Petra Hammesfahr - Sefowa
Здесь есть возможность читать онлайн «Petra Hammesfahr - Sefowa» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Sefowa
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Sefowa: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Sefowa»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Sefowa — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Sefowa», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Może trochę ją wybadać? Spróbować tylko, jak zareaguje? Jeszcze trochę pogawędzić, kilka przeciągłych spojrzeń, a potem ująć ją za rękę? Albo udać, że chce jej jeszcze dolać kawy. Stanąć za nią, unieść jej włosy, pocałować w kark. To byłby już bezpośredni atak, ale wtedy przynajmniej dokładnie wiedziałaby, o co chodzi. A jeśli przymknęłaby oczy, pozwoliła mu działać…
Już samo to wyobrażenie pobudzało jego nerwy. Wyobraził sobie jej kark, szczupły, delikatny, zmysłowy. Ale zanim doszedł do osobistych doświadczeń, z salonu rozległ się donośny głos: „Duszko”?
To był nie tylko cios w samo serce. To był upadek ze szczytu, wysokiego na przynajmniej tysiąc metrów. Duszko! Zobaczył, jak drgnęła, prawie niezauważalnie, jakby po prostu przestraszyła się tego głosu.
I zanim z salonu mogło paść jakieś inne zdradzieckie słowo, zawołała: – Tu jesteśmy, Thomas, w kuchni! – Akcent leżał wyraźnie na „jesteśmy”.
Wparował do kuchni nasz pan prokurent, a zakłopotanie miał wręcz wypisane wielkimi jaskrawymi literami na twarzy. Możliwe zresztą, że była tylko dlatego zaczerwieniona, że pokonał tę drogę biegiem. Wyraźnie spodziewał się, że u swojej „Duszki” zastanie co najwyżej jubilera. Kiedy pojął swój błąd, stanął jak rażony gromem.
A więc tak to się odbywało! I z pewnością w ten sam sposób każdego dnia. Wczoraj też zjawił się o siódmej. Dwie godziny biegania po lesie dla kondycji i jako alibi dla żony, a potem schadzka. A on tu siedzi jak kretyn nad własnoręcznie zaparzoną kawą i musi tymczasem udawać, że nic nie słyszał, jeśli nie chce na dodatek pozbawić się przyjemności sobotniego wieczoru.
Betty starała się zachowywać naturalnie, rozgadała się, zaproponowała kawę i krzesło. Lehnerer rzeczywiście podszedł bliżej stołu. Przez pierwszy metr się ociągał, przez drugi zbierał w sobie, ale przy trzecim był już uosobieniem spokoju.
Kawy jednak nie chciał. Przyszedł zresztą tylko po to, żeby się dowiedzieć, czy był już jubiler i jaką sumę uzyskała z tej akcji. A ponieważ zbliżył się do domu od strony lasu, czyli od tyłu, więc nie widział samochodu Georga. Gdyby zobaczył samochód, to by nie przeszkadzał. Aż takie ważne to nie było.
Wyjaśniając to, Lehnerer mierzył Georga spojrzeniem właściciela, który drogo zapłacił za swoją własność. Tylko mi nie wchodź w drogę! Zdawał się też posiadać nieomylny instynkt albo szósty zmysł, ten nasz leśny sprinter. Nie spuszczał bowiem wzroku z Georga.
Betty powiedziała mu wszystko, co chciał wiedzieć, potem poprosiła go, by wziął ze sobą czek i zaraz jutro rano przedłożył w banku. Najlepiej zanim jeszcze zjawi się w biurze. Lehnerer się wzbraniał, uważał, że rozsądniej będzie, jeżeli ona schowa czek na noc w sejfie, a jutro rano przyniesie go do biura albo jeszcze przedtem sama prędko zaniesie do banku.
Mimo że Georg życzył Thomasowi skręcenia karku, to tu się z nim zgadzał. Było to zdecydowanie roztropniejsze niż jej propozycja. Zadawał sobie pytanie, jak w ogóle mogła wpaść na tak idiotyczny pomysł. Kto wtykałby mężczyźnie do kieszeni dresu czek o wartości ćwierć miliona, jeśli sam miałby w domu bezpieczny sejf? Mógł sobie to tylko tak wytłumaczyć, że wcale tego nie przemyślała i po prostu tak coś rzuciła. Był to manewr mający odwrócić jego uwagę!
Kiedy doszedł do tego punktu w swoich rozmyślaniach, stwierdził, że lepiej będzie, jeśli się pożegna. Odprowadziła go do drzwi, wyciągnęła rękę na pożegnanie. Kiedy ją ujął, ścisnęła mocno jego dłoń. I jakoś udało jej się za pomocą uśmiechu i zwykłego „Do widzenia” wyjaśnić mu, że czas Thomasa Lehnerera dobiegł już końca.
