzikie, a oczy w świetle reflektorów czerwone jak rubiny.
***