Złożyłyśmy zamówienie. Carole poprosiła o sałatkę złożoną z karmicznie neutralnych warzyw („Korzenie generalnie są zbyt jang, a rzodkiewka ma duszę”), Gloria i Isabella o zupę z ciabattą, Hannah – tagliatelle z owocami morza, a Claire, Morwenna i Annę – fusilli. Jane zamówiła krwisty stek z podwójną porcją frytek. Popatrzyłam na nią z zazdrością; pod bezlitosnym spojrzeniem Carole odważyłam się tylko na pizzę wegetariańską, wprawdzie potencjalnie niebezpieczną („Węglowodany zaburzają równowagę czakr”), lecz przynajmniej dopuszczalną karmicznie.
Tylko Jane zamówiła deser. Annę, Gloria i Isabella były bez przerwy na diecie, Dizzy ciągle zerkała na zegarek, a krytyczne uwagi Carole zniechęciły resztę koleżanek. Zaczęłyśmy rozmawiać. Ktoś – chyba Dizzy – sprawił, że (ku osłupieniu kelnerki) wino płynęło nieprzerwaną strugą, rozmowa zaś, początkowo zdawkowa, nabrała tempa. Może nawet za bardzo, gdyż nadszedł moment, którego tak bardzo się obawiałam – pytania, przechwałki, kłamstwa. Dizzy bawiła towarzystwo anegdotami z medialnej branży czarodziejskiej. Następnie przyszła kolej na Annę, eksperta od rytuałów usuwania złych energii w pomieszczeniach domowych („Feng shui to przeżytek, teraz liczy się szamanizm”), potem na Isabellę, która w swej pracy posługiwała się piramidami, dalej Claire, uzdrawiającą za pomocą kryształów, zamężną z wyznawcą kultu Odyna, mającym atrybuty w postaci dwóch kruków i wilka, oraz Glorię, trzykrotną rozwódkę, instruktorkę seksu tantrycznego i medytacji na uniwersytecie w Warwick. Nawet Hannah wtrąciła swoje trzy grosze. Rzuciła pracę (na co wszystkie czarownice prócz mnie zareagowały świętym oburzeniem), poświęciła się mężowi i zajmowała się córką, czteroletnim oczkiem w głowie mamusi, bardzo uzdolnionym magicznie.
– Jesteś jakaś milcząca – zauważyła Carole, która od pewnego czasu nie spuszczała ze mnie oka. – Co u ciebie?
Dokąd doprowadziła cię nauka w szkole?
Stało się najgorsze. Opowieść o Aleksie i chłopcach, choć niezbyt porywająca, nie nastręczyła trudności, jeśli jednak odkryją mój prawdziwy sekret… Rzuciłam zdawkowo, że macierzyństwo to zajęcie w pełnym wymiarze godzin. Miałam nadzieję, że Carole przypuści atak na kogoś innego. Była jednak uparta jak osioł.
– Masz bardzo mętną aurę – nie dawała za wygraną. – Chyba nie zaniedbałaś magii, co?
Wymamrotałam coś o kiepskiej formie.
– Niedobrze – powiedziała Caroje. – Wypróbujmy kilka prostych ćwiczeń, dobrze? Może jakieś podstawowe zaklęcie?
– Raczej nie – odparłam, modląc się w duchu, żeby zniżyła głos.
– Dalej – ponagliła Carole. – Jedno małe zaklęcie. Przecież nikt nie będzie się śmiał, na miłość boską.
Skupiłam na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Gloria zmrużyła błyszczące oczy.
– Daj spokój, Carole – rzuciłam słabym głosem.
– Dasz radę – wtrąciła Dizzy, włączając się do gry. – Co po wiesz na lewitację? Albo przywoływanie przedmiotów?
Kupa śmiechu. Jeśli po tylu latach potrafiłabym cokolwiek przywołać, to jedynie przytulną, czarną dziurę, żeby w niej się schować.
– No dobrze – powiedziała Dizzy, przysuwając świecznik w moją stronę. – Zapal świecę. To najprostsza sztuczka pod słońcem. Tak jak jazda na miotle. Nie sposób tego zapomnieć.
Łatwo powiedzieć. Nigdy nie byłam szczególnie biegła w sztuce latania na miotle, nawet w szkole. Poczułam, jak pot występuje mi na czoło.
– No już – ponagliła Dizzy. – Pokaż nam. Zapal świecę.
– Zapal. Zapal. – Do głosu Dizzy dołączyły następne.