Czwartek zaczął się ponuro. Szare, zachmurzone niebo, niemogące się zdecydować; to spadało kilka pojedynczych kropli, to za chwilę deszcz się kończył. Rano o ósmej odbyła się zwykła narada na komendzie, przy jaskrawych jarzeniówkach, których światło raziło zmęczone oczy.
W sprawie morderstw w parku nie było nic nowego. Ten malec udający ważniaka w kurtce pilotce i z wytatuowaną swastyką na ramieniu okazał się niewypałem. Przez dwie godziny koledzy maglowali go, jak mogli, dokładnie wiedząc, że nie prowadzi to do niczego sensownego. I tak się też stało.
W środę po południu, niedługo po wyjściu Georga z komendy, zjawił się jakiś bezdomny i chciał złożyć doniesienie na mężczyznę, który zagadał go przed knajpą i zaprosił na wódkę. Powiedział, że jest reporterem i że zbiera materiały do serii artykułów o życiu w środowiskach aspołecznych. Bezdomny był przekonany, że rozmawiał z mordercą. Był gotów pomóc przy stworzeniu portretu pamięciowego, ale dla pewności chciał się najpierw dowiedzieć o nagrodę.
Jego zeznanie spisano, łącznie z opisem reportera, który chyba rzeczywiście takowym był. Mimo że obdzwonienie wszystkich dzienników w powiecie nie przyniosło żadnych dowodów. Prawdopodobnie był to dziennikarz pracujący dla tygodnika, którego te morderstwa zainspirowały do napisania całej serii artykułów. Na pewno da się go jakoś odnaleźć. Tym samym dwóch ludzi z grupy dochodzeniowej wiedziało już, co mają do roboty w nadchodzących dniach.
Dina Brelach opowiedziała w kilku zdaniach, w jaki sposób spędziła środę. Słuchano jej, ale nie traktowano szczególnie poważnie. Jej podejrzenia w stosunku do pani Rasche nie miały solidnych podstaw. Fakt, że ponad dwadzieścia lat po rozwodzie nie okazała żadnego smutku, kiedy dowiedziała się o śmierci swojego byłego, był zrozumiały. A to, że zamiast tego głośno wyraziła swoją satysfakcję, też nie było zbyt dziwne.
I ta drastyczna uwaga: – Te wszystkie śmieci trzeba by wyplenić. Wcześniej by czegoś takiego nie było. – Mimo że pani Rasche nie przeżyła osobiście tego wspaniałego okresu, który był „wcześniej”, miała bowiem około czterdziestu pięciu lat, zdawała się skłaniać raczej ku prawicy. Czy jak wyraziła to Dina: – Kolor brunatny nie był jej niemiły. – Tego rodzaju ludzi nie brakowało, a niektórzy z nich po prostu otwarcie to wyrażali.
Od czasu do czasu Dina starała się podchwycić spojrzenie Georga i gdy już jej się to udało, zatrzymać je na sobie. Czuła ogólny brak zainteresowania i szukała kogoś, kto dałby się przekonać, że kochające matki są zdolne do wszystkiego. Że pod wpływem niewłaściwie pojętego poczucia odpowiedzialności mogą zmienić się w bestie. Zamordować nie tylko raz, ale od razu kilka razy. Ponieważ albo były zdania, że generalnie mają do czynienia z robactwem, albo tylko dlatego, żeby ten jeden mord nie rzucił się w oczy, by chronić własną osobę. W przypadku morderstw seryjnych żaden policjant nie doszukiwał się osobistych motywów zbrodni wśród bliskich.
Dlaczego Dina Brelach chciała przekonać właśnie jego, byłoby kolejną fascynującą kwestią. Ale tego pytania Georg sobie nie zadawał. Był zmęczony, prawie wcale nie spał tej nocy. Za każdym razem, kiedy już miał zasnąć, pytające „Duszko?” na nowo stawiało go na równe nogi.
Po naradzie miał kupę papierkowej roboty. Nie mógł się skupić, czuł się jakby rozdwojony. Jedna połowa drżała jeszcze pod wpływem ciosu, który zadała mu „Duszka”, i idąca za tym pewność co do stanu faktycznego. Przez pół nocy zadawał sobie pytanie, czy Betty akurat teraz nie zajmuje się osładzaniem swojemu leśnemu sprinterowi bólu rozstania. I ciągle na nowo powtarzał sobie, że Lehnerer dawno już musiał leżeć u boku swojej ślubnej, jeśli nie chciał ryzykować rodzinnego szczęścia.
Druga połowa starała się brać rzeczy takimi, jakie są. „Śniłem o białych rumakach…”. Albo wyczekiwać soboty. Na niej skupiały się wszystkie jego nadzieje. Wtedy się pokaże, kto ma lepsze karty. Żonaty kochanek mógł mieć swoje zalety, jeśli się było związanym i miało obowiązki wykluczające rozstanie. Jeśli się było wolnym, to sprawa wyglądała zupełnie inaczej.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Sefowa»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Sefowa» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Sefowa» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