Trzęsłam się jak osika. Byłam o krok od wyjawienia tajemnicy, która przynosi hańbę każdej szanującej się wiedźmie. Wszystko przez Alexa, pomyślałam, sięgając po świecę i wlepiając spojrzenie w zimny knot. Małżeństwo z mężczyzną spoza branży przypominało związek z osobą niepalącą – nieustanny konflikt interesów. Koniec końców ktoś musi ustąpić. Wypadło na mnie, dla dobra małżeństwa oraz dzieci. Nawet atrybut – czarny kot o imieniu Pan Tibbs – należy właściwie do chłopców (pozbawionych iskry magicznej i bez reszty oddanych komputerom oraz grze w piłkę) i trwoni czas, podczas linienia zostawiając futro na dywanie i torturując myszy, doskonale obojętny na tajemnice wszechświata. Mimo to (pomyślałam, mając oczy załzawione z wysiłku) coś powinno zostać, jakiś okruch magii, który pozwoliłby mi zachować twarz. Gloria szepnęła coś Isabelli; kątem oka dostrzegłam na twarzy Dizzy ów wygłodniały, rozbawiony wyraz, który widywałam u Pana Tibbsa chwilę przed polowaniem na mysz.
– Ona nie potrafi.
– To niemożliwe, żeby…
– Straciła moc.
– Ciiicho.
Nie było mnie stać nawet na najprostsze zaklęcie. Spurpurowiałam, pocąc się niemiłosiernie. Żadnego błysku, ognia, małej iskierki. Podniosłam wzrok w nadziei, że napotkam choć jedną parę współczujących oczu, ale Hannah była wyraźnie skrępowana, Judith przysypiała, a Jane niefrasobliwie raczyła się drugim kawałkiem ciasta czekoladowego. Zrezygnowana popatrzyłam na siebie oczami koleżanek: byłam grubym, niespełnionym trutniem, który nie umiał nawet zapalić świecy.
Naraz coś rozbłysło mi między palcami i poczułam woń spalenizny. W ostatniej chwili odsunęłam głowę: z knota buchnął płomień, niemal trawiąc świecę. Raptem świeca oderwała się od świecznika i eksplodowała nad naszymi głowami feerią barwnych iskier. Pozostali goście niczego nie zauważyli – ktoś rozciągnął nad stołem magiczną osłonę.
Gloria, mocno pochylona nad świecą, odskoczyła z niekontrolowanym wrzaskiem. Carole ze zdumieniem popatrzyła na okopcony świecznik.
– Podobno wyszłaś z wprawy! – wydusiła wreszcie.
Pośpiesznie wyciągnęłam wnioski. Nie ulegało wątpliwości, że ktoś maczał w tym palce, chcąc oszczędzić mi upokorzenia. Popatrzyłam na koleżanki, lecz na ich twarzach malowała się jedynie złośliwość, zaciekawienie i zgroza. Dizzy wytrząsała iskry z długich włosów. Garść popiołu wpadła do kieliszka Isabelli, ochlapując ją winem.
– Rany! – zawołała z podziwem Jane. – Co tu się stało?
Próbowałam się uśmiechnąć.
– Taki mały żart.
– Żart, dobre sobie – burknęła Gloria. – O mało nie przy paliłaś mi brwi.
– Mam więcej mocy, niż sądziłam – mruknęłam.
Z uczuciem bezbrzeżnej ulgi nalałam sobie wina. Carole powstrzymała się od komentarza; widziałam, że jest pod wrażeniem. Po chwili zasypała mnie gradem pytań: gdzie przeszłam zaawansowane szkolenie, czy doznałam duchowego oświecenia, kto był moim mentorem.
– Chyba nie robisz nic zakazanego, co? – spytała podejrzliwie, kiedy skromnie uchyliłam się od odpowiedzi.
– Ty też się zamknij – przerwała Carole. – Ty i te medialne czary. Jeśli sądzisz, że twoja groteskowa transformacja robi na kimkolwiek wrażenie…
– Transformacja! – wrzasnęła z oburzeniem Dizzy. – Wiedz, że moje ciało jest doskonale naturalne! Ja o siebie dbam! Ćwiczę!
– Daj spokój, skarbie – wtrąciła słodko Morwenna. – Nie ma się czego wstydzić. Mnóstwo czarownic ucieka się do zaklęć, kiedy to i owo zaczyna im wiotczeć.
– Twoim tłustym łydkom nie pomogą nawet zaklęcia.
Próbowałam interweniować. Nagromadzenie energii w powietrzu sprawiło, że włoski na rękach stanęły mi dęba i poczułam mrowienie na skórze. Atmosfera zgęstniała od czarów. Co też dolano do tej wody? Eliksir prawdomówności? A może coś jeszcze gorszego?
– Posłuchajcie… – zaczęłam, ale było już za późno.
Читать дальше